Nieszczęśliwego Nowego Roku!
Na początku Nowego Roku chciałbym wszystkim złożyć serdeczne życzenia okolicznościowe. Życzę, żebyśmy zdrowi byli oraz żeby nie spełniła się większość naszych marzeń. To by dopiero było, gdyby tak Opatrzność postanowiła pójść nam na rękę i zrealizowała niektóre z naszych życzeń. Istnieje na przykład niebezpieczeństwo, że parę domów na Greenpoincie poszłoby z dymem. Z kolei prawie każdy facet jeździłby czarną beemwicą, a na przednim siedzeniu siedziałaby laska podobna do Angeliny Jolie. Jedną z kandydatek na prestiżowe przednie siedzenie była tak ostatnio popularna Lady Gaga, ale wyszło na jaw, że ma obwisłe piersi, a mając już tyle kasy stać nas będzie na kobitkę z naturalnym i jędrnym biustem.
Problem w tym, że w czasach równouprawnienia Bozia spełni też zapewne życzenia płci piękniejszej i za kierownicą nie będzie już siedział jakiś burak, ale klon Brada Pitta lub George'a Clooneya.
Pragnienie posiadania pięknego partnera drzemie w każdym człowieku. Przy stole noworocznym opowiadali, że przy Manhattan Avenue od paru tygodni stoi w chłodzie i śniegu dziewczyna czekająca na swojego księcia z bajki, a właściwie z internetu. Poznali się w internecie i umówili na Greenpoincie. Chłopak podjechał w umówione miejsce nowiutką acurą, obejrzał przez okno co trzeba i powiedział, że zaraz będzie z powrotem, tylko znajdzie parking. I tak burak szuka parkingu do dzisiaj, ale przecież o to u nas niełatwo, i to jeszcze przy tych zwałach śniegu.
W ubiegłym tygodniu właśnie na przykładzie śniegu przekonaliśmy się, jakie niebezpieczne jest spełnianie się marzeń. Przez dobry miesiąc pan w radiu co pół godziny śpiewał, że marzy o white Christmas, i w końcu Pan Bóg nie wytrzymał nerwowo i w drugi dzień świąt zrzucił tyle śniegu, że będziemy pamiętać przez lata. Do dzisiaj trwają jednak spory, czy to zima zaskoczyła drogowców, czy to drogowcy specjalnie dali się zaskoczyć zimie, żeby zrobić na złość Bloombergowi z zemsty za obcięte fundusze i zwolnionych ludzi.
Jakby nie było, gdzieś tam daleko pod ziemią w ogniu piekielnym chwile satysfakcji mają dusze Marksa i Lenina, gdyż socjalizm jednak nie umarł, lecz pięknie odradza się we flagowym kraju kapitalizmu. To w socjalizmie zima zaskakiwała drogowców i to w socjalizmie "pewien piekarz z piekarni zapiekał gwoździe w kajzerkach, chcąc w ten sposób zaprotestować przeciwko rządom Gierka".
Przesilenie noworoczne dało się też wyraźnie we znaki burmistrzowi. Gdy my na Greenpoincie brnęliśmy środkiem ulicy przez metrowe zaspy albo pchaliśmy karetki, które ugrzęzły w śniegu, Bloomberg twierdził, że sytuacja jest pod kontrolą i wszystko gra, bo przecież nawet na Broadwayu grają przedstawienia. Chyba zapomniał, że gdy "Titanic" tonął, to też orkiestra grała. Po paru dniach burmistrz posypał głowę popiołem.
"Nie głowę, ale ulice powinien posypać" – dało się słyszeć w polskich domach. Przypomniałem sobie, że na Broadwayu jedna dzierlatka też znacznie dłużej, niż to przewidywał scenariusz, czekała na ukochanego, a konkretnie na Spidermana, który spadł na scenę. Dobrze więc, że wreszcie skończył się ten rok, w którym nawet supermeni okazywali się być zwykłymi łamagami, w Polsce na polityka roku wybrano bezpłciowego prezydenta Bronka, który za nic nie chce zgolić wąsów, a w Ameryce ranking wygrał twórca Facebooka. To ten gościu, dzięki któremu nasze dzieci już nie kłócą się w domu na głos, bo siedząc przy stole rozmawiają ze sobą przez komputer.
A potem były chwile uniesień, pełne napięcia odliczanie sekund, szampan, całowanie gęb znanych i przypadkowych, trzeźwych i śmierdzących wódą. Niektórzy deklarowali postanowienia noworoczne, z których i tak niewiele wyniknie. Nie czarujmy się: kto pali – to i tak będzie palił, kto pije – to dalej będzie pił, a kto jest gruby – to i tak żadna dieta mu nie pomoże.
Na drugi dzień obudziliśmy się z dobrze udawanym zdziwieniem, że wszystko zostało po staremu. I zamiast być pięknym i kolorowym, Nowy Rok przywitał nas brudem i bałaganem. Kiedy pan w radiu przypomniał, że pierwszy stycznia jest Międzynarodowym Dniem Pokoju postanowiłem także wnieść swój skromny wkład w uroczystość i zacząłem sprzątać swój pokój zasyfiony w sylwestra. Zaraz jednak zapał mi opadł, bo podali, że muzułmańscy zamachowcy na swój sposób uczcili dzień pokoju masakrując tłum chrześcijan przed świątynią w Egipcie.
Wyjrzałem więc przez okno, a tam także syf: brudne zwały śniegu, walające się śmieci, zarzygane chodniki. Nawet właściciele psów nie wiadomo czemu uznali, że są zwolnieni od zbierania kup swoich pupilków. Tak to już jest, że dziadostwo tylko czeka na okazję, żeby łeb wychylić.
I zdaje się, że w tym roku dziadostwa też nie zabraknie. Ale damy radę. Rok nie wyrok.
Dariusz Zielonka












