Tak się po polsku mówi, chociaż brzmi to śmiesznie. Odważne kolory... że niby mają odwagę tak jaskrawo wyglądać, wyróżniać się na szarym tle? Czy też odważni są ludzie, którzy noszą odważne (jaskrawe) kolory? Ale dlaczego potrzeba do tego odwagi?
Zastosujmy mój ulubiony trik: wyobraźmy sobie, że tłumaczymy ten problem kosmicie.
Ciekawe, czy by zrozumiał, że ponieważ ludzie pracują w grupie przy wytwarzaniu jakiegoś produktu, np. ubezpieczenia na życie, w związku z tym muszą ubierać się na szaro, a nie wypada im – na czerwono lub żółto. Dlaczego? Bo czarny i szary są poważne, groszkowy i cynober – nie. Kto to ustalił?W tych dniach wszystko jest na białym i szarym tle śniegu w różnych fazach rozkładu. Przyjęło się, że w zimnej porze roku ludzie noszą ciemne ubrania, stonowane kolory. Za to w lecie wolno im założyć na siebie coś jaskrawego. Skrajnym przykładem jest koszula "hawajska", czyli upstrzona jakimiś kolorowymi wzorkami; stosowna, jak sugeruje nazwa, do noszenia na Hawajach.
W rzeczy samej ludzie w tropikach ubierają się jaskrawo. Coś w tym jest: ubrania szarobure, nawet jeśli są przewiewne, jakoś nie pasują, psują krajobraz. Człowiek w kawiarni przy plaży ubrany w ciągu dnia w popielatą koszulę wygląda jak żywcem przeniesiony monter z zakładów Ursus. Z drugiej strony, żółty czy czerwony akcent w pokrytym zimowym błotem mieście wygląda dziwnie, wydaje się przesadną ekstrawagancją.
Co innego dzieci – im wolno nosić się krzykliwie. Właściwie to uważa się, że wszystko w otoczeniu dziecka: meble w jego pokoju, zabawki, ubranka, powinno być w żywych kolorach. Najwyraźniej psychologowie sądzą, że ta feeria barw klocków, te różowe ściany i czerwone krzesełka stymulują rozwój intelektualny i emocjonalny przyszłego sprzedawcy ubezpieczeń na życie.
A co by było, gdyby dziecko miało same szare zabawki? Nikt takiego eksperymentu nie przeprowadził.
Wybór koloru jest też sprawą kulturową. Tak jak kolorem żałoby np. w Indiach jest biały, nie można wykluczyć, że pewnych epokach czy regionach, np. na Hawajach, założenie szarej koszuli jest szczytem odwagi i ekstrawagancji.
Tak czy inaczej waga, jaką przywiązujemy do koloru ubrania, dowodzi, że poddajemy się łatwo uniformizacji. Dotyczy to zarówno społeczeństw, gdzie najważniejsze jest wtopienie się w grupę, jak Japonia, jak i indywidualistycznych, jak USA. Choć w Stanach Zjednoczonych teoretycznie każdy może się nosić jak chce, w praktyce owczy pęd jest tu bardzo silny. Kiedyś wszyscy nosili kapelusze i garsonki. Dziś – baggy jeans, czapki-bejsbolówki z zsuniętym na kark daszkiem, tatuaże i kolczyki. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu pracujący w biurach Amerykanie chodzili w niemal identycznych garniturach, butach, płaszczach. Dziś taki formalny, poważny ubiór obowiązuje tylko adwokatów, polityków i finansistów, choć i oni w piątki pozwalają sobie na zluzowanie krawata. Nawet wtedy jednak krawat żółty jest szczytem odwagi cywilnej. Lepiej niech to będą jakieś różowawe paski, byleby krawat pochodził z dobrej firmy.
Mimo terroru szefów banków i innych szefów znajdują się jednak ludzie, którzy ubierają się w ryzykowny sposób. Wśród dziesiątków tysięcy Polaków w Nowym Jorku są na przykład dwaj, którzy ubierają się dość fantazyjnie: pewien malarz i poeta bywający często na Greenpoincie oraz światowej i polonijnej sławy grafik, przychodzący nawet na imprezy w konsulacie w czerwonych butach.
Jak bardzo ludzie boją się, że ktoś ich będzie pokazywał palcami, że są odmienni... Gdziekolwiek chodzimy, ubieramy się w narzucony uniform: smoking na bal, czarny garnitur na oficjalne wieczorne spotkania, granatowy na biznesowe spotkania popołudniowe, ciemna garsonka businesswoman i czarna długa suknia na wieczorną galę. Wszystko zostało skodyfikowane.
Strach przed oryginalnością rozciąga się na wszystkie elementy życia: większość wybiera pastelowe kolory ścian, naturalne drewno mebli, białą wannę. Ten radosny, promienny, filuterny kolor żółty jest tolerowany jako rzadki akcent: kwiatek w wazoniku, słonecznik na obrazie. Poza tym jednak – preferujemy odcienie ziemiste. Maskujemy się.
W Stanach Zjednoczonych, gdzie teoretycznie można wszystko kupić i każdy może być tym, kim chce, większa część palety kolorów po prostu nie istnieje. Manhattańczycy, ta rasa o najwyższym wyrafinowaniu na świecie, od lat już ubierają się na czarno. Świątek, piątek, rano i wieczorem, na wernisaż i do pracy. Czy nie świadczy to też o ich wewnętrznej niepewności, skoro ubierają się nie tak, żeby się spodobać, lecz żeby nie uznano ich za ubranych nieodpowiednio?
Strach przed wyróżnieniem się, a może także – brak własnego, wyrobionego gustu estetycznego powoduje, że ludzie kupują tu czarne prawie wszystko, nawet jeśli istnieje też w innych kolorach: aparaty fotograficzne, parasole, walizki. No i samochody. Czarny jest tu ciągle najpopularniejszy (obok srebrnego), gdyż każdy samochód wygląda przez to drożej. Czarnym samochodem wypada podjechać pod ONZ, bank, nocny klub. Ubrany na czarno i pachnący Drakkar Noir facet to – w powszechnej opinii – macho, mężczyzna sukcesu. Co by było, gdyby jeździł różowym garbusem i nosił żółte buty? Tak więc, tylko nieliczne samochody – Porsche, Saab, Lamborghini, Ferrari – oferowane są w żółtym kolorze. W przypadku tych szpanerskich marek komunikat jest inny: jestem bogaczem i nie zważam na to, co inni myślą, wybrałem więc sobie ten szokujący, ekstrawertyczny kolor żółty.
Ale my, pozostali ludzie: urzędnicy, dziennikarze, lekarze, chcemy się wtopić w tłum. Żółte kalosze przystoją przecież tylko dzieciom.
Jan Latus












