Listy zza oceanu....
Ryszarda L. Pelc
Jesień, już znowu jesień
Zapach opadłych liści szeleszczących pod stopami, aromat usychających traw, krzyk gęsi kanadyjskich odlatujących do sobie tylko znanych miejsc, mówią mi, że lato się skończyło.
Na tle zieleni sosen i świerków na przeciwległym wzgórzu czerwone plamy klonów i złocistych brzóz. W przystani pozostały nieliczne okazałe jachty i małe łodzie ale i one wkrótce znikną.
Nad jeziorem przelatują białe mewy.
Jesień, kolejna jesień tez wkrótce dobiegnie końca. Wiatr ciemne chmury goni po niebie. Suche liście tańczą na trawniku. Wznoszą się i opadają, by po chwili znów zawirować w powietrzu. Aż dziw, że już niedługo będzie Thankgiving, amerykańskie święto dziękczynienia. Jak ten czas pędzi.
* * *
Dopiero, jak mi się wydaje, był początek jesieni.
Dla mnie to czas smażenia powideł. Tradycyjny, domowy rytuał.
Upływał czas, zmieniały sie miejsca, w którym byl nasz rodzinny dom, ale ten zwyczaj pozostał.
Kiedyś moja babcia uczyła swoje córki smażyć powidła w ogromnym kotle tylko do tego celu przeznaczonym. Zapach rozchodził się po okolicy i pewnie mieszał się z aromatami buchającymi z sąsiednich ogrodów. To było tam, “gdzie szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa”. Ten rytuał , i tamten dom znam tylko z opowieści rodzinnych .
Wybuchła wojna. Babcia wraz z córką i kilkorgiem wnucząt (najmłodszy chłopczyk miał cztery lata) została wpakowana do bydlęcego wagonu i wywieziona do Kazachstanu. Podzieliła los Polaków z Kresów. Na zesłaniu walczyła o przetrwanie swej rodziny.
Wyjeżdżając z wojskami Andersa zostawiła na nieludzkiej ziemi grób córki i siedmioletniej wnuczki.
Babcia wrociła po latach do Polski z wojennej tułaczki, która wiodła z Kazachstanu przez Persję ( Iran), Liban, Palestynę .
* * *
W nowym domu - na ziemiach, które nazwano odzyskanymi, niedaleko Opola zaczęliśmy nowe życie.
Pamiętam, że chodziłam z mamą na targ. Przeciskałyśmy się pomiędzy furami. Konie stały cierpliwie przeżuwając obrok, od czasu do czasu podnosiły głowy, potrząsały grzywami spoglądały na mnie swymi czarnymi, tęsknymi, mądrymi oczami.
Mama wybierała śliwki na powidła. Najlepsze były takie pomarszczone, po pierwszym, nocnym przymrozku.
Piechotą wracałyśmy do domu. Potem już wszystko pachniało śliwkami. Stały na płycie kuchennej, smażyły się wielkich rondlach i wydawało się, że słyszę ”puf, puf”…
Gorąca masa po wielu godzinach smażenia gęstniała i stawała się coraz ciemniejsza. By uzyskać właściwy kolor, gęstość i aromat, należało cierpliwie powtarzać proces smażenia przez trzy dni. I wtedy dopiero powidła byly gotowe.
Po latach zamieszkałam w dużym mieście i już na “własnym" kupowałam owoce w “Hali Targowej”.
Snułam się pomiędzy stoiskami pełnymi pachnących, czerwonych jabłek i złocistych gruszek. “Bierz kochana. Dobre, słodziutkie” - zachęcały sprzedajace. Brałam do ręki szorstkie, niepozorne ale jedyne, niepowtarzalne w smaku szare renety “takie na szarlotkę najlepsze”. Wdychałam zapach antonówek, złotych renet, niedużych szarozłotawych jabłek zwanych “koksą pomarańczową”. Oglądałam dorodne pomidory, lśniące świeżością ogórki i wspaniale kalafiory. Obok leżały patisony, wówczas nowość na warzywnym rynku, kremowo białe o niezwykłym kształcie. I wreszcie wracałam do domu. Obładowana torbami pełymi śliwek, z koszem warzyw wciskałam się do tramwaju, najczęściej wyładowanego po brzegi. Poddawałam się wstrząsom, chybotaniu, kurczowo trzymajac się uchwytu w czasie gwaltownego hamowania. Wreszcie wysiadałam z uczuciem ulgi przed swoim “blokiem”. I znowu dom pachniał powidłami.
“O śliwki smażysz” wołał od progu mój syn wracający ze szkoły. “Cala klatka schodowa pachnie powidłami”.
* * *
Od lat z mężem mieszkam w Ameryce.
Teraz kupuję śliwki w dużym sklepie otwartym 24 godziny na dobę przez siedem dni tygodnia. Nie ma tu u nas targu pod gołym niebem. Owoce popakowane, warzywa w plastykowych płaszczykach. Nie ma śliwek węgierek. Są “włoskie”. Dla mnie “substytut” tamtych, ale można się przyzwyczaić. Kupuję. Zakupy robię sprawnie. Nie dźwigam ich. Pracujący w sklepie człowiek odnosi mi je do samochodu i wkłada do bagażnika. Nie tloczę się w tramwajach bo ich tu nie ma. Nie ma… Nie ma babci, która miała tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, nie ma już mamy, która tyle mnie nauczyła.
***
Drewnianą łyżką mieszam powidła. Mają już własciwą barwę i gęstość. Nabrały takiego jak trzeba aromatu. Zdejmuję garnek z kuchni, zaczynam wkładać powidła do słoiczków. Słyszę jak z telewizora męski, ciepły głos reklamuje dżemy firmy “Smucker” “If you can taste time…If you can taste memory…” Tak. Trzeba umieć i chcieć “smakować “ czas i pamięć” myślę .
Może dlatego właśnie w moim polskim domu na amerykańskiej ziemi każdej jesieni unosi się zapach powideł ?
Ryszarda L. Pelc












