Biologiczna odnowa
Kiedy człowiek uzmysłowi sobie, ile czasu marnotrawi na sen, to przerażenie bierze. W naszym życiu przesypiamy około jedenastu lat. To jest wartość przeciętna, więc ja na pewno prześpię około dwudziestu lat. Ludzkie kretowanie.
Spanie jest o tyle dogodne, że w tym czasie nie trzeba pracować i być tym, kim się jest, tylko się śni. A w snach wszystko takie piękne jest, takie cudowne, że aż strach. Sen ma tę przewagę nad rzeczywistością, że nawet w trakcie koszmaru, w krytycznym momencie budzimy się. Zmiania wymiaru. Iluzja istnienia. Kiedy wymyślono kino, nazwano je „iluzjon” właśnie, potem kino było kinem, jednak ciągle służyło do oswajania ludzkich lęków, urzeczywistniania marzeń sennych, czy w końcu fabrykowania tychże marzeń. Wymyślono ruchomy obraz, potem dodano głos, kolory, trójwymiar... co dalej, nie wiadomo, póki co. Kino jednak to przeżytek, teraz można być kim się chce, grając w gry na konsoli, komputerze, etc. Tworzenie własnej, wirtualnej rzeczywistości. Sen na jawie. Są tacy, co sobie w realu nie radzą, rujnują się emocjonalnie i mentalnie, a w wirtualnym świecie są niedoścignieni, nikt nie ma z nimi szans. To taka ich ucieczka od rzeczywistości.
Reguły są jasne, kiedy siedzimy przed monitorem kompa, z konsolą do gier, itp. - tu świat realny, który nie ma żadnych szans, tam - przestrzeń wirtualna. Co jednak, gdy rzeczywistość odbieramy wirtualnie? Odjazd bez psychotropów. Pomijając wszystkich tych, którzy i bez używek mają słaby kontakt z rzeczywistością, są grupy ludzi, co za nic mają otaczającą ich rzeczywistość. Nazywają oni swoje inwalidztwo percepcyjne „twórczą inspiracją”.
Jan Nowicki powiedział, że tak zwani aktorzy serialowi go w ogóle nie obchodzą, bo to nie są aktorzy. Marek Kondrat nie chce już grać, Gustaw Holoubek nie żyje...a seriale jadą dziarsko. Mroczki, Muchy, Cichopki, Lubicze, plebaniaki (nie ma tu znaczenia mieszanie postaci fikcyjnych z realnymi, nazwisk z tytułem serialu, bo to i tak jak bigos staropolski). Taki świat - jest zapotrzebowanie na szmirę w telewizji, to telewizja spełnia te marzenia. Gorzej, a wręcz niewybaczalne jest, gdy ta zaraza wkrada się do teatru. Nie, żeby tutaj w obronie „świętości”, czy podobne takie dyrdymały, lecz po to, że jeśli nie do teatru, to dokąd uciec przed Lubiczami i Mroczkami? Gdzie się skryć? Przecież nie do kościoła, bo tam zamiast kazania dają „Plebanię”. Więc zaszczuty medialnie kryje się człowiek w teatrze, choćby i malutkim, a tam... profesjonalizm nabyty w budce na rogu z hot-dogami. Już nie dziwi, że Mrożek, pod pretekstem wątłującego zdrowia, pierzchnął gdzieś między pieprz a wanilię w nieznanym kierunku (oficjalnie niby znanym, ale tam na pewno go nie ma). Boskie aktorki, które grają same siebie, bo charaktery przypisane im w sztuce są być może zbyt banalne, nie aż tak wyraziste jak one same. Feeria banalności w tym scenicznym samozadowoleniu, publicznym interview, tylko gdzie miejsce na graną postać? Gdzie ona? Stanisławski dla ubogich.
Tworzenie iluzji istnienia musi być wiarygodne. Wielu przecież chce być Rysiem z „Klanu”. Jednak trzeba dać szansę tym, co chcą być normalnie zwyczajni. To jak płacenie fałszującej piosenkarce, żeby już nie śpiewała. Kto tu kogo zadowala?
Brak profesjonalizmu zastępowany jest zwykle złośliwością. Wystarczy wytknąć błędy, a „nożyce sie odezwą”, jak po uderzeniu w stół. Zmyć ten makijaż pozorów, okrywający brak pomysłów i nierzetelność, a fala terroru i zemsty dosięgnie każdego. Im większy dyletant, tym zemsta okrutniejsza. Było nie odkrywać mankamentów i lichoty, to by jakoś szło nadal. I po co to komu było? Pewnie racja, bo lichota nie zniknie, nie przemieni się nagle w kolorowego motyla profesjonalizmu, lub chociaż w przyzwoity warsztat wyrobniczy. Nic z tych rzeczy. Kiszka twórcza. „Kto za to płaci? Pan, Pani, społeczeństwo” - chciałoby się rzec. Brawa nie milkną, pokłonieni nie prostują się, nikt nie woła, żeby sztandar wyprowadzić. Można go jedynie czasem ukryć gdzieś w schowku, tak na przeczekanie, ale po największej zadymie zawsze wróci, jeszcze bardziej trzepoczący.
Polacy zaczytują się sienkiewiczowskim „Ogniem i mieczem”, gdzie Lachy łomot zbierają. Henryk łże, bo historię zna umiarkowanie, ale Polakom to się podoba, bo lubią celebrować w zadumie spuszczany im łomot. W rzeczywistości, po tak zwanym potopie szwedzkim i po powstaniu Chmielnickiego w październiku 1660 roku, pod wodzą hetmana koronnego Jerzego Lubomirskiego i hetmana polnego Stanisława Rewera Potockiego wygraliśmy ze zjednoczonymi siłami Rosji pod wodzą Wasyla Szeremietjewa i Ukraińców pod komendą Jerzego Chmielnickiego (syna Bohdana). Przeciwników było oczywiście więcej, lecz doskonała strategia polskich dowódców doprowadziła nas do zwycięstwa i znacznych korzyści po tej wojnie. O tym w szkole się nie uczy, bo to wstyd jest wygrać. Nam jest potrzebna iluzja przegranej ofiary, jak kiepszczakom iluzja chwały.
Zenek












