W tym czasie kiedy mój rozwój artystyczny potrzebował witamin inspiracji w obiegu krążyły albumy malarstwa z często kiepskiej jakości reprodukcjami. Czarno – białymi zdjęciami na szorstkim papierze, lub kolorowymi, które jednak wymagały sporej wyobraźni i intuicji by poznać prawdę o oryginałach dzieł sztuki. Właśnie dzięki takim domniemaniom moja świadomość plastyczna błądziła samotnie po rewirach estetyki. Więcej zawdzięczam swojemu unerwieniu plastycznemu i intuicji niż owym edukacyjnym albumom. Nawet w czasach kiedy studiowałem historię sztuki jednym z nielicznych wydań albumowych była Sztuka Świata i praktycznie na tym się kończyło. Moje przygody wizualne były więc z jednej strony oparte na „domysłach” o świecie pędzla a z drugiej na własnych doświadczeniach i eksperymentach w pracowni, w której w tamtych latach spędzałem nawet po dziesięć godzin dziennie. Swoją wiedzę o mistrzach i ich warsztacie budowałem na swoich domysłach, roszczeniach i oczekiwaniach. Widziałem to co chciałem widzieć. Popadałem w pewną schizofrenię w której wzrastał mój świat postrzegania rzeczywistości. Dodatkowo myślałem, że prócz świata sztuki nie istnieje żaden inny. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niebezpieczne dla jednostki, która wkraczając w życie społeczne nie postrzega otoczenia inaczej jak poprzez swoje fobie artystyczne i dla której każde zdarzenie życiowe odbywa się tylko na płaszczyźnie estetyki, teatru lub staje się tematem dla malarstwa. Dość długo z tego stanu iluzji wychodziłem z powrotem w świat i rodziłem się na nowo utrudniając przy okazji życie moim najbliższym.















