Na słodką zemstę, słuszny odwet i wyrównanie rachunku krzywd nigdy nie jest za późno - zdają się mówić włodarze grodu Kraka. Całe 770 lat temu spustoszył im je wnuk Czyngis-chana o imieniu Batu-chan.
Potem były jeszcze dwie duże napaści, ustrzelenie z łuku strażnika miejskiego na wieży mariackiej, tudzież Lajkonik, pozostawiony przez Mongołów ku przestrodze. I zdawać by się mogło, że łupienie, palenie i branie w jasyr krakowianek ujdzie im już na zawsze bezkarnie. Nic podobnego.
W lutym i marcu 1241 r. czoło barbarzyńcom stawiał mało skutecznie wojewoda krakowski Włodzimierz. Dopiero w styczniu 2011 r. wojewoda małopolski Stanisław, Kracikiem zwany, odparł IV najazd Złotej Ordy i wsadził potomków chana za kratki, odnosząc druzgocące zwycięstwo nad rodziną Batdavaa - choć sam kratek cudem uniknął, bo zaliczył wyrok skazujący, jak każdy szanujący się polityk. Nie bez znaczenia jest fakt, że linię Wisły 5-osobowe siły mongolskie przekroczyły już w 2000 r., rozbijając obóz w nadwiślańskich zaroślach.
Atak na skośnookich przeprowadziły zastępy polskiego rycerstwa spod znaku Straży Granicznej. Główne uderzenie poszło na krakowski przystanek autobusowy, gdzie został pojmany 22-letni Mongoł Khasha. W odpowiedzi na działania zaczepne Khashy, szykującego się do obrony pracy inżynierskiej na Wydziale Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej AGH, wojewoda zarządził mobilizację Straży Granicznej, bo też tam kończył studia, tyle że na Wydziale Elektrotechniki Górnictwa i Hutnictwa, i mógł się poczuć zagrożony. Drugi brat Oyun, również student AGH, nie został pojmany, bo w porę zszedł do podziemia.
Gdy piszę relację z pola bitwy Kracika z Tatarami, Khasha broni pracę inżynierską, przywieziony z Przemyśla przez wojów Straży Granicznej; odważna szarża wojewody zmusiła bowiem zagony mongolskie do odwrotu w kierunku ośrodka dla uchodźców na wschodniej rubieży RP, gdzie czekają na deportację. Khasha broni pracy, pilnowany pod bronią, a za oknami uczelni demonstrują jego koledzy-innowiercy: "Nie wywoźcie nam Polaków do Mongolii". Naiwni, pokładają nadzieje w sądzie w Przemyślu, że przemyśli sprawę i odeprze atak zastępów Urzędu do spraw Cudzoziemców, który nie przedłużył czambułowi paszy Khashy pozwolenia na pobyt w grodzie Kraka i kraju Polaka, potępiając w czambuł ich działania zaczepne, mające na celu obronę magisterki w celu podboju stanowisk pracy, przeznaczonych dla czysto polskich inżynierów, tudzież wzięcia w miłosny jasyr kilku lnianowłosych Małopolanek.
Według urzędu i wojewody rodzinie wielokrotnie proponowano rozejm, czyli legalizację pobytu w kraju Lecha, ta jednak z możliwości tych nie korzystała, bo prawa nie kumała. Oprócz Khashy do przemyskiej baszty została też zawleczona w powrozach jego matka, jako i ojciec oraz najmłodszy brat Robert, spłodzony już w Lechistanie, a porwany wprost ze szkoły. W jego sprawie podjął działania zaczepne, czyli interwencję, rzecznik praw dziecka Marek Michalak. Wyrzekł on ryzykowne dla czysto polskiej racji stanu zdania: "Uważam, że rodzina, która od tylu lat mieszka w Polsce, zżyła się z lokalną społecznością i funkcjonuje w niej bez zarzutu, niejako nabyła prawa, żeby z nami pozostać. W dodatku Robert urodził się w naszym kraju, mówi tylko po polsku, tak naprawdę to Polska jest jego ojczyzną, a nie Mongolia". A co będzie, jak Robert, gdy dorośnie, też skończy AGH i razem z Khashą i Oyunem wybudują na Błoniach meczet?!
Dyrektorka szkoły chana Roberta też nie ma instynktu samozachowawczego prawiąc, że wyrzucenie go ze środowiska, z którym się zżył, i odesłanie do kraju o tak odmiennej kulturze, mogłoby złamać mu życie w sposób nieodwracalny. I podkreśla, że Robert jest zdolnym uczniem, lubianym przez kolegów, życzliwym wobec innych. Ma się rozumieć - zwłaszcza Innych...
Sprawę czambułu bada także rzeczniczka praw obywatelskich, interweniuje europoseł PO (Polska Orda?) Bogusław Sonik. Na jego miejscu byłbym ostrożny. Ataki Mongołów wiązały się zawsze nie tylko z grabieżą i braniem w jasyr, ale i były też wymierzone w sojusz antymongolski naruszając politykę zbliżenia polsko-ruskiego, które w ostatnich tygodniach stało się oczkiem (skośnym?) w głowie PO (Polskiej Ordy?).
Złośliwi z kolei podejrzewają czambuł Khashy o "idiotyzm mongolski", czyli najczęściej rozpoznawalną formę opóźnienia umysłowego. No bo kto przy zdrowych zmysłach, zamiast siedzieć na zasiłku, uczy się polskiego, robi studia i chce zostać nikomu niepotrzebnym w Polsce inżynierem? Łapanki urządzane po całym Krakowie na Mongołopolaków były więc odpowiedzią na czystą prowokację: chcieli być lepsi od naszych! Ale my się tatarskiej dziczy nie boimy, do drugiej Legnicy nie dopuścimy i czambuł Khashy przepędzimy. Chyba że nadejdzie odsiecz przemyska.
Ale nawet i wtedy na słodką zemstę i wyrównanie rachunku krzywd nie będzie za późno, bo przecież dostaną się pod opiekuńcze skrzydła polskiego fiskusa..
Marek Kusiba.












