Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Reklama

Partnerzy:
Reklama

Sen 2

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Ponieważ megafony ogłosiły niedzielę i w związku z tym nie miał żadnych zajęć, postanowił zwiedzić podziemia. Żeby tam się dostać, należało przechytrzyć strażników. Trafić na porę, gdy zajęci byli jedzeniem. W tym celu czekał przy bramie prowadzącej do wąskiego korytarzyka, gdzie znajdowało się wejście. Że takie wrota były, wiedział ze słyszenia częstych i ściszonych rozmów.

 

Po wykołowaniu strażników, znalazł się w przejściu łączącym dwa miejsca. Jedno należało do znanych, z którym zdążył się już oswoić, drugie prowadziło w dół i rządzone było nieznanymi prawami. Co go natychmiast zbiło z tropu, to panujące tu zimno. Zauważył ludzi biegnących na oślep, ubranych w grube palta. Rzecz dziwna: podczas gdy na górze co i rusz ogłaszano środek lata, upał, a nawet suszę, tu, w podziemiach, nikt nie przejmował się pogodą pochodzącą z góry.

Pomyślał, że widocznie działa wentylacja. Ale kiedy przebył następnych kilkaset metrów, stwierdził, że w miarę oddalania się od włazu, tunel napełniony jest niemożliwym do zaakceptowania zaduchem, odorem przenikającym z wnętrza mijanych sal.

W salach zauważył sporą liczbę ludzi a ich twarze wyrażały zniecierpliwienie, irytację, żadna jednak - uśmiechu. Umieszczone vis a vis, wypuszczały z siebie zepsute powietrze. Z początku oszołomiony nagłą zmianą klimatu, bezradnie obijał się o ściany, by po chwili wrócić do równowagi i biec z innymi w obranym kierunku.

Potrącali go. Z daleka i nonszalancko przepraszali. Jak gdyby grzeczność należała do ich przymusowego rytuału. Chociaż powietrze z sal dawało mu się we znaki, to przecież musiał przyznać, że w niezupełnie jasny sposób znikało gdzieś: wessane i oczyszczone przez mroźny nawiew przeciągu - rozpływało się w ciemności.


Po wielu kilometrach, kiedy przekonał się, że korytarz ma kształt wielkiego koła i nie kończy się tam, dokąd zmierza, wyrosła przed nim wnęka. Z pewnym zainteresowaniem przeczytał słowa umieszczone na transparencie: serdecznie zapraszamy. Wnęka, bocznica celu eskapady, zaczynała kolejny, tym razem ciekawy i obiecujący etap zwiedzania. Lecz z różnych powodów, ilekroć chciał wejść w nią głębiej, na drodze spotykał szklaną ścianę. Czasem tylko, skoro wytrwale bił o nią głową, udawało mu się zobaczyć mężczyznę siedzącego po drugiej stronie małego stoliczka.

Naraz zorientował się, że jest sam. Równocześnie zrozumiał, że jest w miejscu, skąd się nie wraca. Śliskie ściany uciekały pionowo w górę. Przez otwór widział światło, strugę blasku. Zamknął oczy. Ręce były spokojne. Czuł jednostajny, monotonny puls. Próbował wyobrazić sobie, że umiera, lecz nie mógł. Pomyślał, że, jak zwykle, jest do niczego. Zaklął. Za wszelką cenę nie chciał być do niczego i wrzasnął o tym w ciemność. Od niewidocznej przeszkody przybiegło echo. A kiedy już był zmęczony i nie odczuwał zimna, opadła go bezładna gromada mieszkańców z sal. Krzyczeli jeden przez drugiego, a twarze mieli ziemiste. Nie było w tym nic dwuznacznego; choć przebywali tu bez dostępu słońca, sprawiali wrażenie pogodnych i rozluźnionych, jak gdyby chaotyczna gonitwa po korytarzu wzbudzała w nich chęć do życia.


Z początku nie potrafił zrozumieć, co mówią, lecz gdy wsłuchał się w rytm, gdy złowił skomplikowaną melodię ich zdań, zaczął przypisywać znaczenie całym partiom monologów. Bo właściwie to, co słyszał, było jednym wielkim monologiem. Choć pozornie bałaganiarski, przydługi i mętny, jakkolwiek tworzący przejmujący skowyt wspólny dla wszystkich katowanych, oglądany osobno, układał się w jasny, szatańsko poprawny obraz: każde słowo miało właściwą intonację, mieniło się aż do jądra swojego znaczenia, a otaczające go krzyki wydawały się nieskończenie piękną skargą, pieśnią wzniosłą od nieznanego okrucieństwa. Łączyły się nie błahą treścią, lecz klimatem, którego nie rozumiał ni w ząb, za którym płakał jak bóbr.

Marek Jastrząb

Za: http://www.pisarze.pl/

Dodaj komentarz

Regulamin komentowania w serwisie kronikarz.org.pl

  1. Redakcja serwisu kronikarz.org.pl zastrzega sobie prawo do usuwania lub moderowania komentarzy zawierających treści obraźliwe albo odbiegających od tematu komentowanej wiadomości. Decyzję o usunięciu całości lub fragmentu wpisu podejmuje Moderator i jest to decyzja nieodwołalna (więcej informacji pod Regulaminem w Forumowym ABC)

  2. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji przekazów reklamowych i linków do stron zewnętrznych.

  3. Prosimy o unikanie błędów ortograficznych oraz komentarzy pisanych w całości WIELKIMI LITERAMI.

  4. Zapytania, opinie i uwagi skierowane bezpośrednio do redakcji serwisu prosimy przesyłać na nasz adres e-mail.

  5. Redakcja zastrzega sobie prawo do blokowania użytkowników, którzy nagminnie łamią regulamin komentowania na serwisie kronikarz.org.pl.

  6. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji treści sprzecznych z prawem.

  7. Proszę pod jednym tematem podpisywać się jednym pseudonimem. Autorzy komentujący jeden artykuł za pomocą różnych nicków będą blokowani, a komentarze usuwane.

  8. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
    Redakcja nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za treść zamieszczonych na stronie komentarzy.


Kod antysapmowy
Odśwież