Co jakiś czas ktoś przysyła nam e-mailem inspirujące posłannictwo. Tło stanowi zwykle piękna dolina, zatoka, morze, tęcza. Na tym widoczku wpisane są kursywą Słowa Wielkiej Mądrości. W przyswajaniu mądrości pomaga spokojna muzyka, klasyka lub new age.
Kto bywa cytowany? Wybór jest wielki: może być – piszący całe życie tę samą, złożoną z pseudomądrości książkę – Coelho, może to być papież, jakiś święty, znany poeta lub pisarz. Cytowany jest Konfucjusz, innym razem Kołakowski. Bywa też, że robimy sobie mieszankę krakowską i wybieramy ze skarbnicy myśli ludzkiej to, co nam pasuje.
Ponieważ te slide shows są kolorowe i ładne, i ponieważ zawierają rady pozytywne – jak w pełni przeżyć życie, jak cieszyć się chwilą, jak dawać innym, żeby to do nas wróciło – chętnie je wysyłamy do znajomych. Odruchowo wciśnięta funkcja "forward" jest dowodem, że adresatowi dobrze życzymy. I tak to przez świat płyną przesłania piękne, inspiracje na odległość, bezinteresowne dary cudzej mądrości i wrażliwości.
Czasem nie wystarczy sobie obejrzeć slide show, wzruszyć ramionami i nacisnąć "delete". Pod koniec prezentacji umieszczona jest bowiem pogróżka: wyślij ten przekaz do 10 kolejnych przyjaciół, w przeciwnym wypadku przerwiesz łańcuszek szczęścia i w związku z tym oślepniesz, pochorujesz się, spotka cię kara, zobaczysz. Albo inaczej: jak kogoś kochasz, jak ci na kimś zależy, wyślij mu to!
Jakieś 60 procent ponadczasowych maksym próbuje uporać się z zagadnieniem życia chwilą. Czasem opisuje się to inaczej: wyobraź sobie, że każdy dzień twojego życia jest ostatnim!
W ogóle pełno jest takich makabrycznych przestróg, na przykład, co będziesz myślał o swoim życiu na łożu śmierci, co chciałbyś wtedy zmienić, gdybyś mógł cofnąć czas.
Nie wiem jak inni, ale ja nie przepadam, kiedy ktoś przypomina mi ciągle o śmierci, zwłaszcza jeśli to memento mori umieszczone jest na landszafcie typu Tatry zimą.
Mam poza tym prywatny problem z decyzją, jak przeżyć ostatni dzień życia. Jeszcze większy – jak cieszyć się chwilą.
Niby rozumiem intencje autorów maksym: nie rób świństw, czegoś, czego byś się wstydził. Po katolicku zaś: nie grzesz, wyspowiadaj się, pozostawaj w łasce uświęcającej, bo może to być twój dzień ostatni.
Ale ja ciągle nie rozumiem kilku praktycznych drobiazgów. Skoro nie wiem jeszcze, że jutro rozjedzie mnie ciężarówka, dlaczego miałbym dziś rozdać cały swój majątek? A jak rozdam, a jutro nie umrę? Będę żył odtąd w nędzy. I jak się wtedy będę cieszył chwilą?
Częściej jednak pogodny mędrzec zachęca nas: żyj pełnią życia, jakby ten dzień miałby być ostatnim.
Większość ludzi rozumie życie chwilą, czy też pełnią życia, jako dogadzanie sobie oraz jako aktywność. Wedle tego rozumowania godzina spędzona na spaniu, jedzeniu, rozmyślaniu, czytaniu książki, jedzeniu, piciu jest godziną straconą.
Jak mam żyć chwilą? Skakać ze spadochronem? Uprawiać kompulsywnie seks? Urządzać wesołe libacje z przyjaciółmi?
W przesłanej mi niedawno internetowej próbce mądrości Gabriel Garcia Marquez tłumaczy swoim uczniom, jak wielką stratą życia jest każda jego przespana godzina.
Tak też rozumowali biografowie, a ściślej – hagiografowie Napoleona, Lenina czy Hitlera, sugerujący, że spali oni po 3-5 godzin w nocy. Wiadomo – nadludzie. (Historia zakwestionowała zresztą te fakty z życia dyktatorów).
Powiedzmy, że chcemy żyć pełnią życia, jak Napoleon, i śpimy po 4 godziny. Mędrcy mędrcami, ale mądrzy lekarze natychmiast pouczą nas, iż sen jest niezbędną częścią życia, że służy regeneracji. Trudno, tak pewnie musi być: trzeba przespać codziennie te 8 godzin, aby potem mieć siły do pracy, jasny umysł, spokojne nerwy. Innymi słowy, jedną trzecią życia przesypiamy, więc tracimy.
Ale co z tego? Tak rozumując, powinniśmy zsumować tysiące godzin spędzonych na jedzeniu, piciu, myciu się, robieniu kupy, goleniu, czesaniu, ale także: dojazdach do pracy, rozmowach telefonicznych, pisaniu e-maili, czytaniu głupawych felietonów.
W zasadzie za stratę życia można uznać większość czynności. Innymi słowy – większość życia idzie nam na zmarnowanie. Gdybyśmy nie spali, nie jedli, nie męczyli się, moglibyśmy... no właśnie, co? Zarabiać dwa razy więcej? Pracować trzy razy dłużej? Jeść więcej? Mniej? Szybciej (niezdrowo)? Wolniej (strata czasu)? Uprawiać więcej sportu? Może to zdrowo, ale czy jazda na wrotkach, z filozoficznego punktu widzenia, nie jest stratą życia? Dziś uważa się jednakże, że człowiek zajęty to człowiek aktywny, nienudzący się, wykonujący wiele czynności. Znamy takie osoby, które mówią nam, że "nie mają czasu na nudę". Krzątają się, są wiecznie w ruchu. Ale jaka jest przewaga życia wypełnionego robieniem weków, naprawą kranów i kopaniem grządek? Czy to dopiero nie jest marnowaniem życia?
W potocznej świadomości za marnowanie życia uchodzą dziś akty bierne: siedzenie, leżenie, myślenie, patrzenie, słuchanie. Nie wiedzieć czemu, jeśli człowiek rusza rękami i nogami, uważa się to za wypełnianie życia istotną substancją. Leżenie na łóżku to dodawanie marnotrawionych minut, których tylko będziemy żałować na łożu śmierci.
Tak więc przed śmiercią będę żałować, że... nie wiem właściwie, czego. Że byłem w dwudziestu krajach, a mogłem w trzydziestu? Że nie zobaczyłem Chin, Australii i Wenecji? Że wydałem więcej na ubrania niż na szampana? Że jadłem wiele razy ostrygi, a ani razu nie skosztowałem langusty?
To wypełnianie życia przeradza się więc w konsumpcję – żywot barwny, bogaty, różnorodny. Ale jak ma żyć pełnią życia ktoś, kto nie jest bogaty? Kto ma chorą prostatę? Brzydkie ciało? Zły kredyt? Kto ma do wychowania czeredę dzieci? Albo ktoś, kto jest z natury melancholijny i refleksyjny?
Jan Latus












