Jakaś mnie taka melancholia ogarnęła. Może to przez tę wódkę, a może długą zimę?
Melancholia jest pięknym stanem ducha. Szkoda, że tak niepopularnym i niedocenianym.
Bo melancholia to takie nie wiadomo co. Między jasno określonymi stanami radości i smutku jest jakąś szarą strefą, zapomnianą, nikomu niepotrzebną substancją.
Stany skrajne są wyraziste, soczyste, określone. W sam raz do hollywoodzkiego filmu. Śmieją się dzieci w parku, śmieje się perliście obdarowana perłami kobieta. Rechoczą widzowie na komediowym show. Także smutek jest dziś rysowany grubą krechą. Rozpacz, depresja, krokodyle łzy po śmierci zmarłej na raka pięknej żony.
Oba stany – radości i smutku – dobrze pasują do raczej dwuwymiarowych sylwetek psychologicznych ludzi zamieszkujących kontynent północnoamerykański. Zwłaszcza radość, zadowolenie, uśmiech od ucha do ucha są tu cechami chwalonymi, uczonymi, promowanymi. Na smutek pozwala się zaś w melodramatycznych okolicznościach – jak wspomniana śmierć pięknej żony albo gdy synek jedzie na front.
Ale gdzie się podziała melancholia?
Kiedyś nie trzeba było tłumaczyć, co ona znaczy. XIX-wieczny poeta i malarz wręcz powinien był być melancholijny; takież były panie z dobrych domów. Podtrzymywaniu melancholii na stałym, wysokim poziomie służyły parki, wyjazdy do wód, krajobrazy przy świetle księżyca, ruiny zamków. Melancholijne były poezja, malarstwo, muzyka.
W ogóle melancholia w muzyce to odrębny temat. Muzykolog obruszy się na to – przecież nie jest to termin muzyczny. Ale my, zwyczajni ludzie, wiemy, o co chodzi. Chodzi o jakąś smutną aurę, delikatne wzruszenie, spokój zaprawiony tęsknotą. Takie nuty pojawiają się już na początku XVIII wieku w muzyce J.S. Bacha i Domenico Scarlattiego; istnieją w utworach fortepianowych i koncertach Mozarta. Na dobre jednak melancholia zagościła w muzyce dopiero w XIX wieku. Aż nadto znajdziemy jej u Schuberta, Schumanna, Chopina, Czajkowskiego, Brahmsa.
Melancholia jest też obecna w jazzie, zwłaszcza tym europejskim (Rypdal, Jarrett, Stańko, Możdżer, Rava). Znajdziemy ją na starych nagraniach grup Genesis i Pink Floyd oraz nowszych płytach Stinga, Sade i Radioheads. Właściwie trudno wyobrazić sobie wybitną muzykę, która nie miałaby w sobie nut smutku.
Inny wielki rozdział to melancholijne klimaty malarstwa. Tu polska sztuka wiedzie prym – od abstrakcji nadal wolimy księżycowe krajobrazy Beksińskiego i smutne twarze Stasysa.
Czy melancholijne mogą być także filmy? Oczywiście. Taką aurę ma niejeden obraz japoński, skandynawski, polski. W odróżnieniu od smutku i rozpaczy, które wynikają często z treści fabuły, w melancholijnym sosie może być zanurzony film o neutralnej treści – wystarczy, że będzie piękna muzyka, powolny ruch kamery, zamyślone twarze protagonistów.
Czy Amerykanie słyszeli coś o melancholii? Niewiele. Istnieje co prawda słowo melancholy, ale czy ktoś słyszał je w codziennej rozmowie? Nie, ludzie raczej są sad, crushed, pissed-off, angry, saddened, depressed. Melancholic? To egzotyczne słowo.
Nie wypada być melancholijnym, zwłaszcza mężczyznom. Być w depresji – a, to coś innego. Depresja jest jak najbardziej w porzo. Jest stanem chorobowym, opisywanym już nie tylko w podręcznikach, ale i magazynach ilustrowanych. Nasz domowy lekarz wybierze antydepresant z szerokiego wachlarza dostępnych na rynku, a ubezpieczalnia nawet się nie zawaha ze zwrotem kosztów.
Ale na melancholię nie ma lekarstwa. To przecież taki, spotykany tylko u niektórych ludzi, typ charakteru, z predyspozycją do stanów lekkiego, ale nieuzasadnionego smutku.
Jak to leczyć?
Nie tylko w rozmowie nie warto opisywać siebie jako melancholika. Także w sztuce nastroje melancholii nie są przez Amerykanów doceniane. W wymienionej wyżej muzyce tutejsi krytycy zajmują się analizą struktury utworu oraz stylowością i doskonałością wykonania. Na imponderabilia, w rodzaju pięknie oddanego nastroju melancholii, nie ma tu miejsca. To jest też jednym z powodów, dla których polski jazz, z jego skłonnością do melancholijnej aury, nie jest powszechnie słuchany (oprócz małej grupy znawców). Tu woli się grę konkretną, żywiołową, a nad łezkę w oku przedkłada synkopę. Nawet smutek bluesa jest przecież inny, dosadniejszy.
Być może ostatnią dużą grupą osób podatnych na melancholię są nastolatki, zwłaszcza kiedy są zakochanie – szczęśliwie lub nie. Ale tak było zawsze – stan zakochania przynosi często takie smętne nastroje.
Czy więc wszystko stracone dla melancholików? Może nie. Jeśli przyjrzeć się milionom zdjęć, filmików, grafik, choćby w internecie, znajdziemy ogromną liczbę obrazów o melancholijnym nastroju. Od zachodów słońca nie można się opędzić, podobnie od miast nocą, twarzy oświetlonych świecami. Ba, znajdziemy też bardzo dużo smutnych psów i kotów.
Tak więc melancholia istnieje. Może jednak jest nam wszystkim potrzebna?
Jan Latus












