Wkradam się do zakamarków pamięci wyłuskując spacer po mistycznych, brukowanych blado-różowym licem terrakoty - ulicach Katmandu.
Mijam świadków historii o twarzach niskich, kilkupiętrowych kamienic z drewnianą, często koronkową woalką balkonów.
Słodki zapach kadzidła łaskocze nozdrza. Natarczywie przenika do wnętrza świadomości- tworząc mix z łagodnym i kojącym strumieniem muzyki tybetańskich mnichów, sączącej się z magnetofonów, ustawionych na ulicznych straganach.
Wzorem i kolorem wabią bogato wyszywane ubrania miejscowych artystów , których hafty znane są od wieków.
Oczy kobiet przyciąga ciężka biżuteria, a także naręcza szklanych, różnobarwnych paciorków, które można nabyć za kilka rupii, czyli przysłowiową złotówkę.
Na półkach prężą dumnie swe piersi - różnej wielkości ,misternie rzeźbione, metalowe misy z zaklętą w ich wnętrzu tajemniczą wibracją dźwięków.
Do modlitwy zachęcają modlitewne młynki-inkrustowane atrapą lazurytu turkusa i karminu koralowca.
Obok nich widnieją - dostojne, kunsztownie rzeźbione odlane z brązu posążki Buddy, a także wiele innych rzemieślniczych wyrobów, choćby z lekkiego, tekowego drewna.
Staję się cząstką niezwykłego pejzażu, którego magiczny entourage zadaje kłam prawdzie realizmu.
Zapach kadzidła przybiera pełnię barwy – w miarę zbliżania się do jednej z licznych niewielkich, nadwyrężonych zębem czasu drewnianych świątyń.
Czuję jej pulsujące, ciepłe, starcze serce. Zerkam do słabo oświetlonego wnętrza.
Mój wzrok przyciąga postać zadumanego Buddy-nęcącego barwą złota przetykanego purpurą, otoczonego wianuszkiem wiotkich, oranżowych świeczek.
Tylko w niektórych odnajduję delikatny płomyk życia.
Nagle ciszę kaleczy pisk! Odcina fragment błogiej kontemplacji...
Podążam wzrokiem za właścicielem dźwięku. Jest nim całkiem pokaźnych rozmiarów gryzoń, który w ten sposób manifestuje swoją obecność.
Czarne węgielki oczu odbijają nieme refleksy w moją stronę.
Po kilku kropelkach chwil- nie spłoszony moim widokiem wskakuje na kolana Oświeconego.
Jego szczurza egzystencja przypomina o szacunku i miłości do otaczającego mnie
świata – nawet, jeśli przyobleka oblicze budzące pejoratywne uczucia - strachu i awersji...












