Internet jest złodziejem czasu. Jeszcze większym złodziejem jest facebook. Nawet powstała taka grupa na tym portalu – Jeszcze tylko sprawdzę coś w sieci i biorę się do pracy. No, właśnie od rana próbuję być niezwykle zorganizowana, miałam ambitny plan oddać ten tekst jak najwcześniej się da, potem wykonać wszystkie czynności właściwe dbaniu o ognisko domowe, czyli ciasto, którego zapach jest ważnym czynnikiem wodzenia domowników za nos, potem dobry obiadek, spacer z psem po plaży, pogoda niestety dobra; niestety, bo gdyby nie była dobra, przeszłabym od razu do punktu następnego, czyli czytania, a wielce ciekawą książkę mam („Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert), to mi pilno do tego.
Wstałam dosyć wcześnie, wszelkie ablucje poranne też szybciutko mi poszły, pierwsze domowe obowiązki wykonane zostały migiem, chwila odpoczynku z kawą przy Drugim Śniadaniu Mistrzów spowolniła mnie tylko nieznacznie, zaraz po dostałam takiego szwungu, że poruszona tematami tam omawianymi, dyskutując sama do siebie, wstawiłam pranie, umyłam podłogi, zaczyniłam ciasto i dumna z siebie jak paw zasiadłam do komputera, pisać. Ale tylko jeszcze sprawdzę, czy nie ma komentarzy na moich blogach, kliknę jeszcze na minutkę na facebooka, zobaczyć, czy ‘obcych w mieście nie ma’ – no i pooooooszło. Zaczęłam dyskutować, przeglądać, komentować, klikać, zaglądać, odpowiadać na maile – dwie godziny strzeliły nie wiem, kiedy?
Trzeba być człowiekiem twardego charakteru, żeby nie dać się ponieść przez Internet. Albo takim, który w ogóle z niego nie korzysta, ale to w pewnym sensie, w tych czasach, upośledzenie. A poza tym, dlaczego pozbawiać się przyjemności poznawania ludzi, obcowania z nimi poprzez wirtualne spotkania? Tylko, że do tego trzeba hartu ducha, bo czas spędzony przy komputerze, to jak zamówić kawę w bardzo popularnej kawiarni i siedzieć tam przy stoliku, gdzie wciąż ktoś się dosiada i ma coś ciekawego do powiedzenia. Czyż nie zdarzyło wam się, chociaż raz spóźnić do domu, bo właśnie kogoś fajnego, albo dawno niewidzianego, spotkaliście i się zagadaliście? Mnie się to ostatnio zdarza nagminnie, w Internecie, kiedy siedzę przy własnym biurku.
Koniec, powiedziałam sobie, przecież tak nie może być, żeby mną sieć rządziła. Swoją drogą dobre określenie – sieć, człowiek jak ryba jest w nią złapany, a że niezwykle ciekawe to wirtualne środowisko, jest bez szans, jeżeli słaby.
Szczególnie nam, mieszkającym na obczyźnie, jest trudno oprzeć się pokusom. Z jednej strony rodzina i przyjaciele w kraju i gdzie indziej, zagranicą - można z nimi wymienić kilka zdań na facebooku, naszej klasie czy twitterze, poza tym poczytać o tym, co się dzieje w Polsce, sprawdzić, ‘co tam panie w polityce’, jakie książki ostatnio się ukazały, nowe płyty nagrały, dowiedzieć się tego wszystkiego, czego znać nie możemy, bo nas tam nie ma. To jest jakieś wytłumaczenie. Z drugiej, dostępność sprzętu, relatywnie tanie komputery i łatwość podłączenia do szybkiego Internetu, kuszą bardziej niż kiedyś, a nowe komórki, które nie tylko sprawdzają pocztę, ale i komentarze na portalach społecznościowych, są dodatkowym elementem uwiązującym nas do tego wirtualnego życia.
Kasia Hordyniec (kasia.eire@gazeta.pl)












