A niby takie dobre jedzenie w samolotach dają! Mój Stefan co prawda wszystko zjadł, ale on to wszystko zje, zwłaszcza jak już zapłacone. Ja od początku nie chciałam jechać do tej Ameryki na święta. Nie za dobrze ostatnio się czuję, a to długa droga. Lekarz co prawda powiedział, że ogólnie jestem zdrowa i mogę latać, ale on taki nieprzyjemny był. Zmieniłam go potem na innego. Mówię mojej Moniczce, że lepiej byłoby przyjechać na wiosnę, jak już cieplej będzie, bo w zimie to co ja tam będę robiła, ani na pole nie wyjdę, tylko w domu będę siedzieć. A ona w kółko, że na święta powinniśmy wszyscy być razem. Ja uważam, że Boże Narodzenie powinno się obchodzić w domu, i w Polsce, bo to polskie święto. To część naszej tradycji. Jak sobie pomyślałam, że w Ameryce będę musiała zrobić dwanaście polskich potraw wigilijnych, to aż się za głowę złapałam. Monika co prawda mówiła, że tu wszystko gotowe można kupić, ale ja gotowego nie uznaję. Co by ludzie powiedzieli!
No to przylecieli my ze Stefanem do córy na święta. Lotnisko ogromne, tłumy jakichś Murzynów i Arabów, a każdy cudacznie ubrany; Stefan mówi, że to jak na jakimś targu w Afryce. Od razu chciał wracać, ale jak tu córce taką przykrość robić?
Zawieźli mnie do swojego mieszkania... co ja tam będę mówić, powiedzą, że się wtrącam. Chce w Ameryce, to niech mieszka w Ameryce. Tyle tylko jej powiedziałam, że jakby była w Polsce, to by nie mieszkała w takim ulu z tektury, tylko w prawdziwym domu, z cegły. Stefan dodał, że by jej robotę w ministerstwie załatwił, a tam nikt sobie nie krzywduje, wystarczy na ich samochody popatrzeć. A Monika taką minę na to zrobiła, jakbyśmy nie wiem jaką przykrość jej robili, a my przecież tylko z troski, szczerze, od serca. Ale potem mówię do Stefana: jak im się nasze uwagi nie podobają, to nic nie mówmy. Chce sobie życie – i swojemu dziecku – zmarnować, to jej sprawa. Ech...
Przed świętami chodziła ja po polskiej dzielnicy, ale tu zupełnie nie ma atmosfery świąt. Niby wszystko udekorowane, ale inaczej. Ludzie też stoją w kolejkach, ale insze te ludzie. Ale niech tam, dla jedynego dziecka się poświęcam.
To stałam w tych kolejkach i kupuję wszystko na święta. Uparli się, żeby gotowe... a tu wszystko niby dobre, ale jednak trochę inne. Troszkę słodsze niż w Polsce albo bardziej słone, albo rzadsze... no, wszystko tu nie takie.
Pierogi sama chciałam zrobić, ale mąka inna. Zupę ugotować, to z suszonymi grzybami problem. Ale i tak co mogę, to gotuję i piekę. Jedną córkę mam, to się poświęcę. I wnuczusi może zasmakuje. Bo ta wnuczusia to już Amerykanka. Co jej podetkam jakiś chlebek ze smalczykiem albo skwareczkę, albo laną kluseczkę, to ona się krzywi. Krzywicy się nabawi, przekonają się!
Raz nas córka zabrała na Manhattan. A tam, jakie bogactwo! I tłok taki, że aż strach chodzić, aż mi się w głowie zakręciło. Ludzie kupują, całe torby ze sklepów wynoszą, a podobno tu jest kryzys. I wszędzie te dzwonki dzwonią, aż to denerwuje, i swoje kolędy grają. "Bóg się rodzi" by lepiej raz zaśpiewali!
Do polskiego kościoła na pasterkę my poszli. Wszystko niby takie same, ale jednak w Polsce piękniej, bo w katedrze, i wielkie organy tam są. I też mi się nie podobało, że tu ksiądz to jak jakiś kolega się zachowuje. Po mszy wszystkim rękę podaje – tylko autorytet straci. A jak przyszedł do nas po kolędzie, to z moim zięciem po imieniu byli. Ale ten mój zięć to już inna historia... a co ja będę mówić, po co mam się denerwować. Uparła się Monika, postawiła na swoim, choć lepiej mogła wybrać... ale miałam się nie denerwować.
Ale ta Anusia, moja wnuczusia, to aniołeczek. Paciorka po polsku ją uczę, a za to różne łakocie jej podsuwam, bo ona mizerna strasznie. A Monika ciągle, żeby jej ciastek nie dawać, bo to niezdrowe i się jej ząbki popsują. Domowej roboty ciasteczka na pewno nie zaszkodzą. Zdrowsze to niż te ich amerykańskie marchewki z nie wiadomo czym w środku.
Ale ona w tej swojej babci zakochana! I dziadzię też lubi! Stefan niby groźny dla niej, ale ona i tak wokół palca go sobie owinęła.
My niebogaci, ale kupiliśmy wnuczusi komputer i taką grę komputerową, co sobie zażyczyła.
Na święta ładną, naturalną jodełkę kupili i polskie bombki. No, trzeba przyznać, starała się córa ze swoim Maćkiem, żeby te święta polskie były. Ale ta choinka jednak nie pachniała jak nasza.
Na Wigilię opłatek z Polski przywiozłam, polskie kolędy puściliśmy – aż się popłakałam, bo to przecież smutne święto.
Powspominaliśmy sobie Polskę, młodość, tych, co umarli i nie mogli być przy stole, i znowu się popłakałam, i Monika nawet też. Jedna Ancia nie rozumiała, dlaczego my tacy poważni i tylko o prezentach myślała. Co takie dziecko ze świąt rozumie... Ale z komputera ucieszona była! Teraz nam mówi, że na następne święto chce rower górski (my z gór i na rowerach zawsze jeździli, ale nie wiemy, co to jest) i jakiegoś ajfona; też się dowiemy.
W sumie miłe święta były, ale jednak czułam się tu obco. W telewizji jakieś głupie programy i filmy – nie mają ani Telexpressu, ani Olejnik, ani polskiego "Tańca z gwiazdami". Co to za Gwiazdka bez "Tańca z gwiazdami"! I nie mają tu też w telewizji Turnieju Czterech Skoczni. Stefan aż musiał brać jakąś tutejszą polską gazetę, aby się dowiedzieć, jak skakał Małysz.
No i te święta tu za krótkie są – parę dni i już. W Polsce trwają od 20 grudnia do 5 stycznia. A tu – praca, praca, pieniądze.
Ale tak sobie Monika z Maćkiem wybrali, to niech się męczą. My ze Stefanem wracamy zaraz po Trzech Królach i już się nie możemy doczekać. Ale Anusię to byśmy ze sobą zabrali.












