Teofil Cymbałełe
Miłość?- pyta sam siebie -Cóż jest miłość? Stoi na przystanku autobusowym. Północ. Sypie śnieg. Oszalałe płaty wirują w powietrzu, osiadają mu na głowie. Jest bez czapki. Schowam się pod daszek – myśli. Istnieje nikła szansa na jakiś zabłąkany, nocny autobus. Jest rozkład jazdy , a jakże! Lecz cyferki są zamazane, a on i tak źle widzi.
Ponadto wzrok mu przyćmiewa : MIŁOŚĆ , to pojęcie – klucz , którego ryzykowne istnienie we wszechświecie ledwie przeczuwał do tej pory, a dzisiaj ono go dopadło i teraz się z nim mocuje, usiłując odnaleźć siebie samego w tej całkiem nowej jakościowo sytuacji.
Rubieże miasta. Pusto. Jest sam, zupełnie sam naprzeciw tego ogromu nad głową, zakrytego teraz chmurami, które oddają ziemi to białe szaleństwo. H2O – myśli – zwyczajna, zamarznięta woda. Chmury, a ponad nimi być może – ale tylko być może – gdzieś tam bardzo wysoko znajduje się odpowiedź na to jego pytanie.
Jest oczytany. A jakże! Czytywał Senekę, Platona, Arystotelesa i współczesnych...
Sięga do nich pamięcią; nic nie pomaga, bo oto te nagromadzone w ciągu wielu lat samotności tęsknoty i marzenia ziściły się w ciągu jednego ułamka sekundy, a więc stało się to tak prędko i niespodzianie, że teraz nie może sobie z tym poradzić.
Czas... - myśli.- Czas...? Czym jest CZAS?
Po chwili daje temu radę, bo nawet św. Augustyn – umysł potężny , więc i pokorny – tylko pytał, dochodząc do wniosku, że wiecznością jest zarówno godzina, jak i sekunda, a nawet ten najmniejszy, niepodzielny ułamek, za którym jest już tylko ciemność...
Szukał w myślach konkretu, jakiegoś materialnego dowodu na istnienie owego pojęcia ; MIŁOŚĆ!
I raptem stanęła mu w oczach jego własna matka pochylona – w okularach – nad dziurawą skarpetką ojca. A później przypomniało mu się jeszcze wiele zdarzeń błahych i zwyczajnych, a zarazem wzruszających.
I kiedy już zdawało mu się, że znalazł odpowiedź, ujrzał znowu w wyobraźni bielejące w ciemnościach, wygięte w jakimś szaleńczym piruecie, drżące ciało kobiety, z którą był tak niedawno. I jej twarz z zamglonymi oczami, zamglonymi owym pięknem nie do wyrażenia.
Miłość? - pytał. - Cóż jest miłość?
Usiadł na ławeczce, ukrył twarz w dłoniach i przestał myśleć. Istniała nikła szansa, że nadjedzie ów nocny autobus – widmo, więc uczepił się tej ostatniej szansy, jak tonący brzytwy, i czekał.












