Minęło już kilka miesięcy, odkąd X przeszedł na drugą stronę tęczy. Jego żona Zofia oficjalnie wciąż żyła - jeśli otwieranie oczu, małą dawkę jedzenia i wydalanie, można nazwać egzystencją? Niestety jej członki z każdym dniem przybierały na wadze. Nie, nie miało to nic wspólnego ze znikomą ilością spożywanych posiłków. Na początku były mosiężne, a na koniec stały się wręcz ołowiane. Na dodatek Zofia każdego dnia nurkowała w meandrach przeszłości, coraz częściej odczuwając zapach tataraku. Zielsko zionęło niczym wulkan - odorem rozkładającej się ryby pomieszanym z błotnistą mazią.
„Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Zofia pamiętała, jak X cenił sobie maksymę Immanuela Kanta. Z pewnością był prawym człowiekiem. Może dlatego i w związku z tym nie mógł znieść tej powszechnej hipokryzji ubranej w grzeczność pięknych słówek, a kryjącej robaka w środku?…
Ten widok był dla niego tak bardzo nieznośny, że wolał zrezygnować z wysokiego stanowiska, niż dalej chodzić na bankiety, sącząc brandy z „odpowiednimi” ludźmi, co w szufladach myśli - mają zawsze pełne zapasy wazeliny. Niestety Zofia też wkrótce straciła pracę, a X pomimo wysiłków i setek maili rozsyłanych do potencjalnych pracodawców, żadnego etatu nie otrzymał.
W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jego c. v - nikt przecież nie czyta, bo kto by się przejmował starym, na dodatek nasączonym ideałami przeszłości człowiekiem?...
Zdał sobie sprawę, że poza Zofią nikogo nie interesuje, czy będzie pracował, czy nie. Wiedział już, że nikt nie przywiązuje wagi do jego świetnych pomysłów na rozwój danej firmy i do tego, w jakim stopniu będzie kolejnym ogniwem zasilającym kasy państwowe.
Mając tę wiedzę X czuł, jak z dnia na dzień coraz bardziej się kurczy. Z każdym dniem jego ja było coraz mniejsze i mniejsze. W końcu aż tak zanikło, że stał się niewidzialny. Trudno mu było się z tym pogodzić. W ostatnim dniu życia dostał wylewu. Prawdopodobnie wylała się z niego za duża ilość zasad, którymi rodzice karmili go za młodu …
Zofia nie mogła pogodzić się z jego stratą. Codziennie zanurzając się w głębiny przeszłości - odwiedzała też wyspy szczęśliwe. Któregoś dnia zanurkowała tak głęboko, że nie mogła utrzymać głowy na powierzchni. Nie pomogło nawet łapanie się brzytwy.
Po kilku dniach w jej pokoju znaleziono tylko mokrą plamę na podłodze…












