Dalit to osoba o najniższym statusie społecznym lub poza kastowa w systemie kastowym Indii. Są to „niedotykalni” wykonujący tzw.”nieczyste zawody”. W Polsce dalitem więc zostać może każdy.
Jutro Sylwester. Ranek przez okno rysuje się zachęcająco - drzewa stoją prosto, widok ostry, obraz nieruchomy. Znaczy to, że wiatr ustał, mgły nie ma i opadów także. Korzystając z chwilowej pogodowej hossy, ruszam na ostatnie w tym roku drobne zakupy. Wyczuwam tuż za sobą kroki. Odwracam się więc gwałtownie, a tu nie kto inny, tylko znajomy Janek - dalit.
- Dzień dobry. Cóż tak się skradasz za plecami? I jeszcze bez pojazdu inaczej brzmisz - straszysz spokojnych ludzi!
- Dzień dobry i przepraszam. Nie wiedziałem, czy mogę podejść. Wózek zostawiłem w domu, bo dziś to specjalnego interesu nie ma, a sprzęt trzeba oszczędzać. Wszystko, co nazbierałem jest tu - pokazał na reklamówkę nie specjalnie obciążoną.- Mam tu trochę prasy, to będzie co poczytać. Nie jest najnowsza, ale za darmo, a druk się na szczęście nie zużywa w miarę czytania. A interes to będzie dopiero w Nowy Rok noooo i w dzień później.
- Janku, dobrze wiesz, że do mnie zawsze możesz podejść. Skradanie się za plecami może być jednak bardzo niebezpieczne - zażartowałem. Gdzie będziesz bawił się w sylwestrową noc?
- Na jakim balu ja mogę balować? Stać mnie tylko na festyn miejski na rynku, ale tam się nie wybieram - posiedzę w domu. Jak się na rynku towarzystwo rozochoci, to czasem można zebrać w dziób, a mnie wystarczająco życie bije, żebym miał się dodatkowo narażać. Na rynek pójdę w Nowy Rok nad ranem - posprzątać. Tam zacznie się moja praca w następnym roku.
- Widzę, że lubisz czytać? - zapytałem wskazując na reklamówkę, którą dzierżył w ręce.
- Lubię wiedzieć, co się w świecie dzieje. Wieści czasem denerwują, czasem straszą, a często wręcz rozśmieszają.
- No to powiedz mi, co w tym roku najbardziej cię denerwowało?
- Najbardziej to denerwuje ten ogólny bałagan, pomieszanie kompetencji i uważanie przez polityków pozostałych ludzi za stado głupków. A to mnie już nawet rozbawia...
- Chodzi ci o ciągłe tarcia pomiędzy prezydentem a premierem?
- To przede wszystkim, bo nikt w świecie nie może się zorientować, jaka faktycznie jest pozycja Polski w polityce zagranicznej. Są dwie różne polityki w tym obszarze prezentowane przez dwa ośrodki władzy. „Świat się śmieje” to była fajna radziecka komedia. Dzisiejszy śmiech świata jest przejawem nerwowości z nieprzewidywalności Polski. To tylko kapusta w tym polskim kotle. Sejm stara się wyręczać prokuraturę poprzez komisje śledcze, z których działania nic nie wynika, bo na kluczowe pytania przesłuchiwani unikają publicznej odpowiedzi zasłaniając się tajemnicą państwową. Najpierw trzeba przygotować ustawę o komisjach śledczych na wzór amerykańskiej, a potem dopiero sens będzie miało powoływanie komisji śledczych. Inaczej do naszego kociołka dokładamy trochę grochu, który wzdyma niektóre postaci... Tylko czy komuś naprawdę zależy, żeby upubliczniać wszystkie niegodziwości świata polityki i biznesu, bo u nas te sfery życia są nierozłączne, niestety dla społeczeństwa? Brakuje pieprzu? Jest i pieprz. Sejm usiłuje przejąć prerogatywy władzy sądowniczej. Przyjmuje ustawy, które wyprzedzają wyroki w toczących się już postępowaniach sądowych. Do tego rozstrzyga w sprawach, którymi zajmować powinny się sądy. Przecież to nie jest zgodne z Konstytucją, gdzie wyraźnie określone zostały zasady trójpodziału władzy w Polsce. To jest mniej więcej tak, jakby zatrzymał mnie policjant i zapytał, gdzie idę, a ja odpowiedziałbym mu, że dziś mam ochotę jeść szynkę. Nadal nie wiedziałby, dokąd zmierzam, ale zapytałby, co zrobię, żeby zdobyć szynkę. Wtedy ja odpowiedziałbym, że to tajemnica. Jestem pewien, że wtedy on, nie bacząc na moje konstytucyjne prawa, wyręczyłby sąd i wygarbowałby moją jak najbardziej prywatną skórę.
- Trudno odmówić ci pewnej logiki, ale widzę, że preferujesz, Janku, prasę lewicową.
- Czytam wszystko, co popadnie: „czytam wszystko jak leci, bo nie mam w domu ni żony, ni dzieci...” Denerwuje mnie, że ci u góry myślą, że wcisną nam każdy kit. Tylko okazuje się, że to, co ugotują w tym polskim kociołku nie jest zjadliwe dla innych w Europie. Przecież Polska przegrywa wszystkie procesy przed strasburskim trybunałem. O czymś to chyba świadczy? Ostatnio okazało się, że przedsiębiorcy okradani byli przez fiskusa z VAT zawartego w paliwie, którego nie mogli odliczać. Teraz należy im się zwrot wstecz. Jak znam życie, to dostaną figę z makiem, bo rząd przygotuje taką procedurę zwrotu tych pieniędzy, że każdemu się odechce. Ze mnie, co prawda VAT-u nie zdarli, bo mój pojazd ma najtańszy napęd z możliwych. Gdybym jednak dysponował tymi pieniędzmi, to wiedziałbym , co z nimi zrobić, żeby nie wegetować pod śmietnikami. Jeszcze zatrudniłbym ludzi. Państwo z czasem miałoby i VAT i podatek dochodowy z mojej działalności i z pracy moich pracowników. Ja, niby głupi Janek, wiedziałbym jak to zrobić, a ci mądrzy rządzący tym krajem nie wiedzą. Ameryki to oni nigdy nam nie zafundują - chyba, że USA zniosą wizy dla Polaków. „Druga Japonia” - też była tylko chwytliwym hasłem wyborczym....Zresztą wychodzi na to, że szykują się kolejne procesy przed Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Będzie jak zawsze, a koszty poniosą wszyscy. Wizy do USA też długo jeszcze nas będą obowiązywały - jaka władza, taka ocena kraju.
- Nie żołądkuj się już tak. Powiedz lepiej, co w tym roku najbardziej cię, Janku, rozśmieszyło?
- W sumie to tu śmieszne jest nawet to, co wku... denerwuje. Najfajniejsza jednak była chyba wizyta naszej Głowy Państwa w Azji w poszukiwaniu partnerów strategicznych. Zaczął od Mongolii. To tak, jak ja zaczynałbym dzień od własnego śmietnika. Samolot w nocy zamarzł i nie poleciał następnego dnia do Japonii. Jak ja zacząłbym pracę na swoim śmietniku, to byłbym efektami tak zdopingowany, że już nigdzie dalej nie ruszyłbym się. Polska delegacja poleciała więc jednym z dwóch mongolskich cywilnych samolotów, ale za to sprawnym nawet w czasie mrozów. Biedny polski podatnik zafundował więc ten przelot, bo w Tokio miał czekać na spotkanie cesarz Japonii. Widać, że tak się przejął perturbacjami i determinacją w podróży przedstawiciela całego polskiego narodu, że podskoczyło mu ciśnienie, serce zaczęło bić wartko, zbyt wartko i do spotkania dojść nie mogło. Do Tokio doleciał bez przeszkód wolny od zacnych pasażerów prezydencki „Tupolew”. Jeszcze tylko trzęsienie ziemi i już można było lecieć do Seulu. Przelot znów z turbulencjami, potem dwa podejścia do lądowania, by okazało się, że prezydentowi Korei Południowej też jakoś nie po drodze i do kolejnego planowanego spotkania na najwyższym szczeblu nie doszło. Orzeł wrócił do domu wcześniej niż planował, a Azja straciła szansę, by mieć tak potężnego partnera strategicznego jak Polska. Teraz mogą tylko żałować! Tragikomiczna sytuacja - tyle pecha w ciągu kilku dni - tego nawet w Hollywood nie byli w stanie wymyślić. Samo życie pisze najlepsze scenariusze... U nas to zazwyczaj komedia lub dramat...
- Ale ty jesteś, Janku, śmiać się z czyjegoś pecha? Całe szczęście, że wszystko dobrze się skończyło. Stwierdziłeś wcześniej, że niektóre wiadomości cię straszą. Powiedz więc, jaka informacja tego roku najbardziej cię wystraszyła?
- Oj, w tym roku było tego trochę. Słuchając płomiennego przemówienia naszego ukochanego Pana Prezydenta w sierpniu w Tbilisi, wystraszyłem się, że za chwilę zwołane zostanie pospolite ruszenie i uderzymy na Rosję. Bałem się tego jak diabeł święconej wody, bo trochę wyobraźni mam. A było się czego bać, bo wkrótce zapadła decyzja rządu o budowie w Polsce elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Nie tak dawno obce wojska opuściły terytorium Polski, a teraz chcemy znów ściągać do Polski rycerzy zamorskiego mocarstwa? To analogicznie jak w XIII wieku Konrad Mazowiecki sprowadził krzyżaków do Polski. Jakie były tego skutki, wszyscy wiemy. Rosja obawia się, że amerykańskie instalacje wojskowe w Polsce mogą w przyszłości zagrozić jej bezpieczeństwu. Na miejscu Rosjan też bym się obawiał. W odpowiedzi obiecali nam zainstalować w Rejonie Kaliningradu rakiety z głowicami nuklearnym wycelowane w polskie miasta. Jakoś spokojniej mi się żyło, kiedy bezpośredniego zagrożenia bronią atomową nie odczuwałem. Bo żeby to raz dmuchnęło i koniec, ale gorzej umierać w cierpieniach choroby popromiennej. Urząd prezydencki w Stanach Zjednoczonych wkrótce przejmie pokojowo nastawiony do świata i sceptyczny do budowy tarczy antyrakietowej Barack Obama. Jest więc szansa, że nie będzie tarczy w Polsce i broni atomowej w Kaliningradzie, a więc może uda się w pokoju dotrwać do 19 grudnia 2012 roku.
- Bardzo zagmatwany jest ten cały wywód przedstawiony przez ciebie. Ale dlaczego wymieniasz datę 19 grudnia 2012 roku?
- Jak to dlaczego? Czytałem, że ta data pojawia się jako ostatnia w kalendarzach Inków, Majów, Egipcjan i innych starożytnych cywilizacji. Nawet słynny Nostradamus zakończył swe wizje przyszłości na tej dacie...
- No dobrze, ale co będzie potem?
- Potem będzie tak długo oczekiwany koniec świata.
Janek pożegnał się grzecznie i odszedł zadowolony w swoim kierunku. Stałem jak wryty, zastanawiając się nad nową cywilizacją, która - być może - zawładnie nie naszą już Ziemią.
Bogusław Sielecki












