Każdego poranka szła mrocznymi chodnikami i nasłuchiwała odgłosów śpiącego miasta. Budziło się. Krokami innych oznajmiało, że życie zaczyna w nim tętnić. Stalowe auta łypały światłami i jak paniska królowały na jezdni, zapominając o małych człowieczych krokach spieszących do miejsc pracy. Zawsze, kiedy tylko miała ku temu sposobność lubiła obserwować najdrobniejsze szczegóły, znaki i ślady, jakie napotykała.Bywały jaśniejsze poranki, kiedy biel śnieżnej powłoki cieniutko pokrywała wszystko, co wokół. Czuła się wtedy jeszcze bardziej porcelanowa i krucha. Wtopiona bladością w zewnętrzną aurę trwała w empatycznej symbiozie i wkomponowywała siebie w tę bajkową przestrzeń. Jednak tegoroczna biel śniegu była jedynie maleńką namiastką prawdziwych zwałów tej puszystej substancji, w którą kiedyś z lubością zatapiała nogi. Właściwie teraz, w momencie, kiedy musiała iść wydeptanymi co rano ścieżkami, to bardziej ponętniejszą myślą stawało się wspomnienie puchowej ciepłej kołdry, za którą tęskniła. Zawsze trudno było jej się wygrzebać z ciepłych pieleszy, kiedy budzik usilnie domagał się, by wstała i zaczęła kolejny codzienny rytuał – opanowane do perfekcji czynności, tylko nieznacznie różniące się od siebie. Jej myśli też, co rano były inne, chociaż niektóre, jak w nakręconej na nowo katarynce przewijały tę samą melodię wnętrza. Nie uzewnętrzniała już tego, co ułożyła w zaciszu siebie, by nie budziło się bardziej żwawsze niż wiatr za oknem. On mógł szaleć kiedy chciał, takie jego prawo naturalnego bytu, a ona jedynie mogła dmuchać na zimne lub zbyt gorące uniesienia powiek. Musiała unieść wszystko, by dojść tam, gdzie lekkość wpisana będzie na zawsze. Teraz jednak z balastem spraw utrzymujących grawitację czuła ziemskie przyciąganie bardziej, niż kosmiczne wzloty oszalałej z nadmiaru wrażeń duszy.
Bywały poranki o krwawej strukturze nieba i nieziemsko pięknych barwach w odcieniach zorzy. Z lubością wpatrywała się wtedy w te widoki i malowała swoje wizje na tle tych, które były momentem na niebie westchnień lub euforii. Zatrzymać w kadrze taki pejzaż, było tak samo niemożliwe, jak fakt, że niemożliwym był dzień bez jej kroków na tym samym chodniku, po którym szli inni – bardziej lub mniej skupieni na swoich porannych czynnościach. Niekiedy zastanawiała się ile piekła mieści się w niebie, kiedy owe jarzyło się ognistymi łunami, fioletowiejąc i różowiejąc naprzemiennie. Opuszczała wtedy zmęczony wzrok, by znaleźć oddech od zbyt wybujałej kolorystyki, niejednokrotnie drażniącej bolesnym przyciąganiem. Błądziła źrenicami po pustych gałęziach, machających na powitanie i szukała punktu zaczepienia swojej wrażliwości, choćby na moment poczucia się roślinnym bytem stęsknionym za promieniem uśmiechu. Nie płonęła. Nie chciała spopielić suchych gałęzi wyciągniętych na znak powitania. Lubiła te przyjazne gesty bardziej od ludzkich, ale tylko od tych nieżyczliwych, wymuszonych, a takie napotykała nawet wtedy, gdy z całą swoją życzliwością i uprzejmością obdarowywała ciepłym spojrzeniem.
Świat nie był łatwy i niełatwe były kroki po kruchej powierzchni rozmyślań. Wszystko trzeszczało dwuznacznie i bardzo znacząco dawało do zrozumienia, z jakimi prawidłami życia przyjdzie się jej jeszcze zmierzyć. Nigdy nie mierzyła za wysoko, tylko chwilami wspinała się na palce, by zaraz potulnie stawiać stopy na twardej ziemskiej egzystencji, która nie zawsze jak plastelina była gotowa na odciśnięcie jej śladów. Śladowe ilości siebie zbierała skrzętnie w miejscu pielęgnowanym nieśmiałością i wyszeptaniem chwil - istniejących tylko wtedy, kiedy chciała istnieć. Różowiła się wtedy jak obrzeże porcelanowej zastawy i lekko połyskiwała złotą myślą, która uchwycona w porę dawała się nawet zapisać. To, co pisane bądź zapisane płynęło swoim nurtem, a to, co czekało na swoją kolej zapisania, tylko chwilami rwało do przodu i z impetem twórczym wypływało dalej, niż powinno.
Przez lata stawianych kroków nauczyła się odróżniać to, co powinna od tego, co nie powinno niepokojąco wdzierać i wkradać się w jej zakamarki - struktur o całkiem niezbadanych jeszcze możliwościach swojego bycia. Niemożliwe było zawsze bardziej ponętne i kuszące od tego, co było właściwe. Nie zawsze wzbraniała się przed tym, co nęciło ciepłem i omamiało chwilą bycia. Otwierała wtedy swoje tajemne korytarze i wpuszczała z powiewem ognistego ciepła troszkę inność i innego spojrzenia na zdystansowane perspektywy tego, co z góry musiało być tylko chwilowe. To tak jak z niebem, które mieniło się porannymi zorzami i za chwilę gasło w zamglonej poświacie szarego dnia.
Szarzała tylko wtedy, kiedy bladość twarzy zmieszana z ulicznym kurzem wolała być niewidoczna. Niewidzialna dla wszystkich mogła zagłębiać się w przestworza niepohamowanej wyobraźni i balansować między, pomiędzy, a może nawet dalej. Zawsze jednak z wyciągniętą dłonią, która musiała liczyć się ze zbyt piorunującymi wstrząsami. A te nie były obce.
Biegła pod prąd i z prądem łapała kolejne wstrząsy, które pobudzały lub odbierały siłę na dalsze wędrówki donikąd. Jednak na docelowe, codzienne i w tym samym kierunku musiała znajdować siłę bez względu na wszystko, co bezwzględnie denerwowało i nie było tak bajkowe jakby chciała.
2012. 01. 12
----------------
Od Redakcji - blog Barbary Chomko bierze udział w konkursie na Blog Roku 2011. Liczymy na Wasze głosy - SMS o treści G00266 na numer 7122













