Cywilizacyjnie, jaka część ludzkości czuje się źle w sposób chroniczny? Ilu ludzi budzi się codziennie z bólem? Ilu nie zaznaje nigdy komfortu fizycznego lub psychicznego; jest przepracowana, niedożywiona, czaszkę rozsadza im choroba psychiczna? Ilu ludzi budzi się z zimna, ilu z gorąca, jaka część nie może usnąć z powodu braku miłości i nadziei?
Cywilizacyjnie, czy ludzkość musi używać czegoś, co wykracza poza miskę ryżu dziennie, by utrzymać się w granicach człowieczeństwa?
On urodził się w strasznym bólu. Nigdy go nie przezwyciężył, jak to robią miliony ludzi. Jemu ból istnienia został na zawsze. Nie mógł znaleźć dla siebie ukojenia. Nie mógł odnaleźć magicznej pigułki.
Każdy sobie coś znalazł. Grube baby odnalazły czekolady, ćpuny odnalazły herę, nerwowi marychę a flegmatyczni amfę. Reszta pożera zwierzęta lub pali nikotynę, a cała miernota pije, bo jest mało pomysłowa. On ma najbardziej przesrane, bo nie może znaleźć. Też jest kurwa mało pomysłowy.
Poranne poszukiwanie sił witalnych w czarnym gorzkim napoju. Wchłonąć w siebie jak najwięcej, zbudować ochronę, przygotować się do walki o zmroku. Picie kawy aż do utraty smaku. Kawa z wódką. Wódka z sokiem. Tabletki musujące multiwitaminowe z apteki. Tabletki bez recept. Nikotyna wchłaniana plastrami. Stek ściekający krwią drapieżnika. Zimny móżdżek, świeżo odmrożony. Mózg parujący. Autofilia warzyw zielonych, naiwność marchewki. Praca, która nikomu nie służy. Podróż w pociągu pośród martwych ludzi, na ból od dawna niereceptywnych. Zachód słońca i strach. Koka z pierwszej reki, z pierwszego brania, czysta. Więcej wódki. Zastrzyki z czegokolwiek co krew przeniesie w kilka sekund. Pozwoli na chwilę zapomnieć. Ulga trwa jednak zbyt krótko. Znowu stoi z bólem twarzą w twarz. Zna przyszłość. Ból natęża się i dochodzi do najwyższego punktu. Potrzeba ukojenia odbija go po ścianach. Krzyczy, czekając aż ból z niego ujdzie. Krzyczy przez łzy modląc się o świt. By świt nigdy nie nadszedł.
Gdyby można choć raz nie obudzić się we własnych rzygowinach. W swojej ambicji bycia człowiekiem. W braku mocy, w wiecznym niespełnieniu. W piekle własnego ciała. Marzył, by to komuś oddać, stać się czyimś niewolnikiem, za cenę wyzwolenia od bólu. Być niewolnikiem czyimś, ale nie swoim. Panie, oddam ci duszę i ciało, bylebym został wszystkiego zapomnieniem.
Wtedy pojawia się Roślina.
Dopóki nie masz do niej dostępu, człowieku, co ci pozostaje?
Roślina zabiera ci wszystko, by wszystko ci oddać. Otwiera drzwi, których już nigdy nie zamkniesz. Znika za nimi cywilizacja. Jesteś ze sobą jak nigdy wcześniej. Świat odzyskuje kształt i zapach. Nikt się nie porwie na produkcję, ryzyko jest zbyt duże. Roślina wybiera sama. Niektórzy umierają od razu, inni latami; on się wreszcie narodził. Roślina go wybrała. Ból zniknął. Zniknęło wszystko. Jedynie on, on nareszcie istniał.
Obudził się w białych szatach, w białym pokoju wraz ze wschodem słońca. Czuł się lekko i spokojnie. Ćwiczył ciało, potem medytował. Wyszedł na taras i przez długi czas czuł tylko wiatr na twarzy. Wiatr przenosił stonowane barwy odgłosów w ciszy poranka, zapachy ziemi i fale ciepła. Wszedł do ogrodu i rozpoczął pracę. Wkładał dłonie w świeże grudki ziemi, wyczuwając pod palcami każdą zmianę w temperaturze i wilgotności. Dzielił się wodą z kwiatami, podlewał je i pił. Pachniały intensywniej. Dotykał twardych płaszczyzn kamieni, chcąc je najpierw zrozumieć. Potem przenosił je, układał, łączył i malował. Praca sprawiała mu radość. Po południu przyjeżdżali ludzie i zabierali to, co stworzył. Wiatr zmieniał kierunek. Pora odpoczynku. Miska ryżu. Światło się załamywało, gasło i zapadał zmierzch. Ubierał się wtedy i schodził na dół. Szedł tam, gdzie paliło się ognisko i skąd dochodził śpiew. Wokół ognia tańczyły cienie ludzi i demonów. Nareszcie jest. Roślina. Horyzont.
Magdalena Wypych












