CAŁY TEN ZGIEŁK
Szczęście polityków: dobre zdrowie i zła pzmięć.
Marcel Ayme
W minioną sobotę naszła mnie tęsknica jakowaś i żałość okrutna. Siedziałem na ławce na bulwarze (jak Europa, to Europa) nadwiślańskim i marzyłem. Nie, nie marzyłem. Realnie myślałem co bym zrobił z tymi 100 milionami złotych, które onegdaj obiecał mi były już pan Prezydent Lech Wałęsa. Jest ciągłość władzy państwowej, jak sądzę. Przyrzekł był dość dawno, więc zważywszy działania inflacji i mej pauperyzacji – być może dostanę więcej, rozważałem. Mieszkania za to nie kupię. Absurd! To jest w sam raz, co by kilka dni się zabawić, poszaleć, jak nie przymierzając prezydenckie dziecko; wziąć urlop od tego upierdliwego życia. Raz w życiu mieć to – co wybrańcy i namaszczeni mają codziennie. Pohulać na całego, żeby było co wnukom opowiadać. Później Pan Prezydent, gdy miał dobry humor, rzucił 20 tys. dolarów na łebki swoich poddanych, ale i to włożyłem między bajki, bo mi się w głowie nie mieściło: (słownie) dwadzieścia tysięcy dolarów! Dobry Pan – przemknęła mi myśl sprawiedliwa. Człowiek ze spiżu, na styropianie chowany, z Matką Boską w klapie na pewno mnie nie oszuka, nie okłamie, choć takiego przykazania w Dekalogu nie ma. Ale skoro o swoją Rodzinę Najjaśniejszą zadbał: dzieciaki rozbijają się (i innych) Lanciami, pławią się w luksusach, to pewnie i o mnie, niegodnym robaku, com paproch jeno i pył – nie zapomni. Rozmyślałem więc sobie, gdy usiedli na mej ławce dwaj staruszkowie.
Przysłuchuje się czasem rozmowom matek, starców i młodzieży. Dopiero jednak w wywodach starszych panów – tych na samym końcu tęczy cienia – znajduję ukojenie, spokój i ład serca. Ich obserwacje są rozpaczliwie dosłowne i prawdziwe aż do granic rozsądku; uczucia i odczucia – czyste, bez domieszki zdrożnych ekscytacji i zgubnego przeinwestowania emocjonalnego. W mych poglądach jestem zgodny z pewną damą, która uwielbia wprost panów po osiemdziesiątce wyznających miłość do grobowej deski.
Spotkani przeze mnie w sobotnie popołudnie staruszkowie snuli opowieści o swych seksbojach; trudno ich było jednak zaliczyć w poczet klubu erotomanów-gawędziarzy. Mieli bowiem pełen dystans do swej obecnej kondycji, a także potencjalnych uczuć i odczuć – do tego stopnia, że w pewnej chwili usłyszałem: - ...teraz, panie Zdzichu, wielkie rwanie to w kolanie, albo u dentysty...
- ... że co? Co tez pan mówi, panie Kaziu! Ja nigdy nie podrywałem autorytetu swoich przełożonych...
- Był to dialog, jak z miłosnych opowieści sapera: „Załapałem się na minę i to mnie poderwało”. Saper myli się tylko raz. Dobrze, że w nasze życie wkalkulować możemy błąd – pomyślałem, jednak bez radości.
Tak więc przysłuchiwałem się rozmowie staruszków wypoczywających późnym wieczorem na ławce nad Wisłą nie opodal luksusowego lokalu disco. Co chwila pod lokal podjeżdżały taksówki, z których wysiadały zawodowo kuszące dziewczęta. Taksówki parkowały na podjeździe, czekając na ciąg dalszy. Było tam także mnóstwo zachodnich marek samochodów w klasie BMW i Mercedesa – pojazdy bogatych dzieci biednych... rodziców, a także różnej maści krajowych biznesmenów, powiedzmy.
- Widzisz pan, jak bezczelność gwiżdże w nos skromności? – zagadnął staruszek staruszka. – Ci to wiedzą, po co się żyje!
- Fakt – powiedziałem – nadchodzi noc i nie ma w niej czułości. Czuć tylko i wyłącznie zapach szmalu.
- Taak, tak młody człowieku, pieniądz zbrukał lilię cnoty niejednej dziewczyny – zwrócił się do mnie staruszek, ponieważ jego interlokutor przysnął na dobre.
- Ma pan całkowitą rację – odrzekłem – moralność upada na coraz wygodniejsze posłania w luksusowych hotelach. Przy czym „hotele” – to taka metafora....
Niełatwo opisać ten typ panienek – pomyślałem sobie mimochodem – bo i prostytucja słów zaszła już za daleko... Ktoś jednak trafnie zauważył, że charakter tych postaci zawiera się nie tylko w rysach twarzy, bardzo kusych kreacjach, ale i w ich rękach sprytnych, ramionach aroganckich, łokciach samolubnych i opiętych-wypiętych pośladkach. Szczególnie zaś – w sposobie „noszenia” własnego ciała.
- A ceny, ceny młody człowieku, na tym targowisku pozorów miłosnych uczuć, też pewnie odpowiednio regulowane? – kontynuował wyraźnie zainteresowany innym, egzotycznym(?) światem staruszek.
Sądzę, że umowne – odrzekłem. – Bez taryfy ulgowej, choć możliwe, że jest także posezonowa obniżka, powiedzmy eufemistycznie – uczuć....
- Bo widzi pan, młody człowieku, ja mam - po czterdziestu pięciu latach pracy – osiemset pięćdziesiąt złotych emerytury, zupełnie bez sensu wtrącił staruszek.
- Możemy z grubsza policzyć – przybrałem minę eksperta. – Wystawna kolacja z szampanem, opłacenie taksiarza i napiwki w hotelu, gdzie zwykły pokój za jedną noc kosztuje przeciętnie, bardzo przeciętnie około 400 złotych....
- Jezu... – jęknął staruszek przecierając okulary.
- Nie zapominajmy także o róży pachnącej zawodowo..., której wdzięki mają odpowiedni cennik. Tak sobie myślę, że w jedną noc można się skromne „opędzić” dwoma tysiącami złotych. Bardzo skromnie licząc....
- To ponad dwie moje emerytury – wysapał staruszek. – Ale jakbym dostał te 10 a może 20 tysięcy dolarów od pana Prezydenta Wałęsy, co mi obiecał był, to bym sobie i z tydzień poszalał! A co! Raz w życiu, żeby nie żal było umierać... To ja nasz kraj odbudowywałem po wojnie, zdrowiem to przypłaciłem, nigdy nie byłem nawet zagranicą! A z prywatyzacji naszego majątku narodowego dostałem raptem 20 złotych! To tak, jakby mnie opluli za te 45 lat ciężkiej pracy. Ja przecież odbudowywałem kraj po wojnie i gdyby nie miliony takich, jak ja – nie byłoby co kraść, to znaczy – prywatyzować! Żachnął się staruszek i sięgnął po tabletkę, którą umieścił pod językiem...
- A nie szkoda by było panu wydać tyle kasy na głupstwa? – spytałem z rozmyślną ironią.
- Jakie głupstwa?! Jakie głupstwa?!! To właśnie jest życie! Co, na pogrzeb mam zbierać?! – zaperzył się i zapluł staruszek. – Przez te 45 lat tyrałem jak osioł, mówiłem panu, że nawet nie byłem zagranicą! Ech, co ja będę panu opowiadał.... Nic. Nic z tego życia nie użyłem, nic nie wyżyłem! Żadnej radości, beztroski. Tylko gówniana szarpanina i myślenie jak związać koniec z końcem. Po cholerę mi takie życie, jak teraz nawet nie mogę recept wykupić w aptece. Nie stać mnie na to. Lekarstwa stały się dla mnie luksusem!.... Wykupuję tylko dwa najważniejsze leki, o takie proszę, a resztę recept wyrzucam do koszą na śmieci! No, po cholerę mi takie życie?! – staruszkowi wzrosło ciśnienie i pojawiły sie plamy na twarzy.
Nastąpiła chwila wymownego milczenia.
Naraz mój rozmówca wpadł w mentorski ton; pewnie dlatego, że na dobre zorientował się, że nie rozmawia ze swoim równolatkiem, tylko ze mną. – Hierarchia wartości przybiera niedobry obrót, młody człowieku. Ten się liczy, kto ma wielką kasę! Zachłanność, zachłanność gubi, a przykład idzie z góry. Taak, ryba zawsze psuje się od głowy...
Pod lokalem zrobiło się ciemno, choć wieczór nie powiedział jeszcze dobranoc.
- Idziemy już – rzekł staruszek do przyjaciela. – Co oko nie widzi, nie kłuje.
Obudzony towarzysz na odchodnym wtrącił bez związku: - Słyszałem, że we włoskich szkołach na wniosek dyrekcji i uczniów będzie można instalować automaty z prezerwatywami.
Kiwnąłem głową. – U nas tez powiało nowym! – odrzekłem. – Do programów szkolnych na wniosek hierarchów kościoła wprowadzi się informację: „W jaki sposób dziewica winna powściągać swe kokieteryjne zachowanie, aby wykształcić pozagenitalne zainteresowania mężczyzn”.
Ale tego już staruszkowie nie dosłyszeli.
I znów figlarna myśl przemknęła mi przez głowę: „Gwiaździste niebo nad nami – prawo moralne w nas”. Kto to powiedział? Czy tak sformułował? I co miał na myśli?...
Czy znał Polskę?.....
Marek Różycki jr












