A miało być tak pięknie... Po tym, jak Francis Fukuyama oficjalnie ogłosił koniec historii, ostatni przedstawiciele ginącego gatunku lewaków mieli dokonać politycznego żywota w charakterze lwów salonowych, mieszczących się, z całą swoją partyjną frakcją, na niedużej kanapie. No bo po co komu "wrażliwość społeczna", wolność, równość i braterstwo, skoro – po realizacji większości postulatów socjalistów z minionego stulecia – wszyscy, w tym niegdysiejsza klasa robotnicza, mieliśmy zostać Amerykanami z middle class.
Niestety, zapowiadanego kresu dziejów jakoś nie widać. Przeciwnie – od czasu publikacji Fukuyamy wzrosła na świecie nie tylko liczba otwartych konfliktów militarnych, ale pogłębiło się też rozwarstwienie majątkowe. Jednocześnie znacznie skurczyły ścieżki społecznego awansu (na przykład przez wykształcenie).
Globalizacja, zamiast zapowiadanego dobrobytu dla wszystkich, doprowadziła zaś do kryzysu ekonomicznego na skalę niespotykaną od stulecia, przy okazji kreując nową "podklasę społeczną", w Ameryce nazywaną "working poor", a w Europie "pokoleniem 1000 euro".
W ten sposób zamiast się skończyć, historia zatoczyła koło, w sferze relacji między kapitałem i pracą powracając, przynajmniej w niektórych rozdziałach, do czasów dzikiego kapitalizmu, tak malowniczo opisanego niegdyś w powieściach Karola Dickensa. Tyle tylko, że na wyższym poziomie materialnym, więc dzisiejsze sweat shops to już nie szwalnie czy stalownie tylko call centers, montownie i supermarkety.
Tak więc i sprawa powrotu na polityczną scenę "nowej lewicy" to tylko kwestia czasu. I to – wbrew ostatnim tendencjom obserwowanym w Europie – raczej niedługiego. Wreszcie bowiem – po niemal półwieczu kurczenia się naturalnego elektoratu partii lewicowych, czyli wielkoprzemysłowej klasy robotniczej – znów jest kogo bronić przez ekspansją krwiożerczego kapitalizmu i obyczajowej hipokryzji ortodoksyjnego konserwatyzmu.
Inna sprawa, że lew nowej lewicy niewiele przypomina tego z cyrku Karola Marksa. Choćby dlatego, że historia nie dość, że się nie skończyła, to jeszcze – po staremu – lubi się powtarzać. Ale jako farsa...
Tak, jak na przykład teraz w Polsce.
Kto w tej chwili nad Wisłą stawia na "wrażliwość społeczną" i na ludzi "pokrzywdzonych przez system"? Kto wziął pod swoje skrzydła związki zawodowe, rolników i w ogóle wszystkich rodzimych "working poors"? Partie same określające się jako "prawicowe" i "konserwatywne". Natomiast ugrupowania z nazwy lewicowe ręka w rękę współpracują, przynajmniej w kwestiach gospodarczych, z rządzącą frakcją liberalną.
Tak więc typowy polski polityk z opcji lewicowej głosuje w sprawach ekonomicznych, finansowych i podatkowych dokładnie tak, jak – z definicji – powinna głosować prawica. Która z kolei – akurat w Polsce – często zajmuje w tych właśnie kwestiach doskonale "lewicowe" stanowisko.
Natomiast partie z nazwy konserwatywne rzeczywiście pozostają wierne swojej opcji w kwestiach ideologicznych. Tutaj nie ma mowy o żadnym "odchyleniu lewicowym". I – rzecz ciekawa – podobne stanowisko często zajmuje w tych sprawach także partia rządząca, z nazwy "liberalna".
Natomiast rzeczywistego liberalizmu w sferze idei i obyczaju samotnie bronią "lewacy". Choć akurat nad Wisłą też nie zawsze. A jeśli już, to zwykle mało skutecznie.
Żeby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, trzeba się chyba odwołać do samych źródeł postawy lewicowej i konserwatyzmu. Gdyby bowiem sprowadzić do jednego zdania treść dziesiątków publikacji dotyczących tego złożonego zagadnienia, to postawa konserwatywna wynika z przekonania o odwiecznym i naturalnym porządku rzeczy, usankcjonowanym przez najwyższy autorytet. "Albowiem kto ma, temu będzie dodane, a temu kto nie ma będzie odebrane nawet i to, co ma". To po pierwsze. Po drugie natomiast świat jest taki, jaki powinien być. Teraz, zawsze i na wieki.
Natomiast druga opcja opiera się na założeniu, że wszystko, co obejmuje cywilizację, kulturę i sferę relacji międzyludzkich, od gospodarki po ideologię (oraz etykę) podlega umowie społecznej. Tę zaś, w przeciwieństwie do dogmatu, można i należy negocjować.
Owej różnicy postaw nie da się w sposób prosty i automatyczny sprowadzić do kwestii wiary religijnej. Dla lewaka miarą wszechrzeczy jest człowiek. Dla konserwatysty tę miarę stanowi różnie definiowany byt metafizyczny. Wprawdzie ludzie wierzący też bywają relatywistami społecznymi, a niewierzący konserwatystami, niemniej fundamentem (czasami nieuświadomionym) tego podziału jest światopogląd. Czyli głębokie przekonanie o tym, na czym opiera się, skąd bierze, czemu służy i ku czemu dąży ludzka egzystencja.
Od tego bowiem zależy, jak rozumiemy pojęcia "wolność", "równość" i "sprawiedliwość". I czy dla nas są one, ostatecznie, kategoriami z tego, czy też "tamtego" świata.
A cała reszta to już tylko walka lwów (salonowych) pod dywanem.












