Filumenistyka
Kiedyś zapałki należały do obowiązkowego wyposażenia każdego chłopaka - obok scyzoryka i procy, czasami zastępowanej przez szklaną rurkę, rodzaj dmuchawki, broni używanej także przez amazońskich Indian. Z tą różnicą, iż Indianie miotali zatrute strzały, my kulki z plasteliny lub papieru, uprzednio starannie przeżutego podczas nudnych lekcji.
Jeden z kolegów - i to w liceum! - uważał, że do wyposażenia prawdziwego mężczyzny należy także solidny dębowy kołek. Gdyby przypadkiem trafiło się do Afryki, gdyby przypadkiem z wody wychynął krokodyl, należało gadowi wsadzić kołek do rozwartego pyska, a gdy zwierzę nie mogło zamknąć paszczy - zaszlachtować je za pomocą scyzoryka i upiec. Oczywiście na ognisku rozpalonym zapałkami...
Zapałki - podobnie jak scyzoryki - były surowo zakazane szkolnymi przepisami. Nic dziwnego, bo - jak głosił slogan na zapałczanych pudełkach - "Zapałki + dzieci = pożar". Złośliwi twierdzili, że w takim razie "pożar - zapałki = dzieci", ale nie zmieniało to stosunku dorosłych do zapałek w dziecięcych rękach. Szczególnie mocno zwalczano zapałki sztormowe. Wyglądały jak miniaturowe pancerfausty i płonęły nawet podczas porywistego wiatru, a niektórzy twierdzili, że nie gasły nawet pod wodą. Krążyły straszne opowieści o zapałkach sztormowych wrzucanych za kołnierz, a więc nic dziwnego, że niektórzy kioskarze nie sprzedawali nieletnim tych niebezpiecznych przedmiotów. Kiedy w internecie czytam skomplikowany przepis na domowy wyrób sztormowych zapałek, stwierdzam z satysfakcją, że uczyniliśmy kolejny krok wstecz; kiedyś zapałki sztormowe znajdowały się w każdym kiosku Ruchu. Obok zwyczajnych oraz małych, zwanych liliputami i gabinetowych. Liliputy były śmiesznie małe, niegodne prawdziwego mężczyzny, natomiast pudełka gabinetowych były zbyt duże, aby je nosić w kieszeni.
Zapałki były zwalczane może także dlatego, że w czasach mojej szkoły podstawowej panowała moda na przyklejanie ich - oczywiście płonących - do sufitu. Nie zdradzę, jak to się robiło, ale sufity wszystkich sień - nie znano wtedy jeszcze domofonów i każdy mógł otworzyć bramę - na krakowskim Zwierzyńcu pokrywały czarne krążki kopcia, pośrodku krążków zwisały, też czarne, zwęglone, zapałki. Ba, przed zapałczano-sufitową plagą nie broniły się nawet sufity szkolnych klas. Na czarne plamy z dezaprobatą, nawet z grozą spoglądali nauczyciele, nieodzowny w każdej klasie orzeł bez korony oraz Bierut i Rokossowski, oczywiście z portretów...
Zapałki służyły do różnych celów. Można było za ich pomocą losować pechowca, który skoczy po cukierki, po ciastka, w późniejszych czasach po wino marki wino, zwane też jabcokiem lub patykiem pisanym. Ten, kto z zaciśniętej dłoni, spośród kilku zapałek, wyciągnął feralną, bez łebka - biegł do sklepiku. Nie wiedział, biedny frajer, iż wszystkie zapałki były zdekapitowane i cieszył się jak głupi, że wyciąga pierwszy, a więc ma więcej szans...
Później, już w studenckich czasach, "Jaszczury" opanowała osobliwa mania - gry w zapałki. Na stoliku kładło się pudełko - w ten sposób, aby jego skrawek wystawał nieco za blat. Później następowało uderzenie od spodu, pudełko wyskakiwało w górę i lądowało na stoliku. Przeważnie na płask, czasami na dłuższym boku, ale najwięcej punktów otrzymywało się wówczas, gdy zapałki stanęły pionowo.
Zapałki były też używane w propagandzie. Twierdzono, że przedwojenna bieda zmuszała chłopów do dzielenia ich na czworo. Riposta była prosta - współczesne, PRL-owskie zapałki z Sianowa lub Bystrzycy Kłodzkiej są tak łamliwe, że nie da się ich podzielić nie tylko na czworo, ale nawet na pół...
Trochę historii
Uważni czytelnicy powieści Marka Twaina pamiętają zapewne, że Tomek i Huck, wybierając się na wyspę, zabierają ze sobą nowomodne sztuczki zwane zapałkami. "Przygody Hucka Finna" po raz pierwszy ukazały się w 1884 roku. "Nowomodne sztuczki" były wówczas produkowane z górą od pięćdziesięciu lat; w 1831 roku ruszyła produkcja zapałek z główkami z białego fosforu, pokrytego cienką warstwą materiału izolacyjnego. Zapałki używane przez bohaterów powieści Twaina nie pochodziły oczywiście z Europy: już w 1836 roku w stanie Massachusetts ruszyła produkcja amerykańskich zapałek.
Zapałki z główkami pokrytymi białym fosforem były potrójnie niebezpieczne, po pierwsze zbyt łatwo się zapalały - stąd częste w starych powieściach sceny nonszalanckiego ich rozpalania przez potarcie o spodnie, paznokieć, nawet zęby. Kiedy ochronna warstewka na główce została uszkodzona, mógł nastąpić samozapłon. Po drugie - biały fosfor był niebezpieczną trucizną, dlatego zapałki, a właściwie ich główki, stały się przyczyną samobójczej śmierci wielu kobiet. Każda nieszczęśliwie zakochana dziewczyna, każda skutecznie uwiedziona panna służąca, wiedziała, że zapałki pozwolą jej odejść ze złego świata. Po trzecie - chorowali, i to bardzo poważnie, robotnicy zatrudnieni przy produkcji zapałek. Dlatego z czasem zaczęły się pojawiać zakazy używania białego fosforu do produkcji zapałek.
Myli się jednak ten, kto sądzi, iż przez tysiące lat ludzie poprzestawali na hubce i krzesiwie, nie starając się o prostszy sposób zdobywania ognia. Podobno - jak to często bywało - pierwszych zapałczanych wynalazków dokonali Chińczycy, zwieńczając sosnowe patyczki siarczaną główką. Europejczycy początkowo szli inną, bardziej skomplikowaną, mniej praktyczną drogą. W 1805 roku Francuzi wymyślili zapałki nie pocierane, ale... zanurzane. Odpowiednio spreparowaną drewnianą drzazgę należało zanurzyć w kwasie siarkowym. Później było już bardziej współcześnie, wyeliminowano biały fosfor, przeszedł etap fosforu czerwonego, zapałki stały się bezpieczne (zwano je zapałkami szwedzkimi, a ich produkcję w roku 1855 rozpoczął J. E. Lundström). I wreszcie przyszedł czas na zapałki współczesne, do dziś używane. Główki - chloran potasu, siarczek antymonu, siarka, barwniki i zmielone szkło. Draska na boku pudełka: fosfor czerwony, zmielone szkło i spoiwo. Samo zaś drewienko pokryte jest parafiną oraz ortofosforanem sodu, który nie pozwala, aby zapałka żarzyła się po zgaśnięciu.
Filumenistyka
Ponieważ ludzie potrafią kolekcjonować dosłownie wszystko, w połowie XIX stulecia narodziła się filumenistyka. Termin, podobnie jak socjologia, został sklecony ze słów w dwóch językach - z greckiego phileo, lubię i łacińskiego lumen, światło. Jeżeli filumenistykę, młodszą, uboższą siostrę filatelistyki, uznamy przede wszystkim za kolekcjonowanie zapałczanych etykiet (niektórzy twierdzą, że filumenistyka zajmuje się także historią niecenia ognia), to jednocześnie musimy stwierdzić, że wyschło źródło, z którego czerpali filumeniści. Nie ma już zapałczanych etykiet, podobnie jak nie ma dawnych pudełek, z cieniutkiego drewna. Oczywiście, można kolekcjonować tekturowe pudełeczka z nadrukiem, ale to już coś innego - nużąco burego, jednostajnego. W Wikipedii pada kategoryczne stwierdzenie: "Obecnie filumenistyka w Polsce jest w zaniku z powodu braku etykiet zapałczanych". Szkoda, bo przecież odkąd w 1855 roku Lundström zaczął umieszczać zapałki w charakterystycznych, stosowanych do dziś pudełkach z szufladką, filumenistyka trwała. Ba, jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w kioskach Ruchu można była kupić zestawy etykiet. Szkoda, bo zapałczane etykiety zawsze były obrazem rzeczywistości, oglądając je można wiele powiedzieć o czasach, w których zostały wydrukowane. No i były piękne, przynajmniej niektóre...
Nie sięgajmy w daleką przeszłość, wystarczy kilkadziesiąt ostatnich lat. Etykiety, z grubsza, można podzielić na kilka grup. Najprostsze po prostu informują, że w pudełeczku znajdują się zapałki: "Zapałki czechowickie" albo bezprzymiotnikowe "Zapałki". Czasami napisowi towarzyszy rysunek płonącej zapałki, często informacja "Przeciętnie 45 zapałek" od czasu do czasu polecenie "Trzymać z dala od dzieci".
Zapałczane etykiety nawoływały: "Zdobywaj wiedzę fachową", informowały o Dniu Leśnika i Drzewiarza, o Kongresie Techników Polskich oraz o tym, że właśnie mija 1000-lecie bitwy pod Cedynią oraz że "Kodeks drogowy obowiązuje każdego", natomiast "ORMO ochrania Twoje mienie i życie". Chociaż czasy były takie, że raczej klient szukał towaru, a nie towar klienta, trafiały się też etykietki reklamowe: "Poznańskie Zakłady Elektrotechniczne Elco akumulatory", "Ubieramy się w salonie mody CDT" (wersja z sylwetka kobiety" i "Ubieramy się w CDT" (wersja z sylwetka mężczyzny). Widocznie mężczyzn nie uznano za godnych salonu...
I jeszcze "Z ORSem po zakupy (ORS - Obsługa Ratalnej Sprzedaży, prababka dzisiejszych firm udzielających kredytów, mówiono, że klienci ORS mają orsane życie). I jeszcze jakieś koncentraty spożywcze. Jeszcze Wyścig Pokoju - niegdysiejsze szaleństwo, niegdysiejsi narodowi bohaterowie, Królak, Szurkowski, Szozda! Jeszcze akwariowe rybki. Tadeusz Kościuszko i Hugo Kołłątaj. Futerkowe zwierzęta. Postacie z bajek. Jeszcze "Zbieraj złom żelaza i metali". Jeszcze "Stare przedmioty z tworzyw to cenny surowiec wtórny". I jeszcze Blac Cat, czarny kot w wielu wersjach. I kot palący fajkę. I zadowolona krowa, którą "Dojarka sama doi". Filumenistyczna pstrokacizna, egzotyczna dla młodych, starszym przypominająca młodość...
Andrzej Kozioł












