Dalit to osoba o najniższym statusie społecznym lub poza kastowa w systemie kastowym Indii. Są to „niedotykalni” wykonujący tzw.”nieczyste zawody”. W Polsce dalitem więc zostać może każdy.
Poświąteczna sobota przed południem. Trzeba wyrwać się z rozleniwienia, ruszyć w miasto, by kupić pieczywo, nabiał. Ktoś pcha stary, głęboki, zardzewiały wózek na resorach. Tak, to „mój” dalit. Chyba jest już dziś po pracy. Wolnym krokiem zmierza swoją drogą donikąd, pchając przed sobą brzemię beznadziei. Doganiam go i dalej toczymy się razem. Widząc wózek wypełniony powyżej brzegów pogniecionymi puszkami po piwie, zagadnąłem:
- Dzień dobry. Widzę, Janku, że opłaciło się wcześniej wstać - plon obfity. - Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.
- Komu dobry, temu dobry. Pan Bóg może komuś i daje - mnie nie daje, sam sobie muszę nazbierać. To dziś druga tura. Już wczoraj wieczorem tyle nazbierałem. Dziś jeszcze ze dwa razy objadę i jutro cały dzień - stwierdził umęczonym, bezbarwnym głosem pozbawionym emocji.
- To w poniedziałek będzie większa kasa?
- A co ty - Urząd Skarbowy?
Popatrzył na mnie i widząc moją głupią, zaskoczoną minę dodał:
- No - jak dobrze pójdzie, to może nawet ze dwie stówy dostanę. Po Sylwestrze i Nowym Roku, może też ze dwie stówy się nazbiera. Potem, to już nie można na wiele liczyć, ale za cztery stówy miesiąc się przeżyje, powinno coś zostać jeszcze na luty. Dobrze, że są jeszcze tacy, co świętują i się bawią w każdy dzień, nawet nieodświętny.
Szliśmy dalej w milczeniu. Przerwałem je po chwili pytaniem:
- To na wigilię karp był?
- Był - nawet cały. I ciasto było, i makówki, i moczka... I żona była... Tylko... mnie nie było. Bo mnie już dawno nie ma. Komu ja jestem potrzebny? Może tylko Martusi... tak trochę.
- No widzisz - jednak jak jest żona, to przynajmniej jest rodzina, nie jest się samym i jakoś da się żyć.
- Żona, żona... Niby jest, ale od dawna i jej nie ma... Ona jeszcze pracuje i żyje w tym „normalnym” świecie. Wiem, że się mnie wstydzi, tak jakbym to ja był winnym, że taki los mnie spotkał. Jak mieliśmy własny interes, to ona sprzedawała na targowisku rajtuzy, skarpety, bieliznę i takie tam potrzebne duperele. Ja jeździłem starym, zielonym „Wartburgiem” po towar do producentów w Łodzi i okolicach. Któregoś dnia, wracając do domu z towarem miałem wypadek. „Wartburg” się skasował, a ja cudem wyszedłem z tego bez szwanku. Teraz żałuję, że i mnie Pan Bóg wtedy nie skasował - tak byłoby dla mnie lepiej. Pozbierałem rozsypany po polu towar, zapakowałem do taksówki i wróciłem do domu. Wtedy byłem uśmiechnięty i szczęśliwy, że nie wyglądam jak ta „zemsta Honeckera”. Mogłem zginąć, mogłem zostać sparaliżowanym kaleką, a dzięki zapiętym pasom miałem tylko otarcie skóry na lewym nadgarstku. W domu rozpętało się piekło. Żona płakała, histeryzowała, że zniszczyłem nasz samochód, a teraz się jeszcze cieszę. Trwało to niemal bez przerw przez trzy dni. Ze zdumieniem dowiedziałem się wówczas, co jest dla niej w życiu najważniejsze i jakie mają dla niej znaczenie poszczególne meble. Na czwarty dzień podjechałem „Fiatem 125p”. Spłaciliśmy go w ciągu miesiąca. Żona szybko pozbierała się do kupy, z uśmiechem oznajmiła, że teraz znów będzie wszystko, jak dawniej. Nic nigdy już nie było „jak dawniej”- to we mnie coś pękło i nigdy już nie dało się posklejać. Wszystko, co od tego czasu nas łączy, to wspólne mieszkanie i opłaty - życie pobiegło bokiem...
- No dobrze, ale kim w takim razie jest Martusia?
- A, Martusia... - twarz jakby na moment mu się rozjaśniła. - Martusia, to moja przyjaciółka, może więcej, niż przyjaciółka. Kilka lat temu rozbolał mnie ząb. Nie miałem już ubezpieczenia, więc siadłem na krawężniku i objąłem w cierpieniu twarz rękami. Ludzie przechodzili nie zwracając uwagi na śmiecia na ulicy. Dobrze, że mnie nikt nie kopnął, żebym nie pętał się pod nogami. Jednak ktoś nachylił się nade mną i zapytał, co mi jest, czy potrzebuję pomocy? To była właśnie Martusia. Pokazałem jej gestem, co mi dolega, bo próba ruchu szczęką potęgowała ból. Po chwili wróciła z główką czosnku. Rozpakowała ząbek i kazała mi go żuć - resztę dostałem na potem. Żułem, a było to piekielne doświadczenie. Ból jednak stopniowo ustępował. W ten sposób dostałem uniwersalne lekarstwo, które stosuję do dziś na wszelkie dolegliwości.
- No a co z Martusią?
- Martusię spotkałem kilka dni później. Myła okno w jednym z licznych sklepików przy miejskim targowisku. Podziękowałem za pomoc. Potem rozmawialiśmy często. Okazała się bratnią duszą. Kiedyś była księgową w po peerelowskim zakładzie. Zakład upadł jak setki innych, a ludzie wylądowali na bruku. Szukała pracy, jednak wszędzie woleli nowoczesne modele, a ona już wtedy dobiegała czterdziestki. Zamieniła dwupokojowe mieszkanie na pokoik komunalny. Na stałą pracę od kilku lat już nie liczy. Swą wegetację podtrzymuje myciem okien, sprzątaniem mieszkań, pomieszczeń gospodarczych, sklepów. Czasem dostanie dodatkowo jakiś przeterminowany jogurt, czy czerstwą bułkę. Często nie ma nic do roboty. Na stałe zatrudnienie nie ma szans, bo nawet firmy sprzątające poza maturą zaczęły wymagać znajomości języków obcych i prezencji nastolatki, a z tym u prawie pięćdziesięcioletniej kobiety pozbawionej dostępu do kosmetyków nie może być najlepiej. Nikt jednak nigdy nie zapytał, czy ma serce? A serce ma prawdziwe, ludzkie! Tyle tylko, że to dzisiaj przestaje być potrzebne i doceniane. Zaprzyjaźniliśmy się, wspomagamy wzajemnie, zawsze możemy na siebie liczyć. Rozumiemy się doskonale, bo jednoczy nas wspólna... bieda i beznadzieja.
Janek podążał jak zwykle prosto. Moja droga wiodła w lewo, trzeba więc było się pożegnać.
- Czego dobrego ci życzyć, Janku, z Nowym Rokiem?
- Co mnie może jeszcze dobrego w życiu spotkać? Przed pięćdziesiątką zostałem śmieciem, więc po pięćdziesiątce trudno liczyć na recycling. Ale mam życzenia takie dla wszystkich po trochu.
Głowa Państwa, nasz Prezydent ukochany, choć nie jest elektrykiem, często wywołuje spięcia. Życzę mu, żeby z tych wypadków wychodził bez szwanku i żeby go nie pokopało. Dobrze by było, żeby Premier poznał „zemstę Honeckera”- łatwiej mu będzie o oszczędności bez cięcia dochodów pracowniczych. Luksus jazdy mniejszy, ale i ewentualny upadek mniej dotkliwy. Prawica niech wyzbędzie się lewicy, lewica prawicy - będzie bardziej przejrzyście. Na Sejm niech spłynie łaska Ducha Świętego - bez kłótni, kalumnii i zbytniego lobbowania łatwiej będzie stanowić dobre prawo dla wszystkich mieszkańców kraju nad Wisłą - takie bez dyskryminacji kogokolwiek. Emerytom życzę nowego portfela, ale w żadnym przypadku nie z mniejszym wkładem. Wszystkie dzieci są nasze i równe, więc rodzice powinni mieć możliwość troszczenia się o swoje potomstwo na poziomie prezydenckim. Policję niech Bóg prowadzi najprostszą drogą do bandytów, złodziei, pedofilów, aż do ich pełnego wytrzebienia. Wojsko pod szczytnym hasłem: „Bóg, Honor, Ojczyzna” niech robi co do niego należy, żeby wybrani synowie narodu nie ginęli na obczyźnie w imię pseudo-polskich interesów. Kler niech głosi zasady Dekalogu i wdraża je w życie, zaczynając od siebie. NFZ niech wprowadzi jedną, tanią procedurę - leczenie czosnkiem. Metoda prosta, skuteczna i sprawiedliwa - wszyscy będą mieli równo, każdy .... - trochę więcej smrodu, ale czy teraz nie cuchnie? Jak się to wszystko spełni po Nowym Roku, to i takim jak ja wegetacja się polepszy - więcej będzie puszek po piwie na śmietnikach.
Bogusław Sielecki












