Fragment książki "Staruszkowo"- Opowiadania
W dzień siada przy ławie. Na ławie sterczy korytko z jedzeniem i termos z lurą. Nieruchomy, odrętwiały, wegetuje w ciemnej, kiszkowatej rupieciarni. Ława stoi przed oknem wybałuszonym na park. Jest zagapiony w przestrzeń: widzi nie widząc. Patrzy, choć nie wie na co, w dal, w głąb, do wewnątrz; jak kret.
Patrzy i czeka na ludzi, którzy przychodzą do niego. Przeważnie odwiedzają go dla draki, by pośmiać się, a przy okazji zaliczyć test z wrażliwości, poczuć się lepiej, pochylić nad jego malowniczą niedolą. Przychodzą sporadycznie, przypadkiem, wpadają jak po ogień i od wielkiego dzwonu, załażą do niego oblizując spierzchnięte wargi. Lądują za jamnikiem, wyłuszczają mu skomplikowane motywy swojego najścia. Dyskretnie patrzą po kątach, by zapytać, jak mu jest , by mu współczuć, ponapawać się ubóstwem wyłażącym ze szpar podłogi, rozkoszować jego bezwładem, zobaczyć , jak sobie nie radzi z nędznym żywotem paralityka.
A w nocy, zmęczony bólem ponad siły, idzie spać i zanim zapadnie w sen, szybuje po wspomnieniach. Wraca pamięcią do chwil sprzed okresu leżenia i jest zdumiony nieustanną zmiennością swojego losu! Wtedy, gdy chodził jeszcze i kuśtykał trzymając się mebli, nie wyobrażał sobie, że może być gorzej.
Sądził, że osiągnął dno. I był o tym przekonany. Tak mu się wydawało do momentu, gdy przestał wychodzić na zewnątrz i zamieszkał w łóżku na stałe. Porównuje tamtejsze oceny swojej zdrowotnej sytuacji z obecną i dochodzi do wniosku, że za kolejne parę lat znowu będzie zdziwiony dzisiejszymi narzekaniami. Znów się posunie i zapadnie w ciemność. Co prawda leży od lat i od lat jest sam. Leży i tęskni za kimkolwiek. Ale tęskni, przeżywa, czuje, myśli, rozmawia. Kiedyś miał rodzinę, teraz nie ma nikogo. Ale zna takich, co rodziny nie mieli wcale. Kiedyś był duszą towarzystwa, teraz jest duchem.
Ale może wędrować po minionym, wspominać, co było, bo ma jeszcze pamięć. Wszyscy najbliżsi pouciekali, wyparli się go, spisali na straty. Ale gdzie jest powiedziane, że nie można żywić nadziei? Więc zwykle jest pogodny. Pogodny, optymistycznie nastawiony do siebie. Optymistycznie, bo mogło być gorzej, mógł od razu postradać wszelkie zmysły. Jest więc pogodzony z dotychczasowymi i przyszłymi konsekwencjami choroby. Z życiem, które trwa. Z ograniczeniami, które postępują. A gdy już nic go nie boli, zasypia nad ranem.
O świcie wpada do niego sąsiadka, kobiecina opiekująca się nim jak synem. Była gościem z początku, a wyręką później, przyszywaną babcią zza ściany, staruszką bez której nie potrafi się obejść. Na niziutkiej emeryturce, łagodna, wyrozumiała, bywała w niejednym nieszczęściu, oblatana w utrapieniach, skłonna do pomocy, to zrobi, tamtego dopatrzy, zgłasza się na jego pukanie, pyta, czy aby gdzie nie pójść, może do apteki, może po co chce. Lecz on mało co chce. Chce pogadać tylko, tylko się przytulić.













