sobota, 26 listopada 2011 11:10
Jerzy Treit
Może być też i tak, że pracuję tylko pod wpływem impulsów, emocji, skojarzeń, wspomnień o kolorach i miejscach oraz ludziach i ich ze mną miłości. Dlatego gdy na zamówienie jakiejś galerii staram się sklecić choć mały tekst o tym co jest dla mnie ważne w czasie pracy i jaka jest moja tożsamość artystyczna staję się jałowy. Potrzebuję wkraść się w swój intelekt, zimno ocenić i zadbać o to by napisać logicznie.
Jest to jednak zawsze spojrzenie historyka sztuki.
Patrząc w ten sposób na samego siebie nie potrafię określić słowami kim jestem. Pisząc jednak o owej niemożności paradoksalnie zbliżam się do prawdy.
Pracuję właśnie ze wspomnieniami, z tym co pozostało po fascynacjach jakie doznaję po spotkaniu innych artystów, ich obrazów, miejsc na chodnikach jakie mijam idąc po paryskich czy warszawskich ulicach. Pracuję z tym co mi mówi twarz przedmiotów na reklamach oraz pachnące ludzkie włosy. Jedną z najważniejszych liter mojego malarstwa jest kreska, ślizgająca się po białej kartce myśl, wyrwa w sercu, nerw istnienia, który kładzie się na dywanie mojej duszy. Kreska wibruje i czasami potrzebuję sporo czasu aby ją oswoić i ujarzmić niczym dzikiego zwierza. Kolor od którego od kilku miesięcy staram się uwolnić. Kolor który był dla mnie obiektem wieloletnich eksperymentów alchemicznych, kolor który stał się przez pewien czas linią i kształtem po to aby w końcu poszukiwań stać się jedynym z kilku elementów budowania tego świata jaki spotykam na co dzień. Uwolnienie następuje powoli i podobnie jest ze światłocieniem, logicznym wyznacznikiem sceny. Światłocień właściwie został wyeliminowany jako pierwszy gdy uznałem, że w przestrzeni teologicznej nie istnieje tylko światło ale i cień, liczba dwa, określenie fizyczne przedmiotu. Wtedy mogłem spokojnie to zanegować i budować malarstwo na swoich zasadach, że jeden dodać jeden daje trzy.
Malarstwo dla mnie jest uwalnianiem się od wyobrażenia na temat malarstwa.

Bez tytułu, 50x65cm, akwarela, papier