CHCIEĆ SOBIE umierać...
Żyję na wyspie... i czuję się dobrze. Oderwany od reszty świata nie zapominam jednakże o jego istnieniu i problemach z jakimi boryka się. Żyję na wyspie i wiem jak wiele istnień dzisiaj przemija, a nieustanna rotacja życia i śmierci niekiedy przeraża. Ludzie tak po prostu umierają. SOBIE umierają. Kiedy o tym nie myśli się, wszystko zdaje się takie oczywiste, mało ważne i można rzec, że proste jak drut. Przemijanie to w końcu część nas samych. Ubywa nas, zmniejszamy się i w końcu - znikamy z tego świata...
Żyję na wyspie... i czuję się dobrze. Oderwany od reszty świata nie zapominam jednakże o jego istnieniu i problemach z jakimi boryka się. Żyję na wyspie i wiem jak wiele istnień dzisiaj przemija, a nieustanna rotacja życia i śmierci niekiedy przeraża. Ludzie tak po prostu umierają. SOBIE umierają. Kiedy o tym nie myśli się, wszystko zdaje się takie oczywiste, mało ważne i można rzec, że proste jak drut. Przemijanie to w końcu część nas samych. Ubywa nas, zmniejszamy się i w końcu - znikamy z tego świata...
Ciągle ktoś zarzuca mi, że tyle mówię o śmierci, egzystencji, życiu, miłości, smutkach, rozstaniach, załamaniach, a z drugiej strony zachowuję pogodę ducha, uśmiecham się i wszystko dzieje się tak, jakbym w całym tym smutku potrafił odnaleźć się i żył spokojnie. Nie do końca... Bardziej jest tak, że myślenie o świecie i jego upadku pozwala mi trwać dalej. I tak będzie o mojego ostaniego złapania oddechu...
Pisałem o tym, że SOBIE ludzie umierają. Nie mówmy tu o nazwiskach, tych wielkich i tych małych. Nie mówmy o nikim konkretnym, nie ma to znaczenia. Tak może zdarzyć się każdemu. Wcale też nie chodzi o to, że umieramy, bo coś nas dopadło, zjadła choroba, dosięgnął próg pewnych lat, gdy następuje oczywisty THE END. Mówmy o tym, że u niektórych życie jest takie, jakby wypadało im nie żyć. Jakby ich życie było karą. Życie może być faktycznie karą zafaundowaną sobie na własne życzenie, z powodu własnego zagubienia, słuchania i spotykania niewłaściwych ludzi, a w ostateczności też - z powodu własnego przekonania o doskonałości, wielkości i tego, że niby możeby mieć wszystko, żyć jak chcemy, miotać się, szastać kasą i jednocześnie "władać" umysłami innych. Pozornie każdy jednak wie, że wielkość w końcu może doprowadzić do upadku, jak gwiazdy spalamy się i przestajemy istnieć. Trzeba mieć wielką moc w sobie, aby własny sukces przekuć na coś konstruktywnie pozytywnego, dawać sobą przykład innym i też pozwolić innym by na naszym przykładzie można było budować pewne wzorce dobrego życia. Tak jednak nie dzieje się. SOBIE umieramy...
Tylu wspaniałych ludzi odeszło, którzy poprzez własną sztukę życia, kulturę, twórczość, talent "uczyli" innych jak BYĆ. Tyle wspaniałych ludzi odeszło w prosty, nielogiczny sposób. I powtórzę po raz "enty" - SOBIE odeszli. Co trzeba zrobić, aby uświadomić innym, ile złego kryje się w alkoholu, narkotykach, lekach przeciwbólowych, depresantach, itd.? Co trzeba zrobić, aby nie móc poradzić sobie z własnym życiem i szukać nadziei na jego lepsze jutro właśnie w takich "gównach". Przepraszam, ale da się inaczej pisać? Nie, już nie...
Niby odpowiadami sami za swoje życie, niby jesteśmy panami nas samych, cieszymy się władzą w pewnym zakresie, a gdy zamykają się za nami drzwi naszych własnych pokoi, ściany na nas napierają, zdajemy sobie sprawę z tego, że grono przyjaciół jakich mamy, nie są naszymi przyjaciółmi to dzieje się tak, że nagle świat kurczy się w naszych głowach do astronomicznie małych okruchów przejawu istnienia. Do wyspy, na której nie potrafimy się odnaleźć...
Wiecie o kim piszę? Czytacie przecież gazety, oglądacie telewizję, plotkujecie o tym na ulicach, w klubach, w domach... O tych i o tym piszę. Myślałem kiedyś, że "podle" żyję, a jednak dziekuję SOBIE, że jednak życie własne szanuję, potrafię sumienie wzbudzić do działania i czynić tak, jak umiem najlepiej, chociaż wywalam się i podnoszę każdego dnia... ale ja chcę żyć! A wielu, którzy paradoksalnie wzbogacało nas, siebie zniszczyło. W ostateczności ich droga zaprowadziła ich donikąd, do banalnych wpisów w księgach pamięci i krótkich notek encyklopedycznych. Zaprowadziła na zatracenie ciała i ducha. I jak? Ducha nie można zniszczyć? Można. Jak? SAMI. Nikt lepiej od nas tego nie zrobi. Tylko jest pewne ALE. Jeśli chcemy tak żyć, aby nie żyć to nie zapominajmy przeprosić świata, za to, że w nasze ślady pójdą kolejne istnienia, bo wyda się im, że trzeba wzbić się wysoko w niebo, a następnie trzeba z niego spaść. Tyle że, nie słyszałem, aby można było później tak łatwo pozbierać się. I to koniec...
(List na wyspie Sylt, 18.02.2012)












