Maj mija w Polsce pod znakiem komunii. Przez cały miesiąc widzi się na ulicach dzieci w białych strojach, które idą do kościoła lub z niego wracają. Przygotowania do uroczystości komunijnych rozpoczynają się jednak znacznie wcześniej. Przez wiele miesięcy dziatwa uczy się śpiewać, modlić i rzędami maszerować przez kościół. W tym samym czasie rozgorączkowani rodzice starają się zorganizować przyjęcie komunijne, kupić prezenty i zaoszczędzić na ten cel jak największą ilość pieniędzy. Z roku na rok bowiem komunia staje się coraz droższym przedsięwzięciem.
Rower lub zegarek
W dniu I Komunii Świętej dziecko otrzymuje, zgodnie z tradycją, prezenty. Tak jest od bardzo dawna, choć wiele się przez lata zmieniło. W okresie powojennym prezenty były skromne i rzadko które dziecko mogło marzyć o tym, że dostanie jakiś cenny upominek, jak choćby rower lub zegarek. Pani Władysława (l. 72) tak wspomina swoją komunię: Po wojnie było nam bardzo ciężko, podobnie jak wielu innym ludziom. Nie było pieniędzy na codzienne potrzeby, a co dopiero na prezenty czy jakieś inne zachcianki... Mama podarowała mi sukienkę, bardzo skromną i tak uszytą, żebym mogła w niej jeszcze potem chodzić, i białe tenisówki. I tyle, ale to i tak już było bardzo wiele… Komunię w latach powojennych wspomina także pan Piotr (l. 70): Jedynym prezentem, który dostaliśmy z bratem z tej okazji, było lepsze niż zwykle śniadanie i garść cukierków dla każdego z nas od naszego chrzestnego. Nie było pieniędzy, bo nikt ich wówczas nie miał. Nie było złotych łańcuszków czy medalików, bo nikogo nie było na to stać. Skromnie, ale szczęśliwie ten dzień się świętowało i do dzisiaj się go pamięta, mimo że to już tyle lat minęło.
Przez lata komunijne podarunki niewiele się zmieniały. Najczęściej był to wymarzony rower albo zegarek – uznawany przez dzieci za symbol dorosłości. Powszechnie ofiarowywano też łańcuszek z medalikiem i wygrawerowaną datą otrzymania sakramentu. Dopiero przełom lat 70. i 80. i napływ zagranicznych produktów z Zachodu zaczął zmieniać tradycyjne prezenty na coraz bardziej wyszukane i coraz droższe. Pojawiły się zegarki elektroniczne z melodyjkami, które na kilka lat zdominowały komunijną branżę. Po zwyczajnych ,,składakach” przyszła kolej na ,,kolarki”, a rosyjskie czy polskie aparaty fotograficzne zastąpiły japońskie gadżety. Ale to był dopiero początek szaleństwa, które z roku na rok zaczęło przybierać w naszym kraju coraz większe rozmiary. Rodzice chrzestni i zaproszeni goście zaczęli kupować na pierwszokomunijne upominki łyżworolki, gry komputerowe i rowery górskie. Oczywiście wszystko to im droższe, tym lepsze i bardziej pożądane przez dzieci. W ostatnim czasie szczytem marzeń stał się rower wyczynowy za ok. 4 tys. zł oraz narty lub deska snowboardowa (komplet sprzętu z wiązaniami to koszt ok. 400-900 zł). Mniej wybredni ucieszą się może z nieco tańszego roweru z osiemnastoma przerzutkami za ponad 1 tys. zł lub z popularnych od lat klocków Lego Technic za ok. 200 do 500 zł. Ogromnym powodzeniem cieszą się także komputery (już od 1,5 tys. zł), aparaty cyfrowe (od ok. 120 zł), konsole do gry, sprzęt audio-video (np. magnetofony, których ceny idą od 100 zł w górę, lub telewizory od ok. 500 zł) i odporne na wstrząsy zegarki. Na liście popularnych prezentów znajdują się też telefony komórkowe i elektroniczne tablice do rzutek (w cenie od 100 do 300 zł). W minionym roku najmodniejszym pierwszokomunijnym podarunkiem były... kucyki i quady (czterokołowe motocykle przeznaczone głównie do jazdy sportowej, rekreacyjnej lub terenowej). Te ostatnie oszałamiają nie tylko hałasem, który powodują, ale i ceną. Niektóre modele kosztują w naszym kraju nawet 20 tys. zł, choć można je kupić też znacznie taniej, bo już za ponad 2 tys. Przypomnijmy jednak, że mówimy o prezentach komunijnych, a nie o stajni Kubicy! Okazuje się niestety, że w naszych czasach symboliczne upominki już nie wystarczają. Coraz mniej osób ofiarowuje dzieciom przystępującym po raz pierwszy do komunii medalik, łańcuszek czy zegarek. A szkoda, tym bardziej że te tradycyjne prezenty bardzo potaniały i można je nabyć po dość przystępnej cenie (najtańszy złoty łańcuszek to wydatek rzędu 60-80 zł, a medalik ok. 40 zł). Ponadto, można na nich wygrawerować datę uroczystości, którą się najprawdopodobniej kiedyś zapomni. Wśród biżuterii pierwszokomunijnej są natomiast bransoletki (koszt ok. 100 zł) oraz kolczyki dla dziewczynek (w cenie od 80 do 120 zł).
Wśród zaskakujących prezentów pojawiają się nawet i serwisy obiadowe, które zdecydowanie bardziej nadają się na upominek ślubny niż komunijny, a także pianina, zagraniczne wycieczki czy nawet zwierzęta. Jedynym stałym prezentem, który nigdy nie zniknął z polskiej tradycji, jest koperta z pieniędzmi. Ta jednak staje się z roku na rok coraz grubsza, mimo kryzysów i recesji gospodarki. Rodzi się pytanie o granice tego pierwszokomunijnego szaleństwa. Czy z roku na rok będziemy zaskakiwani coraz to bardziej wymyślnymi i coraz droższymi upominkami? Czy za kilka lat zamiast quada lub kucyka dzieci będą otrzymywać helikoptery, samochody i jachty?
Mini panna młoda
Przesadne obdarowywanie dzieci przystępujących po raz pierwszy do komunii św. to tylko część szaleństwa, które opętało w ostatnich latach rodziców i chrzestnych. Innym problemem jest strojenie potomstwa, zwłaszcza dziewczynek, w coraz elegantsze i wyszukane stroje. Kreatorzy mody, którzy wyczuli, co się święci, promują swoje wyroby nawet w telewizji i zachęcają do wyboru wyszukanych sukienek komunijnych. W tym sezonie oferują lekko różowe i kremowe ubranka dla panienek, zapominając, że to właśnie biel jest symbolem pierwszokomunijnej uroczystości. Rodzice zaś podążają śladem autorytetów ze świata mody i odwiedzają salony z sukniami ślubnymi, które coraz liczniej proponują także stroje do I Komunii Świętej. Sukienki sprowadza się nawet z zagranicy, najczęściej z Francji i Włoch, i coraz częściej przypominają one kreacje panny młodej, tyle że w rozmiarze mini. Ceremonia kościelna zamienia się na skutek przesady w ubiorze w istną rewię mody. Dziewczynki plotkują na temat sukienek koleżanek, podpatrują, porównują i komentują, a istota święta schodzi na dalszy plan. Tak mówi o tym pani Iza (l. 32), mama jednej z dziewczynek, która przystępowała do I Komunii Św. w ubiegłym roku w jednej z parafii w pobliżu Białegostoku: To była parada sukienek i butów, prawie jak na pokazie mody. Te małe kobietki tylko oglądały jedna drugą, szeptały i chichotały. Widać było gołym okiem, że nie mogą się skupić i jak najszybciej chcą wyjść z kościoła, żeby sobie pooglądać jedna drugą. Moja też się w to dała wciągnąć i aż mi było za nią wstyd. A pod kościołem niektóre mamy to samo! Tylko oglądanie innych i komentowanie, co kto ma i za ile. Za moich czasów było inaczej i chyba lepiej. Teraz człowiek nie wie jak zrobić, żeby i dziecko było zadowolone, i umiar w tym wszystkim zachowany.
Chcąc zapobiec tego rodzaju sytuacjom, w wielu parafiach dzieci ubierane są w te same stroje. Dziewczynki mają długie alby, a chłopcy czarne spodnie i białe koszule, na które zakładane są jednakowe komże. Tego typu rozwiązanie pozwala lepiej poczuć się dzieciom z mniej zamożnych rodzin oraz zapobiega niezdrowej rywalizacji między nimi. Pomaga też skupić się na ceremonii i podkreślić duchowy, a nie materialny charakter tego święta, o czym coraz częściej się zapomina.
Ostatnią rzeczą, która rujnuje kieszeń rodziców z okazji komunii świętej, jest przyjęcie dla zaproszonych gości. Dawniej był to uroczysty obiad w gronie najbliższych, na który podawało się to, co akurat udało się zdobyć. Po wojnie był to na przykład kawałek kiełbasy, a w latach komunizmu kotlet schabowy trudno dostępny w sklepach. Oto wspomnienia cytowanej już pani Władysławy: Po mszy świętej mieliśmy śniadanie w ogrodzie parafii, tylko my, dzieci pierwszokomunijne. Było skromnie: bułka z masłem i kakao, ale wtedy to był rarytas. Potem spotkanie z rodziną. Tylko chleb i kiełbasa, bo tylko to udało się mamie zdobyć… Nie wiem nawet jakim cudem… I tyle, nie było wystawnego obiadu ani suto zastawionego stołu. Było bardzo skromnie, ale spokojnie i wesoło. Pani Edyta (l. 36) tak opowiada o swoim przyjęciu komunijnym, które wypadło w okresie stanu wojennego: Pamiętam, że rodzice tygodniami organizowali zaopatrzenie na komunijny obiad. Tato kupował na czarnym rynku kotlety, mama stała w kolejce za całą resztą: jajkami, masłem, wędliną. Nie było wielkiego przepychu, ale głodny nikt nie wyszedł. Po obiedzie jeszcze kawa i słodkości, a dla najbardziej zasiedziałych gości wieczorem były kanapki i sałatka jarzynowa. Pamiętam tylko, że mama z moją siostrą nie wychodziły praktycznie z kuchni, bo albo coś grzały, albo myły garnki, albo nakładały kolejne porcje.
Zwyczaj zapraszania komunijnych gości na obiad pozostał do dziś, z tym że zmieniło się menu i cała oprawa. Teraz organizuje się duże i wystawne przyjęcia, coraz częściej w restauracji lub wynajętym lokalu. Już kilka miesięcy naprzód, a niekiedy nawet i rok wcześniej, rezerwowane są terminy. Taka sytuacja ma miejsce w modnych i dobrych restauracjach blisko kościoła, w którym odbywa się ceremonia, lub w centrum miejscowości. Zaprasza się średnio 30 lub więcej osób. Poza chrzestnymi i najbliższą rodziną, coraz częściej proszeni są również przyjaciele i sąsiedzi. Obiad, koniecznie z dwóch dań, potem deser, kawa, owoce, czasem alkohol. W wielu miejscach serwowany jest też drugi posiłek, kilka godzin po pierwszym, podczas którego podawane są głównie zakąski, sałatki i jakieś ciepłe danie. Do obiadu przygrywa niekiedy orkiestra, a nawet organizowane są śpiewy i zabawy, co przypomina bardziej wesele niż przyjęcie komunijne. Tego rodzaju imprezy to spore obciążenie dla rodzinnego budżetu, stąd coraz bardziej popularne staje się branie kredytu na pokrycie wszystkich wydatków pierwszokomunijnej uroczystości.
Jak zawsze ludzie nie są zgodni co do tego, jak powinno wyglądać przyjęcie komunijne, ubranka dzieci i prezenty. Jedni lubią przepych i mogą sobie na niego pozwolić, inni wolą skromne uroczystości lub po prostu ich nie stać na wielkie wydatki. Jedno jest jednak pewne, że „co za dużo, to niezdrowo”. Najbardziej wskazane jest zachowanie umiaru i kierowanie się zdrowym rozsądkiem przy szykowaniu uroczystości majowych. Warto też pamiętać, że przyjęcie sakramentu I Komunii Świętej powinno być dla dziecka przede wszystkim przeżyciem duchowym. Tymczasem wśród góry ekskluzywnych prezentów, wystawnych przyjęć i modnych kreacji duchowy i religijny wymiar tego dnia schodzi na dalszy plan. Dla młodego chrześcijanina powinien to być dzień wyjątkowy, ale nie ze względu na prezenty, którymi go obdarowano, tylko dzięki spotkaniu z Panem Jezusem. Dla Niego jednak, tak jak w Betlejem, brakuje często miejsca... Brakuje dla Niego miejsca pośród kucyków, quadów, kopert z pieniędzmi, przejedzonych gości i rzępolącej rzewne śpiewki orkiestry.
Elżbieta Kuźma












