Odkąd Limaka i Ilemę połączył ognisty węzeł bezkresnej ognistości, płonęli tym samym światłem odbitym w tafli wody płynącej ich uniesieniem.
Przeważnie o zmierzchu wyławiali najskrytsze wodorosłe megacybernetusy, które były tak niespotykane jak chwile pomiędzy nimi. Przelewali z ust do ust kroplaste cmokasy i zwilżali ciała nagromadzonym ujściem zachodzącego dnia w przestrzeń oceanicznego lęku.
Czego mogli chcieć więcej? A jednak.
Wodnik Matacz łypał chciwie na Ilemę, kiedy ta zanurzała się cała w oczach Limaka i zapominała, że inni też ją obserwują. Pochłonięta pływaniem w świecie Wielkopłetwowego Wymiaru studziła żądze, które wybuchały nieprzewidzianym dreszczem euforycznej rozkoszy.
Matacz czekał codziennie na takie chwile i z lekkością odchylał szuwary zagłębiając się w pragnienia Ilemy, która nieświadoma jego czynów kołysała nadbrzeżną roślinnością. Wpadała wtedy w otchłań i ledwie żywa przywracała siły by znów być blisko Limaka.
Tym razem jednak podstępny Matacz pociągnął Ilemę na samo dno, w którym ugrzęzła bez pamięci. Powoli stała się topielicą, która odstraszała zimnym wyglądem i wciąż kapiącymi na wszystko oczami.
Na próżno Limak szukał ukochanej, bo podstępna tafla wody skryła przed nim pływające ciało Ilemy. Zrozpaczony nie umiał bez niej istnieć i gasł z dnia na dzień z każdym wschodem i zachodem słońca. Od jego łez wszystkie rzeki i jeziora wezbrały, a Płaczki, które mu wtórowały, sprowadziły ulewę i powoli wulkany wypełniały się rozpaczą.
Pęd nurtu, stworzony nieszczęściem Limaka pozwolił by ciało Ilemy dryfowało po powierzchni i mimo, iż Matacz zaplątał jej włosy w wodorosty, nie przewidział jak wielka może być fala rozpaczy Limaka, która zalewała wszystko, co napotykała po drodze.
Powoli Limak tworzący wodny świat, tracił ostatnią nadzieję na jakiekolwiek odnalezienie ukochanej. Ilema dryfowała pomiędzy rozpaczą i spokojem jaki odczuwała mimo poczucia, że wypełnia ją tylko nicość.
Woda zimna i podstępna, a jednak..., nie była intruzem. Nie rozpanoszyła się nieproszona, gdyby nie Limak, nie wylewałaby z nim łez. Widząc, że wyspa zaczyna rozmiękać, stanęła w swoim korycie i wydała zakaz produkowania kropli zbyt słonej tęsknoty. Wezbraną mocą chlusnęła w Limaka i uniosła go prawie tak samo jak Ilema, ale tylko po to, by sobie o niej przypomniał. Nie lubiła zatapiać miłości, wolała ją podsycać falą dreszczu i szumem uniesienia.
Popłynął Limak innym nurtem – spokojniejszym i płynnym, a tam nieoczekiwanie zatrzymał się na kłodzie, a przynajmniej tak mu się wydawało. Pomimo, że kłoda nie wyglądała zachęcająco, wdrapał się na jej wierzch i oniemiał, bo poczuł, że wzbiera w nim to, co zatapiał rozpaczą.
Woda widząc, że zdołała połączyć kochanków, z impetem szalonego wstrząsu wypchnęła ich z topieli na suchy brzeg, który tylko dzięki ognistym wizjom Limaka utworzył się najszybciej jak mógł.
Spłoszonym wzrokiem patrzył na Ilemę i nie dowierzał, że pomimo jej okropnego wyglądu nadal ją kocha, nadal pożąda i czuje to samo, co dawniej. Była zimna i zielona jak wodorosty, ale nie zawahał się jej przytulić i ogrzać. Całował wszystkie miejsca, za którymi tęsknił, a Ilema wyprężała się z każdym pocałunkiem odzyskując świadomość.
- Ilemo, czy jesteś gotowa odpłynąć ze mną? - zapytał wzruszony, ale tylko jedna perła wypłynęła z oka i ozdobiła palec ukochanej.
- Tak, Limaku jestem.
To było najpiękniej falujące uniesienie oczu i ciał o jakich marzyli. Ilema wypiękniała i nabrała rumieńców.
Odtąd fundowali sobie odpływy i przypływy silniejsze niż kiedykolwiek, a podstępny Wodnik Matacz stał się strażnikiem Wody, do której miał słabość.
Woda potrafiła tak wiele, łączyć, rozdzielać, zatapiać i unosić, ale nade wszystko pozwala na wylewne pisanie i lanie wody w treści, w której ma nadzieję zatopić niejedne oczy i nie tylko Matacza.













