Dalit to osoba o najniższym statusie społecznym lub wręcz umiejscowiona poza kastą w systemie stanowym Indii. Są oni „niedotykalni", przez to, że wykonują tzw.”nieczyste zawody”. Hipotetycznie w Polsce dalitem zostać może każdy.
No i w ostatnią sobotę kwietnia huknęło, Janku, jak z armaty. Huknęło w Gdyni, gdy z pochylni tamtejszej stoczni spłynął samochodowiec i kontenerowiec.
- Chodzi Ci o to, że huknęły butelki szampana podczas uroczystości wodowania tych dwóch statków?
To były dwie ostatnie butelki szampana, które zostały rozbite w Stoczni Gdynia. Jak na ironię urodziny tych statków okazały się stypą zakładu. W tej smutnej uroczystości uczestniczyło blisko tysiąc stoczniowców, którzy do końca maja zasilą coraz liczniejsze grono polskich dalitów.
- Sukces zapewne miałby wielu ojców, tak spektakularna klęska jest sierotą!
Nasi politycy jakże często modlą się o powodzenie swoich przedsięwzięć, ale potem realizując już plany najchętniej posiłkują się historykami. To bardzo sprytna praktyka zważywszy, że główną różnicą między Bogiem a historykami jest fakt, iż Bóg nie może zmieniać przeszłości.
- To dlatego logiczni Holendrzy do dziś nie mogą zrozumieć, jak rząd państwa w tajemnicy przed społeczeństwem może zamienić całą gałąź swojego przemysłu na kołyskę, zwłaszcza pustą, a więc pozbawioną życia. Widać "Bóg tak chciał", więc winę lekko zrzuca się na następców! Historycy zawsze w tym dziele pomogą... Dla nas to takie normalne, praktyczne i proste!
Wprawdzie kraj nasz kończy okres budowy statków, ale ptasie radio donosi, że ostatnio pojawiły się w Polsce plany budowy Arki. Tonący brzytwy się chwyta, lub buduje Arkę. Trzeba jakoś próbować ratować siebie i najbliższych. Może uda się jeszcze wypłynąć?
- Główny architekt przedsięwzięcia oburza się twierdząc, że zaczął budować transatlantyk, który go wyniesie ponownie na szczyty. Wynika z tego, że przewiduje potop.
Coś mi się wydaje, że będzie to kolejny Latający Holender. W końcu inwestor dokładnie przypomina kapitana Van der Deckena - no może nie posturą, ale sposobem sprawowania przywództwa na pewno.
- Potrzebny mu jest zatem niszczyciel. Może być trudno, bo jak Kołyska też się wywróci, to już nie będzie miejsca na wybudowanie zwykłej tratwy, nie mówiąc o krążowniku czy nawet Arce.
Van der Quacken da sobie radę. Zbierze swoją wierną załogę, nawet tę z ręką na temblaku i pokiereszowaną duszą. Udadzą się na Ararat poszukać zaginionej, ale za to gotowej już Arki. Ararat stanowi strefę zmilitaryzowaną, ale tureccy bracia zapewne będą skłonni przymknąć oko na wyprawę swoich jedynych wiernych sojuszników. Po drodze, w górach wysokich, brat kapitana ma serdecznego przyjaciela. Jeśli się po niego pofotygują, to uzyskają znaczące wsparcie!
- No to sprawa się komplikuje. Od jesiennego, wspólnego udziału w pozorowanym polowaniu na Misia, gdzie podobno robili za zwierzynę, minęło wiele czasu. Wtedy to było śmiesznie i wesoło! Jednak w czasie snu zimowego zmieniło się oblicze Ziemi. Krzaki rozłożyły globalną gospodarkę i odsunięte zostały od wpływu na światową politykę. Miejscowi dalici licząc straty zamierzają wygnać Misia z gawry. Miś się jeszcze mota, broni, ale wkrótce będzie musiał się obudzić, bo chcąc nie chcąc czas jego jest już policzony. Van der Quacken musi więc się śpieszyć, bo co mu z Misia - samotnika? Takie towarzystwo to tylko ciężar no i wstyd... trochę. Przecież nadal świat się śmieje!
Zakładając, że uda im się odnaleźć Arkę, to problemy dopiero się zaczną. Czterech z pięciu polskich dalitów nie chce już oglądać Van der Quackena i jego nawiedzonej załogi ani z Arką ani bez niej. Wspomóc wyprawę mogą tylko modły toruńskie, ale ich siła i znaczenie ostatnio mocno podupadły. Droga powrotna staje się jednakże niemożliwa, zwłaszcza, jeśli do ekipy dokooptują Misia. Tamtejsi dalici do gawry już mu powrócić nie pozwolą. Aby całkiem popłynąć, żeglarze muszą dostać się do głębokiej wody.
- Droga na wschód odpada - do Iranu lepiej nie wchodzić, a każde obejście musiałoby wcześniej czy później skończyć się w ramionach talibów. Ci zaś są w stanie skrócić o główkę nawet najkrótsze ciałko. Kapitanowi wydaje się, że nie jest typem samobójcy. Ruszą zatem na zachód, by w Trabzonie zwodować Arkę do Morza Czarnego. Potem trzeba dobrze zaopatrzyć się w jadło i wodę, bo do Atlantyku raczej daleko. Na szczęście z kasą nie będzie kłopotu - ostatecznie zawsze można zatelegrafować, aby nie opylać prasowych gruntów.
Droga to będzie długa i ciężka. W Arce, wiadomo, przybić do Egiptu lub krajów Maghrebu byłoby nieporęcznie i bardzo ryzykownie. Druga strona basenu Morza Śródziemnego to kraje Unii Europejskiej, a tu pofotygowana polityka kłótni oraz stałej negacji wszystkich i wszystkiego szybko zapomniana nie zostanie. Gdy zechcą przybić Arką do jakiegokolwiek portu, to zapewne usłyszą, żeby tę sprawę załatwić najpierw w Lizbonie! Życiorysów tak szybko nie zapomina się, jak sami zresztą dumnie twierdzą! Zatem trzeba będzie cięgiem płynąć do Atlantyku.
- Nie powinni mieć jednak większych problemów. Rybkę zawsze jakąś da się złowić, a wody leją tyle, że na całe pokolenia wystarczy. Przeżyją... chyba. Mogą jednak mieć problem z grypą świńską, która już teraz dotarła do Hiszpanii , Francji i Wielkiej Brytanii. Szczep ten zawiera człony: ludzki, ptasi i świński. Organizm ludzki nie wytwarza przeciwciał na typ świński, choć łatwo się nim zarazić. Wystarczy byle zarażona mewka, żeby zlikwidować wyprawę.
Nie sądzę, żeby Van der Quacken i jego załoga musieli obawiać się ptasiego czy świńskiego czynnika choroby, gdyż te typy na ten typ są w pełni odporne. Swobodnie mogą być bezobjawowymi nosicielami. To akurat mają we krwi. Nie wynika z tego jednak, że nie muszą obawiać się tego wirusa. Wręcz przeciwnie - zabić ich może czynnik ludzki genotypu, który ich organizmom jest zupełnie obcy... W końcu miłość własna leży u korzenia wszelkiego zła.
- Tak więc Arka ze swoją załogą dopłynie jednak do Atlantyku. W Europie dla nich miejsca nie ma. Afryka i bez nich cierpi na nadmiar kacyków. Ameryka Północna zaatakowana jest świńską grypą z jej najniebezpieczniejszym dla tej załogi czynnikiem ludzkim. Zostaje więc Antarktyda, ale w tym przypadku sądzę, że pasażerowie Arki woleliby już wybrać Sybir. Ameryka Środkowa jest za bardzo lewicująca, więc odpada. Zatem jedynym kontynentem do życia dla załogi Arki pozostaje Ameryka Południowa.
To też nie tak jest do końca. Wenezuela odpada z jej lewicowym prezydentem Hugo Chavezem. Dla Van der Quackena byłoby to jak wpaść z deszczu pod rynnę. Kwietniowe wybory prezydenckie w Ekwadorze po raz drugi wygrał Raffael Correra, czyli lewicowy przyjaciel Chaveza i już zapowiada zintensyfikowanie socjalistycznych przemian w tym kraju. Gujana i Surinam to za duża bieda ze zbyt słabym rozwojem systemu bankowego. Gujana Francuska stanowi departament zamorski Francji, a więc jest członkiem Unii Europejskiej. Argentyna to kraj zbyt liberalny o niepewnej gospodarce. Praktycznie zostaje tylko Brazylia!
- Wszystko co piękne dojrzewa powoli! To jest właściwy kierunek myślenia! Amazonką Arka może popłynąć jeszcze setki kilometrów poza Manaus, do serca dżungli. Tam dla tej załogi będą idealne warunki do egzystencji w zgodzie z naturą... własną! Z tubylcami będą mogli toczyć ulubione wojenki bez możliwości stałego blokowania rozwoju cywilizowanego świata.
Zagrożone mogą być jednak niektóre gatunki fauny zamieszkujące te tereny, jak dla przykładu anakondy czy piranie. Trudno, żeby przeżyć, będą musiały migrować. To jest jednak niska cena za uwolnienie światowej cywilizacji od działania starego, zatartego hamulca!
- Zatem Van der Quacken nie powinien przypadkiem rozmyślić się i poprzestać na obietnicach, ale jak najszybciej wraz ze swoją ekipą ruszyć w drogę w poszukiwaniu zaginionej Arki. W tej intencji jestem w stanie przyłączyć się nawet do toruńskich modłów.
Tekst ten ma charakter beletrystyki, nawiązującej do faktów, ale niebędącej zapisem autentycznej rozmowy.
Bogusław Sielecki













