Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Historia pewnej napaści

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 


Działo się to w końcu marca 1943 r. w 21 batalionie karnym budowlanym dla jeńców wojennych w Kampanii Wrześniowej w Kielu/Kilonii.
Wiedzieć należy, że ci polscy jeńcy wojenni, którzy latem 1940 r. lub też później nie przeszli na statut cywilny, czyli robotnika cywilnego, uchodzili za karnych. Ale tych karnych było kilka poziomów. A dla pewnych wybranych, którzy w oczach Wehrmachtu uchodzili nie tylko za niepokornych, ale wręcz za niebezpiecznych, tworzono odrębną -opiekę-, tworząc z nich specjalne bataliony karnej pracy. Głównie przy budowie ciężkich bunkrów żelbetonowych. Zazwyczaj bataliony takie tworzone były na szczeblu dywizji i wyodrębniane były z poszczególnych stalagów, i pod nadzorem Wehrmachtu. Z tym, że roboty budowlane nadzorowane były przez majstrów cywilnych.

 

 

Wprawdzie, nie wszyscy nasi jeńcy tego -zaszczytu- dostąpili, bowiem do końca wojny pracowali też i u bambrów.
Osobiście do takiego batalionu pracy trafiłem w końcu listopada 1942 roku, po kilku -dość przyjemnych przygodach-. Ale to już inne zagadnienie kryminalne.
Prace w tym batalionie polegały na zwożeniu materiałów budowlanych jak: cement, piasek, żelazo, drewno, maszyny/betoniarki. Gdy materiały zostały zgromadzone, przystępowano do zbrojeń przyszłych odlewów betonowych itp. prace przygotowawcze. A gdy już jakaś partia do odlewu betnu była gotowa, wówczas, w zależności od partii odlew betonu szedł: 12 - 20 - 30 - 40 a nawet 60 godzin jednym ciągiem. A do takiej partii sprowadzano do pomocy drugą kompanię. A gdy odlew taki przerywany był nalotami angielskimi, wówczas prace te szły w nieskończoność. O co zresztą Boga prosiliśmy! Odlew takiej partii należał jednak do lżejszych prac. Gorzej bywało przy zwożeniu i składaniu cementu. Wówczas, w ciągu jednego dnia ew. -okazji- do składania z wozu ciężarowego do szopy ew. i odwrotnie, wypadło dźwigać nam, co najmniej 400-500 worków dziennie. W zależności od okoliczności. Przy tego rodzaju okazji cement miało się w nosie, w ustach, za kołnierzem, w oczach i w płucach. Sęk tylko w tym, że przeciętnie, każdy z nas, w tym czasie ważył od 100 do 70 funtów żywej wagi. A worek papierowy cementu ważył równe 100 funtów. Do budowy ciężkiego bunkra na przykład do 5-piętrowego ew. innego, były, bowiem różne modele budowane, potrzeba było kilkanaście tysięcy worków cementu.Tak, więc wszystkie musiały przejść przez nasze ramiona, szyje, barki. Toteż, kto chciał sobie posłuchać -nocnego koncertu- na budzie, wówczas mieli okazję posłuchać: rzężenia płuc, świszczącego kaszlu, płaczliwego stękania i przewracania się na bok, a nawet przyłowywaniami.
O tych sprawach dotychczas się nie pisało, no, bo komór gazowych tam nie było. No i Żydów też. A jeśli komuś się to sprzykrzyło i postanowił uciekać, no to po złapaniu nieszczęsnych sprowadzano do Kielu i rozstrzeliwano pragnących ucieczki.
Do składania cementu z wozów ciężarowych do szopy ew. odwrotnie potrzeba było zazwyczaj 12 chłopa. Szarość każdego dnia była bezwzględna. Jedyną rozrywką były dla nas naloty samolotów angielskich. Z okazji takiej chętnie korzystaliśmy bowiem była okazja odpocząć, a że prace się przedłużały, to na jedno nam wychodziło.
Tak, więc, ponieważ w tym czasie ważyłem zaledwie 70 funtów, nic, więc dziwnego, że moja wydajność pracy była niewystarczająca. A więc okazja do czepiania się mnie. Stąd stale utarczki z wachmanami. A ponieważ do pokornych nie należałem, nic, więc dziwnego, że wyższej wydajności pracy ze mnie wydusić nie mogli. Mimo nawet moich największych chęci!
Ażeby ze mną wreszcie skończyć, w końcu marca 1943 roku wyznaczony został, jeśli nie przez dowódcę batalionu to przez dowódcę kompanii hauptmana Shone egzekutor. Został nim obergefreiter Junghans! Miał ucho obcięte i przecięty obojczyk przez polskiego ułana, gdzieś na Pomorzu w 1939 r. Jego więc wyznaczono do rozprawienia się ze mną. W poniedziałek zaraz z rana, ledwie żeśmy rozpoczęli składanie cementu do szopy, zjawił się nagle Junghans i wywołując mój -numa- (numer), kiwnął głową, abym poszedł za nim. Zaprowadził mnie do dopieroco wybodowanego bunkra 5-piętrowego. Weszliśmy na to piętro, przeszliśmy dużą salę i weszliśmy do małej salki. Zamknął stalowe drzwi i tuż przy nich się rozkraczył. Światło już tam było zainstalowane. Na podłodze była kupa gruzu betonowego, wiadro i łopata. Ledwie się znaleźliśmy, od razu zrozumiałem o co chodzi. Z góry wiedziałem, że wymaganiom wachamana nie podołam, bowiem wiadro gruzu betonu waży 3 razy tyle co wody. Gdy nakazał ładować mi i wynosić, z góry wiedziałem co mnie tu czeka i po co on mnie tu przyprowadził. Nie spodziewałem się jednak, że aż tak brutalnie zabierze się do mnie. Toteż gdy naładowałem 1/2 wiadra i zabrałem się do udźwignięcia, ten z miejsca kazał ładować mi do pełnego. Wówczas odrzekłem mu, że ja tego nie uniosę! Ten zaś z miejsca uniósł karabin do góry i łudziłem się przez chwilę, że jednak się nie dopuści do tego czynu. Toteż widząc, że nie tylko podniósł karabin do góry, ale z miejsca zaczął ryczeć, widząc jego zamiar trochę za póxno wyrzuciłem moje dłonie do góry, by zniwelować jego uderzenie. Ten pierwszy cios był najgroźniejszy w skutkach. Miliardy gwiazd zobaczyłem w głowie. Oczywiście ciemno i jasno, ból, wstrząs, szok! Błyskawicznie zacząłem myśleć, jak się tu z tej opresji wydostać jako tako cały. Rzucić się n niego to sytuacji nie rozwiązuje, bowiem z miejsca zastrzeli mnie. Ponieważ nadal stał przy drzwiach, rozkraczony, błyskawicznie więc wykombinowałem, żebym ja się właśnie znalazł przy tych drzwiach. Tak więc gdy za drugim uderzeniem znowóż ujrzałem miliardy gwiazd, zrobiłem krok w prawo, skutkiem czego i on posunął się krok w prawo. Gdy ten coraz bardziej rozwścieczony zaaferowany był uderzeniami we mnie, ja tym bardziej odrzucałem karabin ten do góry robiąc większe kroki w prawo. Toteż gdy za 7 zamachem ja się znalazłem tuż przy drzwiach, a on przesunął się o 180 st. wówczas, za siódmym zamachem gdy lufa karabinu znalazła się na mojej głowie lufę tę złapałem i zacząłem ciągnąć do siebie. Ten zaś zaskoczony moim manewrem pociągnął ku sobie. Ja znowóż ku mnie jeszcze mocniej i nagle puściłem lufę. Ten zaśustawił się jeszcze mocniej i pociągnął karabin ku sobie lecz nie mając oporu, zatoczył się do tyłu, a ja bęc we drzwi i uciekając z krzykiem zatrząsnąłem te stalowe drzwi i krzycząc oraz dając susy poprzez salę jak na klatce schodowej, którą jednym susem przeskakiwałem, z krzykiem, że jestem mordowany wyskoczyłem z bunkra pędząc ku szopie, do moich kolegów. Jeszcze tam nie dobiegłem, a zauważyłem, że w międzyczasie przybyli tam: szef kompanii feldebel i szprachleiter (tłumacz przysięgły w stopniu oficera - folksdeutsch), którzy ustawili się na boku. Ja zaś narobiłem krzyku i hałasu chroniąc się w szopie. Junghans natomiast przybiegł za mną jakieś 3 minuty później. Gdy zobaczył szefa, z miejsca podbiegł meldować im co i jak tam zaszło. Ja natomiast w dalszym ciągu krzyczałem, że mnie mordują, że mordują. Wtedy to feldfebel zarządził abym szedł do aresztu kompanijnego. Półbiegiem tm szedłem, a oni za mną. Gdyśmy znaleźli się w naszej szkole, bo tam były nasze kwatery, z uwagi na częste bombardowania Kielu, gdyśmy znaleźli się w hallu, feldfebel zarządził aby Bień, sprawchleister (Ślązak) zaprowadził mnie do aresztu. Aby się tam dostać, trzeba było w wysokim poddaszu postawić drabinę, aby dostać się do kurnika w samy szczycie dachu. Gdy tam wszedłem, drabinę zdjęto. A sufit mój od sufitu dolnego znajdował się jakieś 8 metrów niżej. Ponieważ przez szpary od desek jak i od dachówek był tam przepiękny widok na zatokę kilońską, od razu poczułem się dobrze, chłonąc świeże powietrze. Po trzech dniach bez chleba i wody sprowadzono mnie na dół, nakazując mi się ogolić, bo stanę do raportu do dow. kompnii i bym za 1/2 godziny był gotów. Gdy zameldowałem się w korytarzu przy kancelarii, wówczas doszedł drugi sprachleiter - Resler z Łodzi. Oni to wprowadzili mnie do kancelarii i zatrzymaliśmy się przy barierce przy drzwiach, meldując hauptmanowi gotowość do raportu. Wówczas hautmann powstał od swojego biurka, podszedł ku barierce gdzie raz jeszcze przyjął raport gotowości. Wówczas hauptmann zawołał pisarka kompanijnego aby przyniósł kałamarz i obsadkę i wręczając pisarkowi gotowy już protokół z zajścia ze mną i z Junghansem nakazał mu czytać, a szprachleiterom tłumaczyć. Gdy czytanie się skończyło, a zarazem tłumaczenie hauptmann zapytał, a tłumacze zapytali mnie: czy zrozumiałem treść protokółu. Odpowiedziałem, że tak. No to podpisz - rozkazał hauptmann. Ja tego nie podpiszę - z miejsca odrzełem. Dlaczego nie - zapytał zdziwiony hauptmann. No bo wyroku śmierci na siebie nie myślę podpisywać - odpowiedziałem.
Wówczas hauptmann ryknął: zmuście go! Wtedy to obaj tłumaze złapali mnie za ramiona jak i za moją prawą rękę. Pisarek wepchnął mi obsadkę w palce. Tłumacze zaś ścisnęli moją praw dłoń, prowadząc obsadkę ku papierowi. Ja zaś widząc co się święci skuliłem się w ramionach tak, że usunąłem się im na podłogę. Wówczas hauptmann ryknął jeszcze raz - zmusić go! Wtedy to tłumacze jeszcze bardziej ścisnęli mnie, wpychając obsadkę w moją rękę, ściskając palce i prowadząc - oboje, oburącz starali się doprowadzić moją rękę do papieru. Kiedy zaczęli już literę S, wtedy ja ostro szarpnąłem w dół, robiąc w protokole dziurę jak i duży kleks. Wówczas wszystko zbaraniało! Pierwszy ocknął się hauptman i ryknął: - Wyrzucić go! Wtedyobaj oprawcy łapiąc mnie za ręce, rozbujali i bęc we drzwi, tyłem. Drzwi prysnęły do tyłu, a ja zaś potoczyłem się tyłem poprzez szerokość korytarza do ściany. Odbiłem się i padłem plackiem na nos, zakrywając sobie rękami głowę. Ci zaś skoczyli do mnie, kopiąc mnie po bokach. Ja zaś zerwałem się i uciekłem na górę do moje kwatery. Dali mi spokój!
Spokój ten miałem przez kilka dni. Aż tu nagle, 13 kwietnia 1943 r. Radio Rundfunk nadało wiadomość o odkryciu masowych mordów sowieckich w Katyniu. Powszechna konsternacja. Tego samego dnia około południa przyszedł Bień i kazał zgłosić mi się do raportu do hauptmana. Gdy się tam zjawiłem ubrany był pod szablą, oznajmił mi, że wkrótce wygotowany zostanie drugi protokół, a może nawet, że taki już został wysłany do sądu Wehrmachu do Hamburga i że -utraciłem przywilej pracy-. Bardzo się tym zmartwiłem - mówiąc do Bienia, że ja pracować chcę, lecz nie mam sił!
Hauptmann kazał mi odejść. 10 maja 1943 r. nastąpił mój wyjazd do więzienia Wehrmachtu. 12 maja przybyłem do Germesheim.
Podobnych historyjek miałem aż trzy. Wszystkie trzy śmiercionośnie, kryminalne, tragiczne i okrutne. Ale za takie traktowanie Wehrmacht nie odpowiada za występki kryminalne. Tak to orzekł -znawca- prawa międzynarodowego, jak i to, że Wehrmacht traktował jeńców polskich po ludzku - orzekł mecenas Les Kuczyński -opiekun- polonijnych ofiar Niemiec, bowiem jeńcy podlegają prawom wojny.

S.K.

 

Stefan Kowalik

Kurier_codzienny_Chicago
Kurier_codzienny_Chicago

Dodaj komentarz

Regulamin komentowania w serwisie kronikarz.org.pl

  1. Redakcja serwisu kronikarz.org.pl zastrzega sobie prawo do usuwania lub moderowania komentarzy zawierających treści obraźliwe albo odbiegających od tematu komentowanej wiadomości. Decyzję o usunięciu całości lub fragmentu wpisu podejmuje Moderator i jest to decyzja nieodwołalna (więcej informacji pod Regulaminem w Forumowym ABC)

  2. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji przekazów reklamowych i linków do stron zewnętrznych.

  3. Prosimy o unikanie błędów ortograficznych oraz komentarzy pisanych w całości WIELKIMI LITERAMI.

  4. Zapytania, opinie i uwagi skierowane bezpośrednio do redakcji serwisu prosimy przesyłać na nasz adres e-mail.

  5. Redakcja zastrzega sobie prawo do blokowania użytkowników, którzy nagminnie łamią regulamin komentowania na serwisie kronikarz.org.pl.

  6. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji treści sprzecznych z prawem.

  7. Proszę pod jednym tematem podpisywać się jednym pseudonimem. Autorzy komentujący jeden artykuł za pomocą różnych nicków będą blokowani, a komentarze usuwane.

  8. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
    Redakcja nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za treść zamieszczonych na stronie komentarzy.


Kod antysapmowy
Odśwież

Jesteś tutaj: Felietony Inni autorzy Historia pewnej napaści