Wyprawa w czasie
Było to pięć lat temu. Zbliżał się koniec roku szkolnego. Ferwor nauki, przyćmiewał mi projekt wyjazdu na wspólne wakacje. Ale mimo wszystko, propozycji było wiele, ale tylko jedna zasługiwała na moją uwagę. Aby zatem bardziej sprecyzować plany wspólnego wypadu, spotkaliśmy się w maleńkiej kawiarence osiedlowej naszego miasta. Jedząc lody i popijając je morzem coli, ustaliliśmy miejsce wyjazdu i opracowaliśmy dokładną trasę naszego wakacyjnego wypadu. Wyjazd planowaliśmy już od początku lipca. Po długich konwersacjach, namowach i wspólnego ustępstwa, doszliśmy do wniosku, że pojedziemy w Góry Świętokrzyskie. Wybraliśmy sobie ciekawą miejscowość o dziwnie brzmiącej nazwie Nowa Słupia i wyczekiwaliśmy z utęsknieniem ostatniego dnia szkoły. Kiedy nadeszła upragniona przez nas wszystkich chwila, spotkaliśmy się na dworcu kolejowym, by odbyć swoje najwspanialsze wakacje w życiu. Pociąg był przeludniony, ale to nic w stosunku do tego co mieliśmy przeżyć podczas oczekiwanych wakacji.
Po godzinach wagonowej paplaniny, w końcu dojechaliśmy do miejscowości Nowa Słupia. Cudny malowniczy ryneczek, powitał nas w spieczony lipcowym słońcem poranek. Podziwiając piękno tego małego świętokrzyskiego miasteczka, powoli zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie mogliśmy liczyć na zatrzymanie się. Błądząc po ulicach Nowej Słupi, natknęliśmy się na starszą kobiecinę, pachnącą na kilometr wędzoną kiełbasą, która zaczepiwszy nas pokazała wydawałoby się na pierwszy rzut oka byle jaki posążek. Spytała tylko cichutko, - a wiedzą kto to taki - szepnęła.
Nie wiedzieliśmy co on przedstawia, ale i tak wszyscy jak oszaleli robiliśmy sobie na jego tle multum fotografii i króciutkich filmików. Widząc co wyprawiamy, starsza kobieta opowiedziała nam legendę, która dotyczyła owego postumentu. Zamarliśmy słuchając jej przedziwnej opowieści. ...Rzecz się działa w osiemnastym stuleciu, kiedy to jeszcze, nie wszystkie czarownice w wyniku świętej inkwizycji straciły swoje życie. U podnóża Gór Świętokrzyskich, na tak zwanym Gołoborzu w noc świętojańską wyprawiały swe harce okoliczne wiedźmy i czarownice, a nawet byli wśród nich druidzi, wywodzący się pradawnej Perzowej Góry.
Do swoich rytuałów, potrzebowały one mleka z wieczornego udoju. Zatem najstarsza z nich nosząca imię Olkmena, zastukała do lichej chatki ubogiej wdowy. Poprosiła ona mieszkającą wraz z synem Emerykiem kobietę, o danie potrzebnej ilości mleka. Uboga wdowa, wiedziała z kim ma ona do czynienia i odmówiła zatem dania jej potrzebnego płynu. Żądny przygód Emeryk, cichaczem zaniósł wiedźmom mleko, ale podglądając ich magiczne rytuały nie mógł już powrócić do swojej wioski. Krwiopijcze wiedźmy, zamieniły chłopca w kamienny posąg, który ma zbliżać się co roku o ziarno grochu do klasztoru na Świętym Krzyżu, a moment jego dojścia będzie początkiem końca świata....
Gdy przygodnie napotkana kobieta zakończyła swoją opowieść, postanowiliśmy opodal posągu Emeryka rozbić swoje namioty. Przez okres naszego wakacyjnego wypadu, chcieliśmy za wszelką cenę, żyć jak w czasach sprzed setek lat. Pragnęliśmy napawać się tą magiczną atmosferą, tylko za bardzo nie wiedzieliśmy jak. Po niedługim czasie, rozpaliliśmy ognisko i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy jakie dochodzą nas ze świętokrzyskiej puszczy. Zaistniała sytuacja, pobudziła nasze wyobraźnie, w jaki sposób mamy spędzać wybrane w tak pięknym miejscu wakacje. Obżerając się chlebem i przywiezionymi konserwami, oddaliśmy się błogim rozmyślaniom co do tego, co będziemy robić już nazajutrz.
Noc nam minęła dość szybko. Twarde materace, marzenia o przygodzie Emeryka i to miejsce jakże stare i magiczne, skutecznie wytrącało nas ze snu. Ale co tam. Wakacje się zaczęły, więc i my powinniśmy zacząć nową przygodę. Nastał nowy dzień, a my wciąż czekaliśmy na to co on nam przyniesie. Nie bardzo wiedzieliśmy, w którą stronę mamy się udać, postanowiliśmy zatem poszukać pozostałości i zachowanych śladów po żyjących tu niegdyś druidach. Aby sprostać takowemu zadaniu, musieliśmy się udać w kierunku Perzowej Góry, w okolicy której przed wielu latu zamieszkiwali druidzi. Skwarne lipcowe południe, bardzo dopiekło nam turystom, mającym tyle pojęcia o górskich wyprawach, co przeczytaliśmy w książkach lub obejrzeliśmy na filmach. Ale cóż, postanowienie to świętość, zatem bez dyskusji maszerowaliśmy dalej.
Gdy dotarliśmy na miejsce, postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy i poszukać przy okazji resztek życia ojców czarnej magii. Niestety, nasze oczekiwania były chyba za bardzo wygórowane, bo nie znaleźliśmy nic, co by mogło choć trochę przypominać magiczne kręgi druidów. Mijały godziny, a my głodni z zlani potem szukaliśmy usilnie tego, co chyba zabrał ze sobą czas. Od strony oblęgorskiej wspomnianej już wcześniej Perzowej Góry, znaleźliśmy jedynie jakąś skalną kapliczkę, w której postanowiliśmy spędzić noc. Miała to być nasza kolejna atrakcja pobytu na świętokrzyskiej ziemi.
Było cudownie, napalone przez nas opodal ognisko, odbijało swój blask na skalnych ścianach tego miejsca. Buchający ogień, raz po raz rozsiewał dookoła gorące iskry, a magia tego miejsca, szybko ukołysała nas do snu. Aż tu nagle wszyscy usłyszeliśmy dziwny zgrzyt, niby otwierania się grobowych czeluści. Dziwna mgła, roztaczała się wokół nas, tak że z trudem odnajdowaliśmy zarys naszych konturów. Z dala zauważyliśmy, jak jakieś bliżej nie określone, zakapturzone osoby, zbliżały się do miejsca naszego pobytu. Dziewczyny szybko zaintonowały jakąś modlitwę, a my zmrożeni strachem, jak dziwolągi oczekiwaliśmy jak dalej potoczy się ta sytuacja.
Zakapturzeni „goście", raz po raz zbliżali się do ans i równomiernie się z niego oddalali. Groza i niespotykane jak na tę porę roku zimno, smagało nasze spocone twarze. Nagle, z oddali dał się słyszeć dziwny łomot. Jakby jakaś hałda kamieni, zaczęła się zsypywać na nas z niesamowitą wprost szybkością. Zamarliśmy. Po chwili dobiegały do naszych uszu, jakieś dziwne zdania wypowiadane przez zakapturzonych. Nie wiedzieliśmy co oni mówią, ale nie wróżyło to nic dobrego. Jak na złość, nasze ognisko dziwnie zaczęło huczeć, a z dala dobiegały nas odgłosy wilczego skowytu.
Powoli wytworzyła się atmosfera niczym z horroru. Postanowiliśmy uciekać stamtąd czym prędzej, ale w miarę naszego się oddalania, dziwne postacie i odgłosy zaczęły podążać za nami. Nie poddawaliśmy się. Za wszelką cenę staraliśmy się stamtąd oddalić się jak najprędzej. Nogi jak z waty, wyciągaliśmy do przodu ponad nasze siły. Pohukiwania puchaczy, skowyt dzikich wilków, potęgowały w naszych sercach strach. Dopiero nad ranem, dotarliśmy cali i zdrowi do naszego obozowiska, ale przygoda z nieziemskimi istotami, spowodowała, że do dziś mamy co wspominać. Mimo upływu czasu, była to wprost nieziemska przygoda, którą zawsze chętnie wspominamy. Ale tak naprawdę, już nigdy nie chcielibyśmy jej przeżyć. Wykonane przez nas zdjęcia, dokładnie przypominają nam o miejscu, gdzie pradawna magia wymieszała się z rzeczywistością.
EWA MICHAŁOWSKA WALKIEWICZ












