Każdy ma swojego kaktusa
Kiedy byłam mała, w swoim pokoju miałam kaktusa. Mama postawiła go na parapecie przy łóżku, dokładnie nad moją głową. Nie wiem, dlaczego tam, jakby innego, lepszego miejsca nie było? Za każdym razem, kiedy po przebudzeniu wyciągałam ręce do góry, moje dłonie napotykały kolce. Wyobraźcie sobie – budzisz się, cieszysz na nowy dzień, jak to dziecko czy nastolatek, żadnych lub prawie żadnych problemów, w szkole czeka na ciebie paczka przyjaciół, chłopak, który ci się podoba, właśnie wpisał ci się do pamiętnika wierszykiem, który jednoznacznie sugeruje, że ‘cię kocha’, myślisz – życie jest cholernie piękne – i nagle jeb – reality bites – rzeczywistość wali cię kolcami w palce i daje znać, że niezupełnie jest tak idealnie. Cały ranek będziesz wisieć przy oknie, kiedy matka będzie próbowała pincetą wyciągnąć włoskowate kolce, które może i prawie niewidoczne, ale za to cholernie kłują.
I tak przez lata, bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby tego kaktusa przestawić lub wyrzucić. A właściwie przyszło, mnie samej, przecież nie miałam skłonności masochistycznych, ale jakimś dziwnym trafem, wciąż lądował on nad moją głową przy łóżku. Ja go na szafkę lub drugie okno, szłam na obiad, potem lekcje, spotkania z koleżankami, wracałam, kaktus z powrotem na swoim miejscu. Nie miałam natury buntowniczej, pogodziłam się z rolą kaktusa w moim życiu. Jestem już dorosła. Borykam się z życiem i staram się jak mogę, żeby moje dzieci budziły się rankiem i nie miały żadnych lub prawie żadnych problemów. Ale też bez przesady, pod kloszem ich nie trzymam. Wszystko musi być zrównoważone, nie chcę, żeby się obudziły pewnego dnia i stwierdziły, że o dziwo - life is brutal and full of zasadzkas. Uczestniczą w naradach rodzinnych, kiedy coś się dzieje niedobrego, trzeba rozwiązać jakieś omsknięcie z drogi wiecznej szczęśliwości, nie mówimy z mężem o problemach szeptem, a kiedy się kłócimy, to się kłócimy, a nie „milczymy wymownie”. Wprawdzie im kaktusów nad głową nie stawiam, ale zdrową porcję igieł muszą zaliczyć, to ich tylko zahartuje.
I ja też, wciąż czuję obecność tego kłującego (nie)przyjaciela. Zawsze, kiedy już myślę, że nastał w moim życiu taki słoneczny, bezproblemowy, wreszcie-się-skończyły-problemy dzień, jeb – jakiś telefon, jakiś list, wiadomość mailowa lub na gg i już wiem, że znowu przyjdzie mi wisieć, Bóg jeden wie ile, przy oknie i wydłubywać kolce z serca czy głowy, rozwiązywać węzły, wydawałoby się Gordyjskie, na które czasem trzeba też wyjąć miecz.
Czasem gorycz mnie zalewa i zadaję sobie pytanie, dlaczego ja mam zawsze pod górkę, dlaczego innym tak dobrze się układa? Mają dobrą pracę tu, rodzinę, która dba o ich potrzeby z kraju, wysyła paczki, leki, kiedy potrzeba, gazetki ukochane, fajki pakuje w pakiety (nie żebym paliła, ale mnie mogliby co innego w te pakiety wkładać), mama przyjeżdża, ba czasem nawet 90-letni dziadek zapakuje się w samolot i przyleci, życie rodzinne wre. A ja wiecznie sama jak palec albo coś tam, a jeżeli słyszę o rodzinie to wyłącznie w kategorii – co się znowu skiepściło? To znaczy swoją podstawową komórkę społeczną to ja tu mam, ale mówię o rodzicach, ciotkach, wujkach itp. Z drugiej strony, kiedy już się unormuje pokiełbaszona sytuacja, kiedy już węzeł rozwiążę lub przetnę, mam jednak takie dni, kiedy się budzę i kaktusa nad głową nie ma. I wtedy moje szczęście jest wielkie, radość nie zna granic. Wtedy się zastanawiam, czy to nie jest przypadkiem tak, że ten kaktus musi wracać co jakiś czas na miejsce, musi nam czasami bolesne kolce w palcach zostawiać, bo gdyby go tak całkiem zabrakło, jakbyśmy wtedy wiedzieli, że jesteśmy szczęśliwi? Wiele rzeczy, kiedy wszystko układa się dobrze, traktujemy jako normę, tutaj się mówi – we take it for granted. Dosyć szybko uznajemy, że tak musi być, ze to wynik naszego geniuszu, naszej zaradności, urody, inteligencji, sami sobie dopowiedzcie, czego jeszcze. Może kaktus jest po to, żeby przypominać, że czasem szczęście jest kruche i trzeba się cieszyć każdym dniem, kiedy ono przy nas jest, bo wcale nie ma gwarancji, że pozostanie na zawsze? A jeżeli będzie nam dopisywać długi czas, to niech nam chociaż ten kłujący ‘strażnik’ przypomina o jego ulotności i kaprysach losu, tak dla hartu ducha. I niech wszyscy mają pod ręką pincetę, dla spokojności.
Kasia Hordyniec (kasia.eire@gazeta.pl)












