Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Chińskie impresje(1). Pierwsza lekcja....

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 8
SłabyŚwietny 

 

Chiny. Profesor Liu z Autorką

Wprowadzenie
Nie pamiętam kiedy zrodziła się myśl, by odbyć podróż do Chin. Może to było dziesięć a może piętnaście lat temu? Jednak rozmowy o takiej podróży kończyły się konkluzją "Chiny są za daleko, a podróż tam za długa i za droga". I oto latem 2002 roku jesteśmy w Chinach i nie dlatego, że Chiny się "przybliżyły". Jesteśmy, bo mój mąż przyjął zaproszenie jednego z uniwersytetów w Pekinie na wygłoszenie cyklu wykładów. Nasz ponad miesięczny pobyt obfitował w wiele różnorodnych doświadczeń i przeżyć.
A teraz kiedy będę starała się opowiedzieć o pierwszych wrażeniach z Chin wiem, że będę musiała ograniczyć się do paru szczegółów. Nie będzie to "obraz". Będzie to tylko szkic. Będzie to zaledwie wstęp do opisania "moich Chin", takich jakie je zobaczyłam i to w pierwszych dwu dniach naszego pobytu.
Impresje z miasteczko akademickiego.

 

 

Widok na -Zakazane  miasto

Pierwszą lekcję "chińskiego" odbyliśmy podczas śniadania. Towarzyszy nam Jia, młodypracownik wydziału zarządzania, na czas naszego pobytu asystent męża, Gdyby nieon, mielibyśmy poważny kłopot. Nie tylko z wyborem śniadania. Kelnerki sąmłode, sympatyczne, uśmiechnięte i życzliwe, jednakże, co raczej naturalne,posługują się wyłącznie chińskim a my, mimo szczerych chęci nie opanowaliśmytego języka. Ale jak się okaże po kilku dniach przy dobrej woli z obu stron,porozumienie okazało się możliwe. Spacer po kampusie przynosi tzw. mieszaneuczucia. Przez brudne szyby zaglądam do malutkich pokoików studenckich, wktórych ustawione są dwa rzędy piętrowych łóżek. Osiem osób stłoczonych napowierzchni ok.12 metrów kwadratowych. Nie widać tam niczego więcej pozażelaznymi łóżkami. Na rozwieszonych pod sufitem sznurkach suszy się bielizna. Wjednym pokoików zauważyłam migotliwe światełko monitora. Ktoś zostawił włączonykomputer.
Życie na kampusie zaczyna się o świcie. Na jednym z boisk grają w piłkę, nainnym starsi ludzie ćwiczą taj- czi, a nieopodal z radia dochodzi europejskamuzyka taneczna i w jej rytmie tańczy kilkanaście par. Podobno jest to jedna zpopularnych i modnych form gimnastyki. Jeszcze dalej stają przyrządygimnastyczne, na których ćwiczą starsi panowie i panie. "Gabinet odnowybiologicznej" pod gołym niebem. Dostęp wolny. Wzdłuż alei i na małychplacykach poustawiano wielkie gabloty a nich rozwieszone gazety. Przypomina mito czas "wielkich hieroglifów" z okresu Rewolucji Kulturalnej.Widziałam kroniki filmowe z lat 1966-76 i też tłumy czytających. Gazety sąwyłącznie w języku chińskim, naturalnie. Na uniwersytecie studiują też młodziludzie z wielu krajów świata, a ambicją władz uczelni jest zapraszaniewykładowców z USA, Anglii i wielu innych krajów. Można więc kupić było w kioskudzienniki w języku angielskim. "China Daily" na przykład to dobrzeredagowany dziennik, który był naszą codzienną lekturą. Na kampusie jest gwarnoi ruchliwie. Mieszka tu około dziesięciu tysięcy ludzi; studenci, pracownicydydaktyczni, emerytowani profesorowie, pracownicy obsługi wszyscy z rodzinami.Często są to rodziny wielopokoleniowe. Na terenie uniwersyteckim jest szpital,łaźnia, przychodnia, szkoły i przedszkole. Nie ma co prawda przymusu mieszkaniatam, ale uniwersytet oddaje mieszkania tanio, co przy niskich zarobkach niejest bez znaczenia. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy ktoś zostajepozbawiony pracy.

 

Chiny. HutongA wtedy nie ma dokąd iść. Istnieje możliwość wynajmu mieszkania "na mieście", ale jest to tak drogie, że prawie nikogo na to nie stać. I stąd całkowite niemal podporządkowanie się wszelkim rygorom . Nawet młodzi nie narzekają. I są zresztą pełni nadziei na poprawę swych warunków bytowania. Są ciekawi świata. Uczą się angielskiego, wiedząc i wierząc iż to otworzy im okno na inny, daleki świat. Poznałam wielu takich ludzi; biegle władających angielskim, dobrze, wszechstronnie wykształconych, pełnych nadziei na przyszłość we własnym kraju. Ale chcieliby podróżować. Najchętniej do Włoch i Ameryki (ale tak trudno o wizy do USA, dodają). Na kampusie da się żyć. Jest tu niemal wszystko co potrzebne. Są małe dość słabiutko zaopatrzone sklepiki, piekarnia, gdzie można dostać niezłe ciastka "europejskie", ogromna stołówka studencka.
Jest mały targ, na którym można kupić mięso, warzywa i owoce. Stoiska z gorącym jedzeniem zwykle otoczone przez kupujących, sprawiają wrażenie, że Chińczycy nieustannie jedzą i jedzenie jest ich obsesją. Budynki mieszkalne z wielkiej płyty są w dość opłakanym stanie. Odpadające brudne tynki, poszarpane markizy. Kraty w oknach. Nawet w tych na najwyższych piętrach .Ponure to wywołuje skojarzenia. Ładny, zielony park , łagodzi wrażenie opuszczenia i zaniedbania. Park, jest miejscem odpoczynku i miejscem , gdzie można znaleźć miejsce do nauki, stanowi niewątpliwą ozdobę tego akademickiego miasteczka. Kampus jest otoczony murem a dostać się do niego można poprzez cztery bramy wejściowe strzeżone przez policję.
Poza policją nad "ładem i porządkiem" w uniwersyteckim miasteczku czuwa też wielki kamienny Mao Tse Tung (Mao Zedong). Jest dobrotliwie, łagodnie uśmiechnięty pozdrawia wchodzących szerokim gestem wyciągniętej ręki. Jak nam mówiono jego pomniki stoją na niemal każdym uniwersyteckim kampusie.
Wystarczy jednak wyjść za bramę, przejść na drugą stronę ulicy a tam jest już McDonald. Jeden z sześćdziesięciu tego typu barów, które na przestrzeni kilku lat otwarto w Pekinie. Symbol "nowego".

Chiny. Pamiątkowe zdjęcieZamieszkaliśmy w hotelu naterenie kampusu w północno-zachodniej części miasta. Z okien naszego pokoju naIX piętrze rozlega się widok na wzgórza otaczające miasto z trzech stron. Jaksię wkrótce przekonamy, rzadki to widok, ponieważ zwykle góry są całkowiciezakryte mgłami a raczej "smogiem" wiszącym nad miastem. Ale tego dniapowietrze jakby się oczyściło i mamy okazję podziwiać zarysy wyżyny (messy)Mongolskiej.

Chiny

 

Pierwsza "wyprawa" poza kampus
DSCN3070

Rzecz jasna M cDonaldy,Burger Kingi, KFC , Taco Bell, to nie jedyne dowody zmian jakie zachodzą wchińskim pejzażu . Wystarczy oddalić się trochę od północno-zachodniejdzielnicy Haidian, gdzie mieści się kampus, a zmiany są ewidentne. Na ulicachmiasta widać wiele samochodów, (w tym tysiące taksówek) głównie niemieckiej ifrancuskiej produkcji. Pekin, w którym mieszka, niemal dwanaście milionów (ijak głosi fama około trzech milionów nielegalnych emigrantów ze wsi) jestmiastem niebywałych kontrastów, nie spotykanych w żadnym z europejskich czyamerykańskich miast. Obok wspaniałych szklanych wieżowców wybudowanych"przedwczoraj"(tempo zmian jest podobno zaskakujące), w którychmieszczą się banki, dyrekcje zagranicznych firm, eleganckie sklepy irestauracje, widać przycupnięte do ziemi, otoczone murami hutongi, pamiętającejeszcze czasy Mogołów.

Ale już pozostały tylko nieliczne, kto wie, czy jeszcze długo przetrwają.
Nie na wiele zdają się protesty mieszkańców małych domków zbudowanych ze stale,przez kolejne pokolenia "dokładanych" kolejnych "klatek".Nie pomagają nawet najbardziej drastyczne formy protestu jak popełnianiesamobójstw przez samospalenie ( a miały miejsce nawet kilka tygodni temu wlistopadzie 2003r.). Podejrzewam, iż wkrótce, mimo zapewnień i ochrony UNESCOznikną te osiedla i ich mieszkańcy zmuszeni będą do przeprowadzki. Dokąd?. Wrazz nimi znikną klatki z ptakami, wystawianymi rano przed domami. Nie zobaczy sięjuż starego człowieka przechadzającego się z klatką z kanarkiem po małejuliczce, nie będzie już drzewek za murem na mikroskopijnym podwóreczku zwanymsiheyuan. Zniknie też z pekińskiego krajobrazu fryzjer strzygący na ulicy swegoklienta i kobieta sprzedająca pierożki - jaozji w dziesiątkach odmian. Zniknązapewne też z ulic wielkiego miasta kolorowe, rowerowe riksze wożące dohutongów turystów z zachodniego świata. Riksz jest dużo, ale kto wie jak długo?Turyści zachodni uznają zwiedzanie hutongów za niezmierną wprost atrakcję.Nasza amerykańska znajoma wielokrotnie przypominała iż koniecznie trzeba jezobaczyć. Ale nie wszyscy ze zwiedzających otworzą usta ze zdumienia, niezastygną z niemym pytaniem "jak można żyć w takich warunkach". Mójmąż takie domki widywał i pamięta z dawnych częstochowskich przedmieść."To wyglądało dokładnie tak samo" twierdzi . Naturalnie "taksamo" ale z wyjątkiem tych starych kamiennych rzeźb stojących przy wejściudo bram, z wyjątkiem tych pięknie zdobionych filarów wspierających dach, nanarożniku którego ustawiono maleńkie figurynki zwierząt; lwa, tygrysa, smoka,wyobrażających dobre demony strzegące ludzkich siedlisk.

Przejeżdżając ulicamiPekinu widzi się ogromną ilość rowerzystów. Kiedy zatrzymują ich światła stopu stają w ogromnym barwnym tłumie, wielu z nich podparasolkami chroniącymi przed spiekotą słoneczną czy deszczem.Widać też liczne rowerzystki, elegancko ubrane młode kobiety noszącewysokie obcasy, niektóre w kapeluszach. A kiedy znów zapali się zielone światłoruszają jak lawiną, płyną jak rzeka. Mają swoje wydzielone miejsca na jezdni,ale trudno nie widzieć na jakie niebezpieczeństwo są narażeni w każdymmomencie.
Ruch samochodowy jest tak duży, jak niemal w każdej ze stolic świata. Natomiastzaskoczeniem było dla mnie to, iż autobusy miejskie nie były przepełnione.Zapewne zależy to od pory dnia. W Pekinie kursuje metro, czyste, nowoczesne ibezpieczne. Metrem można dojechać do wielu ważnych w mieście punktów takich jaknp. do placu Tiennamen czyli "Placu Niebiańskiego Spokoju", któryjest "duszą Chin", jak twierdzą przewodnicy. Ogromny, wybrukowanyplac, przy którym mieszczą się muzea, budynki rządowe, kolosalny pomnik Mao,chiński parlament robi ogromne wrażenie.
Kamienny, szary, nieruchomy plac ożywiają ludzie. Spacerują, zwiedzają,odpoczywają. Jest to niewątpliwie najbardziej znany plac zarówno w Chinach jaki na świecie. To tu , na tym placu, 4 czerwca 1989 doszło do brutalnegozdławienia studenckich protestów. Nie sposób o tym zapomnieć, nawet teraz, potylu latach. I kiedy patrzę na tłumy przechodniów spacerujących po Tiennamenzastanawiam się ilu z nich zna prawdę o tamtych zdarzeniach. Cenzura do dziśjest ścisła, a wiadomości dochodzą tylko takie jakie rząd chce, by dotarły.Choć dziś już nie ma ona takiej mocy, jest trochę inaczej, bo internet dotarłtakże do Chin a umiejętność korzystania z niego otwiera drogę do dużej sferywolności. Kafejki internetowe, rozsiane są szeroko, także w pobliżu Tianenmam,na który ciągle bacznie spogląda Mao a tajna i mundurowa policja pilnie bacząby nie dopuścić do "niepoprawnej" politycznej myśli bądź czynu.
Ale wydaje się, że tłumy zajęte są czym innym niż polityką. Na placu, wprzejściu podziemnym, przed bramami do Zidżin Czeng czyli "ZakazanegoMiasta" zwanego też Gugong (Muzeum pałacowe) napierają na turystę nachalnetłumy sprzedawców. Sprzedają pocztówki, piękne kolorowe albumy, ozdobnewachlarze, twarzowe kapelusze, herbatę , oferują jasne alabastrowe i zielone,jaspisowe lwy, rzeźbione z pięknego kamienia zwanego lapis lazuli tygrysy,smoki rzeźbione w hebanowym i różanym drzewie, bilety do Opery chińskiej,oferują przejażdżki rowerową bądź motorową rikszą.
Są szybcy, napastliwi. Rozpoznają natychmiast moment wahania i wtedy niewypuszczą z rąk. Rzeczy oferowane przez nich są tanie, kosztują często jednączwartą tego ile kosztują w sklepie a nierzadko jedną dziesiątą ceny jakąpodają na początku. Ale w tym tłumie handlarzy sięgnięcie po portfel oznacza,że pojawią się następni . Chińczycy wydają się mieć handel we krwi. Targowaniesię stanowi ich żywioł. Doświadczyliśmy tego nie tylko przed licznymiturystycznymi miejscami, które odwiedzaliśmy ale także w galeriach sztuki.Obraz oferowany za 8000 tysięcy juanów po kilkunastu minutach można było kupićza 1000. Tak więc pod bramami Zakazanego Miasta zwycięsko wydobędziemy siętłumu sprzedawców (często nielegalnych, warto dodać) i kiedy naszaprzewodniczka pani Szian Li, kupi bilety, wejdziemy przez ogromną bramę wczerwonym murze i staniemy na nieopisanie wielkim placu .I wtedy ogarnia nasuczucie chyba wcześniej nieznane w obliczu czegoś co zostało zbudowane przezczłowieka..

Nagle poczułam się jak pyłek, tak strasznie malutka i ogromnie zagubiona.
Poczułam jakiś nieokreślony lęk ale równocześnie i podziw dla tych, którzywpadli na pomysł stworzenia takiego symbolu wielkości i"niedostępności" władcy Państwa Środka Zastanawiające jak więc czulisię ci, którzy przybyli za ten mur ,by służyć, złożyć hołd cesarzowi bądźomawiać sprawy państwowe albo ci, którzy zasłużyli na karę i gniew? W tymmieście mieszkało pięć tysięcy ludzi. Dostojnicy państwowi, żony, konkubiny,dzieci cesarza. Pałacowy kompleks ma 9999 pokoi. Liczba jest oczywiściesymboliczna . Pamiętajmy, iż w mitologii chińskiej istnieje "dziewięćkręgów niebiańskich" o czym przekonać się można odwiedzając NiebiańskąŚwiątynię czyli Tiantian.
Tuż po wejściu na teren "Zakazanego miasta" podchodzą do mego mężajacyś ludzie z dość szczególną prośbą; pytają czy mogą się z nim sfotografować.Ta sytuacja powtórzy się też na Wielkim Chińskim Murze". "Tam teżrobiłem za niedźwiedzia" opowiada wspominając te zdarzenia. Przypuszczam,że chętni do tych zdjęć to byli jacyś turyści z odległych od Pekinu i Szanghajumiast ,dla których "biały' człowiek ciągle wydaje się egzotyczny i stanowidużą atrakcję. To były pierwsze wrażenia z Pekinu. (Beijing)

I śpiewają, i to jakśpiewają! I jakże, pisząc o Pekinie nie wspomnieć o "kaczce popekińsku", chińskiej operze i wycieczce na Wielki Mur? Jak nie opowiedziećo chińskiej kuchni, tak wyrafinowanej jak żadna inna na świecie? Jak nieopowiedzieć o ludziach życzliwych, gościnnych, serdecznych, pogodnych? Jakżepominąć historię cesarza Quinszi, który ponad dwa tysiące lat temu zjednoczyłkraj i pozostawił po sobie Wielki Mur i dzieło swego życia - grobowiec, a obokniego, postawioną na wiecznej straży wielotysięczną armię z terrakoty? Jak niespróbować przynajmniej opisać jednego najbardziej niezwykłych miejsc na ziemi,jakie udało się nam oglądać- okolic Guilin, gdzie rzeka Li płynie zakolamiwśród niezwykłych, o niepowtarzalnych formach gór ?
Ale z drugiej strony jakże "jednym tchem" opowiedzieć o kraju,rozciągającym się na obszarze blisko dziesięciu milionów kilometrówkwadratowych ( ściśle 9.627.363 km kwadratowych), o kraju w którym jak pisząantropolodzy człowiek pojawił się już 500000 lat temu, a historia pierwszejchińskiej dynastii zaczyna się około 2205 roku przed Chrystusem.

 

Tak więc c.d.n.

DSCN3071Nagle 

DSCN3074
DSCN3075

Dodaj komentarz

Regulamin komentowania w serwisie kronikarz.org.pl

  1. Redakcja serwisu kronikarz.org.pl zastrzega sobie prawo do usuwania lub moderowania komentarzy zawierających treści obraźliwe albo odbiegających od tematu komentowanej wiadomości. Decyzję o usunięciu całości lub fragmentu wpisu podejmuje Moderator i jest to decyzja nieodwołalna (więcej informacji pod Regulaminem w Forumowym ABC)

  2. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji przekazów reklamowych i linków do stron zewnętrznych.

  3. Prosimy o unikanie błędów ortograficznych oraz komentarzy pisanych w całości WIELKIMI LITERAMI.

  4. Zapytania, opinie i uwagi skierowane bezpośrednio do redakcji serwisu prosimy przesyłać na nasz adres e-mail.

  5. Redakcja zastrzega sobie prawo do blokowania użytkowników, którzy nagminnie łamią regulamin komentowania na serwisie kronikarz.org.pl.

  6. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji treści sprzecznych z prawem.

  7. Proszę pod jednym tematem podpisywać się jednym pseudonimem. Autorzy komentujący jeden artykuł za pomocą różnych nicków będą blokowani, a komentarze usuwane.

  8. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
    Redakcja nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za treść zamieszczonych na stronie komentarzy.


Kod antysapmowy
Odśwież

Jesteś tutaj: Felietony R. L. Pelc - Listy zza oceanu Chińskie impresje(1). Pierwsza lekcja....