Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Marlenka czyli ..

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 

Marlenka czyli Klaudyna po polsku

Renata Brzozowska/malarstwo olejne/AKT


O Marlence można całą noc opowiadać, a i to będzie za krótko. Siedemnastoletnia nimfomanka i lekomanka o wyzywającej urodzie. Gdy ją poznałam, wywierała wrażenie romantycznej, oczytanej, zagubionej wśród zwykłych spraw i zwykłych ludzi. Nic bardziej mylącego! Wyrosła na rusałkę z brzydkiego kaczęcia, o nierozbudzonym, a więc pozornie małym, móżdżku i dużym talencie plastycznym, który zmarnowała, gdyż poświeciła go tylko i wyłącznie dla podkreślania swojego i tak wystarczająco efektownego wyglądu.
K
ażdemu spotkanemu mężczyźnie, najczęściej żonatemu, bo z nimi według niej bezpieczniej jest się zadawać, powtarzała patrząc  w oczy i trzepiąc długimi rzęsami:

- Och gdy spotkałam kogoś z kim mogłabym spędzić życie, to on jest już zajęty, och!

 

 Mężczyźni, jak to mężczyźni, ujmowali ją za rękę, nie biorąc jej słów na serio, prowadzili  
w ustronne miejsce i po zaspokojenia swoich chuci, zostawiali z takim lub innym prezentem na pożegnanie. Powtarzali ten proceder w różnych okolicznościach, traktując Marlenkę jak przysłowiowe pogotowie seksualne. Nikt nie brał jej poważnie. Nikt, z wyjątkiem Kamila, jej narzeczonego i mojego męża Staszka. Ten pierwszy, świetnie sytuowany mimo młodego wieku, obdarzony uroczym głosem, dobrze zbudowany, ale brzydal jakiego świat nie widział, ufał jej bezgranicznie i był z niej bardzo dumny. Wszystkim bliskim znajomym powtarzał do znudzenia:

- gdy idę z nią plażą i widzę jak wszystkim faciom staje, to wiem, że to ja ją posuwam,  a nie oni!

Dosłownie, wulgarnie i dosadnie.

A mój mąż? Zadufany w sobie, sobek i egoista, myślący tylko penisem, musiał, jako taki, przyjmować jej słowa za dobrą monetę. Ale niestety, był dla niej „za słaby w uszach”, ani za bogaty, ani za przystojny, bez żadnych realnych perspektyw rozwoju, po prostu jeden  z wielu.

Marlenka była jak kociak spragniona i pieszczot, i uznania otoczenia. W pewnym sensie byłam dla niej jakimś autorytetem. Starsza, mężatka, z racji pełnionych funkcji społecznych mająca świetny kontakt z jej grupą rówieśniczą, no i oczytana. Podsuwałam jej różne książki, gdyż zorientowałam się szybko, ile potencjału i możliwości usunięcia niedociągnięć, kryje się za jej pokazową maską. I coś mnie pokusiło, aby dać jej do przeczytania cykl powieściowy  Colette o Klaudynie. To błahe z pozoru wydarzenie stało się źródłem mojej dzisiejszej opowieści.

Kiedy Kamil z rodzicami wyjeżdżał za granicę w celach handlowych, Marlenka pilnowała ich mieszkania. Podlewała kwiatki, karmiła rybki. Nocowała tam.

Któregoś wieczoru, gdy mój mąż miał nocny dyżur, zadzwoniła  z prośbą o pomoc. Błagała żebym przyszła. Bała się, bo ktoś wałęsał się po klatce, stukał do drzwi i szeptał coś niecenzuralnego przez dziurkę od klucza. Jako że mieszkanie jej narzeczonego znajdowało się w sąsiedniej klatce, a intonacja głosu Marlenki i nieskładność jej słów sugerowały, iż znowu coś wzięła, co niestety ostatnimi czasy zdarzało się często, poszłam tam bez namysłu.

Zanim zapukałam, drzwi się otwarły, mała szelma czyhała przy wizjerze! Rozszerzone źrenice jej błękitnych ocząt powiedziały mi, że miałam rację, znowu dorwała się do jakichś leków.

Ubrana była w lekką, zwiewną, fioletową, etaminową sukieneczkę, zapinaną na perłowe guziczki, które połyskiwały tęczowo w świetle lamp klatki schodowej. Z westchnieniem ulgi  
i jakiejś dzikiej radości, schwyciła mnie za rękę, zatrzasnęła drzwi wejściowe i pociągnęła  
w stronę sypialni rodziców Kamila.

Wersalka była rozłożona, nakryta patchworkową kapą w różnych odcieniach żółci i zasypana stosem kolorowych, haftowanych poduszek, w których lubowała się matka chłopaka. Stojąca w kącie pokoju lampa, przykryta zarzuconą na abażur czerwona apaszką, sączyła delikatną różową poświatę. Na toaletce pełgały ogniki zapachowych świeczek, odbijając się wielokrotnie w trzyczęściowym, kryształowym lustrze, rozsiewając odurzający zapach wanilii i owoców cytrusowych. Weszłam, rozglądając się w osłupieniu, taka gala dla mnie?!

Nie miałam zbyt wielu chwil na kontemplację, bowiem Marlenka stojąca tuż za mną, pchnęła mnie gwałtownie, tak że upadłam na łóżko, ona zaś rzuciła się obok i kurczowo objęła mnie za szyję. Trzymała tak mocno, przytulając się z całej siły, że po pierwsze, czułam wyraźnie, iż pod sukienką nie ma bielizny, a po drugie, musiałam użyć siły, żeby rozpleść jej ręce i wyzwolić się z uścisku.

Sytuacja, w jakiej się znalazłam wcale nie przypadła mi do gustu. Marlenka wybuchnęła płaczem. Szlochając, mamrotała coś o miłości, pięknym związku kobiet i tym podobnych niedorzecznościach, zaczerpniętych żywcem z książki Colette. Nie mogłam zostawić jej samej, gdy tak histeryzowała, musiałam ją uspokoić. Dałam jej symbolicznego, matczynego klapsa i mówiłam uspakajająco o absurdalności całej tej sytuacji. Wzięłam chusteczkę do ręki, usiłując otrzeć zapłakane oczy i zasmarkane policzki.

Wtedy Marlenka schwyciła moją rękę jedną dłonią, drugą szarpnęła przód sukienki, która rozpięła się na całej długości. Guziczki okazały się atrapą, a prawdziwym zapięciem były zatrzaski, ukryte w ozdobnej plisie.  Moja ręka kierowana jej gwałtowną, niecierpliwą dłonią, znalazła się na jednej z jej piesi, maleńkich ale kształtnych, z jasnoróżowymi sterczącymi brodawkami. Zamurowało mnie. Patrzyłam bez słowa na jej szczupłą nagość, na płaski brzuszek z wklęsłym pępuszkiem i na burzę złocistych, kędziorków, porastających wypukły wzgórek.

Marlenka zauważyła moje badawcze spojrzenie i rozchyliła zachęcająco uda. Rzuciła na mnie zatrwożone, kuszące, pełne obietnic spojrzenie. Jej kurczowy uchwyt zelżał. Wyswobodziłam rękę i powoli, zatrzaska po zatrzasce, zapięłam sukienkę. Patrzyła na mnie bez słowa zamglonym wzrokiem. Zrozumiała, że nie otrzyma tego, co zamierzyła, mimo że tak wszystko ślicznie przygotowała. Zapłakane oczy zamknęły się powoli i po chwili moja niedoszła kochanka spała. Dawka leków, którą przyjęła, rozstrzygnęła niejako za mnie. Czuwałam nad nią do świtu. Gdy się ocknęła, zdawała się nie pamiętać, co wydarzyło się w nocy. Ja tego tematu też nie poruszałam.

Podobna sytuacja nie powtórzyła się już nigdy.

 

  Jolanta Maria Dzienis

 Fot./interia.blog.pl-fioletowy pokój-470x292


Jesteś tutaj: Felietony Jolanta Maria Dzienis Marlenka czyli ..