Felieton Marka Różyckiego jr.
Biedny żywocie,
prawda, żeś miły,
Lecz cię frasunki
zbyt opieprzyły.
Wespazjan Kochowski
Powiedział mi kiedyś Stanisław Tym, że całe swoje dotychczasowe życie poświęcił praktycznie temu, żeby się nie dać zdefiniować. „Dużą część energii w życiu poświęcam na to, żebym ja nie wiedział, kto ja jestem i żeby inni nie wiedzieli. Tyle nadziei, ile niewiadomej. Jak się wszystko rozwiąże, to już nie ma o czym mówić...”
Fakt, jest to myśl przednia - zdolna zapłodnić umysły malkontentów i pesymistów; sekret - godzien upowszechnienia, zasada - warta zastosowania we wszelkich dziedzinach naszego życia ku chwale tegoż. Spróbujmy zatem rzucić nasze rozważania na plan szerszy, jako że „szczęścia tak mało jest, jak sięgnę wzrokiem, że gdzie jest szczęścia nadzieja, jest już za wiele o szczęścia nadzieję...” /St. Wyspiański/.
Słów kilka o metodzie. Skoro TYLE NADZIEI, ILE NIEWIADOMEJ... pielęgnuję, zabiegam i hołubię ów stan niewiedzy (o kim? o czym?), beztroskiego niedoinformowania, zdrożnego dyletantyzmu w trosce o zdrowie psychiczne i kondycję fizyczną, co warunkuje poczucie radosnej i błogiej beztroski. Nie myślę - więc jestem (optymistą). Z premedytacją nie wiem, co czynię i nie zajmuje mnie to, co czynią bliźni. Jeśli nawet nie będzie mi odpuszczone w przyszłości, to obecnie chwalę sobie mą karmę (patrz: w indyjskich religiach i filozofii - suma uczynków człowieka, spełnionych w poprzednich egzystencjach, decydująca o charakterze nowego wcielenia w łańcuchu reinkarnacji). Z niekłamaną satysfakcją odnajduję i dziobię sobie powolutku okruchy /radości/ życia.
Nie wnikam w istotę spraw mnie otaczających, nie doszukuję się prawdy, głębi psychologicznych, uwarunkowań; nie analizuję impulsów, motywacji i genezy zachowań, postępków i postaw bliźnich, Wszystko przyjmuję na wiarę; za dobrą monetę. A wiara - proszę mi wierzyć - czyni cuda, pod warunkiem jednak, że szanujemy złudzenia i nie jesteśmy dociekliwi.
Jak to cudownie łudzić się, żyć mirażami - szczęśliwie i powierzchownie. Skoro świat pragnie iluzji, a ja pragnę być akceptowany przez świat...
Weźmy na ten przykład myśl aforysty:
„Gdy dziewczyna mówi: jedyny!
Reszta jest milczeniem dziewczyny.”
I bardzo dobrze! Nie wchodźmy z buciorami w to milczenie. Nie zdzierajmy maski iluzji. Tyle nadziei, ile niewiadomej.... (sic!)... Ponieważ może się zdarzyć, że skonstatujemy: - A tyle było nadziei. Tyle radości, wierności.... etc.
Albo odwiedzasz twórcę, a on zdradza ci największą „tajemnicę” swego życia, że jest geniuszem i tworzy wyłącznie arcydzieła. Bądź szczęśliwy, że otarłeś się o pomazańca i niech cię Bóg broni, abyś podawał w wątpliwość i krytycznie analizował podstawy świetnego samopoczucia mistrza. Narazisz się na szykany, wyzwiska i otoczy cię zmowa milczenia „środowiska”...
Błogosławieni nieświadomi. Czytałem kiedyś opowiadanie „O trzech panach w łódce nie licząc psa”. Jeden z bohaterów - zgodnie z podziałem obowiązków - miał podczas eskapady zajmować się apteczką. Kiedy dawno już minął wyznaczony termin zbiórki, dwaj panowie zdecydowali się odwiedzić trzeciego w domu, by sprawdzić, co go zatrzymało. Zastają go jęczącego w łóżku z ręcznikiem na głowie, studiującego popularne dziełko - „Lekarz domowy”. Indagowany odrzekł z trudem, że tylko paraliżu i choroby świętego Wita jeszcze u siebie nie odkrył.
Tak więc przestańmy dociekać, węszyć, wsłuchiwać się, analizować, podawać w wątpliwość - bacząc na opłakane skutki tego typu nieodpowiedzialnych działań. W końcu nie bez kozery mówi się, że pesymista - to doinformowany optymista...
Przypomina mi się historia /spisana przez Horacego Safrina/ - o kupcu, który w poszukiwaniu towaru przybył do wojewódzkiego miasta i tam spotyka swojego sąsiada. Podaję z pamięci:
- Dzień dobry. Co tam nowego w naszym miasteczku?
- Nowego? Nic.
- Jak to? W ciągu pięciu dni nie zdarzyło się nic nowego?
- Czy ja wiem... Straż ogniowa przejechała pieska.
- A gdzie się paliło?
- Na Brukowej, dom twojego teścia spalił się do szczętu.
- Na litość boską! Jak to się stało!
- Całkiem zwyczajnie. Twój teść, błogosławionej pamięci, umarł. Zapalono u wezgłowia świecę i od niej zajął się sufit...
- Aj, aj! Gdy wyjeżdżałem, teść cieszył się świetnym zdrowiem!
- Jak nie miał umrzeć, skoro twoja żona uciekła z oficerem.
- Z jakim znowu oficerem?
- Z tym porucznikiem, z którym się przez dwa lata się spotykała.
- No i co? Spotykała się... To przecież nic nowego!
- Moje słowa! Przecież powiedziałem, że nie wydarzyło się nic nowego!....
* * *
W moim mieszkaniu przeciekał kaloryfer. Wezwany hydraulik mruknął pod nosem, że to nic wielkiego, ale w końcu zaczął się mocować z oporną materią zaworu. W myśl zasady: nic na siłę - wszystko młotkiem, urwaliśmy /śmy/ kaloryfer. Przy okazji osunęła się ściana, spadła szafka demolując futrynę i wybijając okno. W mieszkaniu potop.
- Było czepiać się tego kapania? - z wyrzutem w głosie wyznał majster. - Dobrze było jak było! A tak sam pan widzi, jak ci partacze budują...
No i dowiedziałem się... Wyciągnąłem pół litra spirytusu - co to go trzymałem na roztwór kitu pszczelego - i wypiliśmy pod te żeberka... I moją DOCIEKLIWOŚĆ.
„Bo każdego swa własna nadzieja uwodzi” - jak zauważył Jan z Czarnolasu.
_____________________________________________________
A JUŻ SZCZEGÓLNIE NIE WNIKAJMY, JAKI JEST STAN NASZEJ GOSPODARKI, BO I SAMI STANIEMY NA PROGU ZAPAŚCI (TYLE, ŻE - SERCA).
NIE DOPYTUJMY SIĘ DOKĄD NAS WIODĄ KOLEJNI "NAMASZCZENI" LUB TEŻ OBŁĄKANI POLITYCY!
NIE STARAJMY SIĘ ZROZUMIEĆ DRÓG ŁATWYCH KARIER, KUMPLOSTWA, KOLESTIOSTWA, UKŁADÓW, KTÓRE NAJGORSZE MIERNOTY WYNOSZĄ NA WYSOKIE STANOWISKA. PO CO?!
ŻYJMY ZDROWIEJ!...














