Michał ŻÓŁTOWSKI
Wspomnienie o Stefanie JASIEŃSKIM
Słowo wstępne
W roku 2007 odebrałem telefon od nieznajomego mi mieszkańca Psar w okolicy Skierniewic, gdzie w 1938 roku spędziłem z podchorążówką w Grudziądzu przeszło 4 tygodnie. Ślad po tym pozostał w postaci przydrożnej kapliczki zbudowanej staraniem Stefana Jasieńskiego.Autor telefonu pan Marian Chmielak, dziś mieszkaniec Płocka, po przeczytaniu mojej książki udał się do Oświęcimia, by ujrzeć celę, w której przebywał Jasieński.
Źródłowa praca historyka Adama Cyry wiele mi wyjaśniła.1
Autorowi jej jestem głęboko wdzięczny za tak solidne opracowanie historii mego kolegi i Przyjaciela.
* * *
Działo się to 21 września 1937 roku, w dniu zgłoszeń kandydatów do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Zjechało nas 450. młodych ludzi w wieku od 18 do 24 lat. Podzielono nas na cztery szwadrony, liczące każdy po trzy plutony.
Zgolone „na zero” głowy, niedopasowane mundury, wysokie juchtowe buty. Poprowadzono nas na plac służący za stadion sportowy. Tam mieliśmy pokazać stan naszej fizycznej sprawności. Zaczęło się od stumetrówki, potem skoki wzwyż i w dal, w końcu rzuty ćwiczebnym granatem. Zauważyłem wtedy kolegę, który dokonał szczególnie dalekiego rzutu. Był wysokiego wzrostu, dobrze zbudowany, nazywał się Stefan Jasieński. Nawiązaliśmy rozmowę. Stefan powiedział mi, że cieszy się z powołania do wojska i do pracy fizycznej, gdyż ostatni okres życia dał mu się bardzo we znaki. Były to skomplikowane sprawy rodzinne, które go wiele kosztowały. Dowiedziałem się ponadto, że studiuje architekturę na Warszawskiej Politechnice.Tymczasem powróciliśmy do koszar gdzie ogłoszono nam szczegóły naszych przydziałów do plutonów. Zostaliśmy wcieleni do II plutonu II szwadronu, do izby na 9 podchorążych. Byliśmy bardzo powściągliwi w mówieniu o sobie, toteż dopiero po dłuższym czasie dowiedziałem się czegoś więcej o sympatycznym koledze. Rodzina jego pochodziła z Wileńszczyzny, dziadek brał udział w powstaniu w 1863 r. Zesłany, podobnie jak inni na Syberię, po odbyciu kary nie mógł wracać do ojczyzny i stracił majątek ziemski. Syn jego, ojciec Stefana ukończył studia na Politechnice w Rydze, gdzie Polacy byli przyjmowani bez zastrzeżeń. Zaangażował się tam w działalność korporacji „Arkonia”2, stawiającej członkom zadania samowychowawcze z myślą o lepszej służbie Ojczyźnie, później poszedł w ślady ojca, ale już w Warszawie w rozmowach powoływał się na wypowiedzi zasłyszane w tej korporacji. Po odzyskaniu niepodległości ojciec Stefana otrzymał stanowisko dyrektora cukrowni w Nakle, lecz słyszałem, że pełnił tę funkcję również w innych cukrowniach. W latach 1930-39, powszechnie znane było nazwisko Wandy Jasieńskiej3, siostry mego kolegi, czterokrotnej rekordzistki Polski w pchnięciu kulą. W 1932 r. widziałem ją w Poznaniu, na boisku „Warty” rzucającą oszczepem. Znały ją w tym czasie dobrze moje siostry. Miałem okazję poznać również jej przyszłego męża, Władysława Komara, jednego z czołowych lekkoatletów Litwy Kowieńskiej, studiującego w Poznaniu. Z małżeństwa tego wyrósł z czasem syn – również Władysław Komar4, który zasłynął jako mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, w 1972 r., w Monachium.Chociaż silny fizycznie, Stefan był człowiekiem bardzo wrażliwym i ciężko znosił służbę wojskową z jej wysiłkami i prostotą. Oficer rezerwy musiał się liczyć z prymitywizmem większości swoich przyszłych podkomendnych w pułku, z których większość dopiero w wojsku uczyła się czytać i pisać. Zarówno Moskwa, jak i na pozór gładki zabór austriacki, dbały o jak najniższy poziom wiejskiej ludności w Polsce. Dwuletnia służba wojskowa podnosiła ogromnie poziom cywilizacyjny młodzieży. Stefan pewno po raz pierwszy w życiu musiał wstawać o 5., a czasem o 4. godzinie, mieszkać w dziewięć osób w jednym pokoju, uczestniczyć w alarmach nocnych, trzy razy dziennie czyścić konie, znosić nudę musztry itd. Wielu moich znajomych po roku podchorążówki kawalerii brało się w karby i zaczynało poważnie traktować pracę i problemy życiowe. Obserwowałem nieraz, jak po wielogodzinnych ćwiczeniach Stefan szukał odtrutki na szarzyznę zajęć w mało ponętnej okolicy Grudziądza. Siadał przy niewielkim stole w naszej izbie i zaczynał rysować. Miał w tym kierunku wielkie zdolności; natomiast nasze zapatrywania na zadania sztuki różniły się całkowicie. Stefan szedł za myślą jednego ze swych profesorów i był zdania, że tylko powiązanie malarstwa z architekturą jest czymś sensownym. Malarstwo bez tego określał jako „sztalugowe” i uważał, że jest bez sensu. W swoich poglądach był bardzo kategoryczny i nie chciał ani trochę ustępować ze swego zdania. Innym tematem dyskusji była reforma rolna. Stefan uznawał ją jako radykalne wywłaszczenie majątków ziemskich. Na tej, bardzo złożonej, sprawie nie znał się i nie liczył z argumentami strony przeciwnej. Chcąc wyjaśnić tę sprawę dzisiejszemu czytelnikowi podam, że oprócz społecznych ważnych względów istniały też inne, np. ekonomiczne. Wielka własność rolna silnie wspomagała bilans płatniczy kraju przez wysoką klasę naszego eksportu płodów rolnych i hodowli. Ówczesny poziom produkcji małorolnych nie nadawał się na wywóz za granicę. Przyczyną tego było długoletnie utrzymywanie przez państwa zaborcze niskiego poziomu oświaty na wsi, łącznie z analfabetyzmem oraz braku umiejętności zawodowych w zakresie rolnictwa oraz wiejskiego rzemiosła. Poprawa tego stanu rzeczy wymagała zmian nie na miarę jednego pokolenia. W okresie rekruckim, trwającym trzy miesiące, życie nasze było bardzo wypełnione obowiązkami, w których mozolnie nabieraliśmy wprawy. W dodatku ciągle nas poganiano i zmuszano do pośpiechu. Jednym z problemów było słanie łóżek. Musiały być idealnie zasłane i wciąż kontrolowane. Stefan był mistrzem w utrzymaniu łóżka tak, aby było równo zasłane. W swojej szafce przy łóżku utrzymywał idealny porządek.
Był w ogóle człowiekiem nadzwyczaj skromnym. Nie chciał nigdy zwracać na siebie uwagi, a jednak mógł zaimponować swoją formą fizyczną. Widziałem go kiedyś czekającego przy ścianie koszar. By nie tracić czasu, ćwiczył stanie na rękach z nogami wyprostowanymi w górę, jak gdyby nigdy nic. Kiedyś urządzono nam forsowną gimnastykę z oficerem wyróżniającym się w tej specjalności. Ustawił „kozioł gimnastyczny” bardzo wysoko i kazał przez niego skakać. Stale go podwyższał, w końcu „kozioł” sięgał prawie do brody. Wśród 180 ćwiczących tylko jeden czy dwóch dało temu radę, wśród nich Stefan.
Przechodziliśmy szkolenie w zakresie dawania rozkazów: „jaki rozkaz – takie wykonanie”. Stefan, tak silny i sprawny, nie mógł się zmusić do głośnego, stanowczego dawania rozkazów. To była jedna z przyczyn niechęci do niego naszego dowódcy plutonu.
Jesień była ciepła i często na dworze czyściliśmy konie, przywiązane do metalowej bariery, tak zwanego „koniowiązu”. Razu pewnego sąsiadujący koń „Smyk” wpadł w zły humor, wyciągnął się na długość łańcucha w stronę Stefana i wygryzł mu skalp na czole z garścią włosów. Krew buchnęła obficie, ale Stefan spokojnie ściągnął koszulę i przytrzymywał nią ranę. Chustka nie byłaby wystarczyła. W pełni opanowany wciągnął mundur i poprosił, abym powtórzył dowódcy, że idzie do sanitariusza. Wrócił z głową tak mocno zabandażowaną, że nie mógł włożyć czapki, a oficerowie dowcipkowali, że mają
w swych szeregach Turka w turbanie. Wkrótce jednak wszystko się zagoiło i została tylko blizna.
W grudziądzkiej podchorążówce przysługiwały nam, „ułanom z cenzusem”, dość długie urlopy na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Zaskoczyło mnie, gdy po powrocie zastałem Stefana w doskonałej formie, gdyż spędził czas wolny na nartach w Tatrach.
Mieliśmy w naszej izbie kolegę Austriaka, księcia von Hohenlohe, który miał dziedziczyć wielki majątek po stryju w Polsce. Był wysoki, muskularny i bardzo wysportowany. Opowiadał nieraz o rozgrywanych przez niego meczach tenisowych. Wielkanocny urlop obaj ze Stefanem spędzali w Warszawie. Stefan uchodził za doskonałego tenisistę, ale nie brał udziału w meczach. To wymagało wiele czasu i stałej troski o formę fizyczną, on zaś miał studia i „Arkonię”. Z ciekawości jednak poszedł popatrzeć na grę Aleksandra i tak mi potem o tym opowiadał: „Wiesz, trochę się na nim zawiodłem, myślę, że nie ustępuje mu pod względem poziomu”. Jasieński stawiał sobie na pierwszym miejscu pracę w „Arkonii” i kończenie trudnych studiów.
Od początku naszej służby trzymano nas bardzo krótko i nikt nie mógł korzystać z przepustek do miasta. Po świętach Bożego Narodzenia zaczął się okres studiów: wykłady, poznawanie regulaminów itp. Rozluźniło się dopiero w marcu. Zarządzono pokaz władania szablą przez „cięcie łóz”. W pełnym galopie trzeba było ścinać grube łoziny, jakie rosną nad rzekami. Na ten pokaz przybył sam dowódca całego Centrum Kawalerii – pułkownik Smoleński. I to on właśnie uznał za najlepszego w tej konkurencji Stefana Jasieńskiego. Ścinał łozy bardzo celnie i z wielką siłą. Był jednak człowiekiem o delikatnych nerwach. Gdy, dużo później, urządzono w plutonach podobne zawody „rąbania”, Stefan czuł się w gorszej formie i nie zajął nawet punktowanego miejsca.
W maju przechodziliśmy różne próby, których wyniki miały zadecydować o awansowaniu nas ze „starszych ułanów” na kaprali. Stefan naraził się czymś się naszemu dowódcy plutonu, porucznikowi „S”. Ten zadecydował, że nie poda go do awansu. Byliśmy wstrząśnięci i poszliśmy prosić rotmistrza Lewandowicza, dowódcę szwadronu o interwencję. Powoływaliśmy się na zdanie zastępcy dowódcy, plutonowego Kowalewskiego, który poparł naszą prośbę. Rotmistrz wyjaśnił, że ten argument raczej sprawie szkodzi, gdyż powoduje kontrowersję między oficerami, a podoficerami i odmówił.
Z początkiem czerwca cała nasza szkoła wyjechała na sześć tygodni do wsi Psary, w sąsiedztwie poligonu Raducza koło Skierniewic. Piękna wieś położona wśród sadów, zakwaterowanie w wiejskich zagrodach, spanie na ziemi w pustej stodole, a obok żujące obrok nasze konie. Wszystko to przyjmowaliśmy jako wyzwolenie z koszar ogrodzonych wysokimi murami. Nastroje mieliśmy doskonałe, ale Stefan ciężko przeżywał fakt, że nie został uznany za godnego przyznania mu stopnia kaprala podchorążego.
Tymczasem ktoś z naszego szwadronu rzucił myśl, byśmy uwiecznili nasz pobyt w tej gościnnej wsi przez postawienie kapliczki z figurą Matki Bożej przy głównej drodze. Zaprojektowanie i nadzór przy wykonaniu zlecono Jasieńskiemu, który oddał się z zapałem realizacji tego pomysłu. Wśród wielu swoich szkiców wybrał w końcu jeden – kapliczka miała wyglądać jak łódź stojąca dziobem w górę. Zapał podchorążych i radość mieszkańców Psar sprawiły, że roboty poszły szybko i wszystko się uroczyście zakończyło. Kapliczka ta, wielokrotnie odnawiana, przetrzymała wojnę i stoi do dzisiaj. Tak powstało jedyne dzieło architektoniczne Stefana Jasieńskiego.
W połowie lipca 1938 r. zakończyło się nasze szkolenie kawaleryjskie i otrzymaliśmy przydziały do pułków. Stefan został skierowany do 1. Pułku Strzelców Konnych z siedzibą
w Garwolinie.
*** *** ***
W pułku tym jeszcze w 1938 r. szybko poznano się na jego wartościach i prędko awansował. Spotkaliśmy się w jesieni tegoż roku, w Warszawie, gdy odwiedziłem go w jego mieszkaniu. Podziwiałem tam estetykę i gust nawet w najmniejszych szczegółach. Stefan opowiedział mi wtedy, że dopiero co wziął udział w tradycyjnym kawaleryjskim biegu konnym św. Huberta w dniu 3. listopada. Zastałem mego przyjaciela przy pracy nad ogromnymi, ślicznie wykonanymi rysunkami architektonicznymi. Przygotowywał swoją pracę dyplomową, której jednak nie wykończył z powodu wybuchu Drugiej wojny światowej.
Pułk jego został wówczas wcielony do Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej, on zaś mianowany dowódcą pocztu w plutonie motocyklistów. Pułk po ciężkich walkach, w których Stefan został ranny, skapitulował pod Tomaszowem Lubelskim.
Barwne były dalsze losy podchorążego Jasieńskiego. Wkrótce udał się przez Węgry do Francji i w początku października został wcielony do tworzącej się tam armii generała Władysława Sikorskiego, do 10. Pułku Strzelców Konnych. Brał udział w nieszczęsnej francuskiej kampanii 1940 r. i przyszło mu ponownie przeżyć gorycz klęski. Już jednak w dziesięć dni później dostał się drogą morską do Anglii. Tutaj został włączony do Brygady Kawalerii Pancernej pod wodzą generała Stanisława Maczka. Polskie wojsko formowało się wtedy w Szkocji. Zachowało się zdjęcie z uroczystej prezentacji polskiej formacji parze królewskiej: Jerzemu VI i Królowej Elżbiecie w dniu 7 marca 1941 r. Widać na nim chorążego Jasieńskiego, jak skłania przed nimi polski sztandar.
W tym samym roku, 11 listopada aspirant Jasieński otrzymał promocję oficerską. W wojsku angielskim aspirant był wyższym stopniem od podchorążego. W maju tegoż roku został przyjęty na bardzo ekskluzywny kurs skoczków spadochronowych, tak zwanych „Cichociemnych”. Szczególna ta formacja zachowywała o wszystkim ścisłą tajemnicę.
Program szkolenia był starannie przemyślany i opracowany. Obejmował takie dziedziny walki, jak prowadzenie dywersji i sabotażu, kurs oficerów sztabowych, ogólną znajomość lotnictwa i łączności. Wymagał osiągnięcia wysokiego stopnia sprawności fizycznej
w zakresie lekkoatletyki, więc biegów i skoków, ponadto umiejętności szybkiego strzelania z dwóch pistoletów naraz, w walce nożem, boksie oraz jujitsu5.
Nic dziwnego, że przy tak „wyśrubowanym” programie odsiew kandydatów był ogromny. Nie każdy mógł temu sprostać. Na końcu kursu kandydaci składali długą i piękną przysięgę, kładąc rękę na Krzyż. Szkolenie zakończyło się w grudniu 1942 r., a dopiero
w połowie marca 1943 r. rozpoczęły się pierwsze zrzuty absolwentów do Polski.
Dwudziestu Cichociemnych w pięciu samolotach bojowych typu Halifax wyruszyło do kraju. Każdy przelot zawierał w sobie duży stopień ryzyka, toteż kierowano się najpierw do Szwecji i dopiero stamtąd do Danii. Tam Niemcy nagromadzili największą ilość artylerii przeciwlotniczej, toteż stosowano lot „koszący”, nisko nad ziemią i w nocy. Lądowanie nastąpiło w okolicach Częstochowy i odbyło się szczęśliwie. Na wszelki wypadek czekał na skoczków uzbrojony w broń maszynową oddział AK, lecz okazał się niepotrzebny.
Dalszy etap stanowiło poznawanie zmian zaszłych w kraju w ciągu paru lat okupacji i przystosowanie się do panujących w Polsce stosunków. Oficerowie zostali skierowani do Warszawy, by tam się tego uczyć. Ważną rolę spełniała dla nich tutaj krewna Jasieńskiego, która występowała wszędzie jako „ciocia”. To był dobry kryptonim do ewentualnej korespondencji. „Ciocią” wzięła na siebie trudne i niebezpieczne zadania. Oswajała cichociemnych z współczesnym życiem stolicy w razie potrzeby podtrzymywała na duchu, albo ostrzegała przed szaleńczymi pomysłami. W kwietniu nastąpił okres przydzielania poszczególnym oficerom zadań do wykonania. Jasieński, kończąc kurs w Anglii wybrał sobie „działania wywiadowcze”, teraz więc został skierowany w rejon Wilna z zadaniem przekazywania do sztabu aliantów stanu rozmieszczenia wojsk niemieckich. Występował pod pseudonimem „Janusz Kręcki”. Po pewnym czasie tak się w tym rejonie sytuacja pogorszyła, że Stefan razem z drugim kolegą cichociemnym musieli w pośpiechu uchodzić.
Teraz zaczął się zupełnie inny okres działalności Jasieńskiego. Otrzymał od Naczelnego Wodza – Tadeusza Bór-Komorowskiego listowne polecenie udania się w okolice Oświęcimia ze szczególnym zadaniem do spełnienia. Miał rozeznać, jakie stanowisko winno przyjąć dowództwo w chwili, gdy Niemcy cofają się i zechcą zatrzeć ślady popełnianych przez siebie zbrodni i wymordują wszystkich więźniów obozu – jako najbardziej wiarygodnych tego świadków.
Nasuwały się też inne rozwiązania. Jednym z nich było dokonanie silnego zrzutu spadochronowego z dostarczeniem broni dla więźniów. Byłoby można pokonać załogę SS-manów i zwolnić wszystkich więźniów. Ta ewentualność kryła jednak w sobie różne niebezpieczeństwa, bo jak można było zapewnić ubrania cywilne i środki utrzymania dla stu tysięcy ludzi. Łatwo było Niemcom ich odszukać i wymordować. Rejon Oświęcimia był otoczony znacznymi siłami niemieckimi, przewyższającymi wszystkie, którymi dysponowało tamtejsze AK.
Bór-Komorowski nie chciał narzucać swego zdania, prosił raczej o wyrażenie opinii i znalezienie najlepszego rozwiązania. Dał to wyraźnie do zrozumienia w swym liście do Jasieńskiego, który wówczas zmienił kryptonim na „Urban”.
Okolice Oświęcimia naszpikowane były konfidentami wszelkiego rodzaju, a „ppor. Urban” chciał przed powzięciem decyzji dobrze rozpatrzeć nieznany mu teren, nowych ludzi i pracujące tu organizacje wolnościowe. Istniała przede wszystkim „Wojskowa Rada Obozu”, sprawnie działająca. Jej dobrą stronę stanowiła zgodność we współpracy trzech najważniejszych ugrupowań: PPS – BCh – AK. Współdziałał z nią, lecz niezależnie od niej, Przyobozowy Ruch Oporu. Główne role pełnili oczywiście kierownicy wcześniej wyłonionych organizacji. Wszystko to miało różne powiązania, co utrudniało porozumienie. Oficjalnym przełożonym „Urbana” był mjr Zygmunt Walter-Janke. Nie należy przypuszczać, że z kierownikami wszystkich ugrupowań udawało się „Urbanowi” dogadać, np. z por. Janem Wawrzyczkiem ps. „Marusia” – kierownikiem Obwodu Oświęcimskiego, mimo długiej rozmowy, nie doszło do porozumienia.
Jako miejsce do zamieszkania mjr. Walter-Janke wyznaczył „Urbanowi” teren trzech wiosek. Były to: Osiek, Kańczuga i Malec. „Urban” występował tam jako przybyły z Warszawy adwokat i kilkakrotnie zmieniał miejsce pobytu. Mieszkał u różnych ludzi i np. przez pewien czas przebywał u miejscowego kowala, śpiąc w jednym pokoju z jego synami. Obserwowano go pilnie, przypuszczano, że należy do „cichociemnych”, lecz nie było na to dowodów. Czasami objeżdżał rowerem okolicę, lecz w niektórych miejscach np. na mostku na rzece Sole, zatrzymał się dłużej, coś szkicował i notował. Wieczorami spędzał długie godziny na opracowywaniu odpowiedzi na bogatą korespondencję, którą mu przysyłano. Rozsyłał później pisma przez łączniczki z kilku miejscowych ugrupowań.
Czasy były wciąż niebezpieczne. Kręcił się w okolicy niejaki Szypuła, podający się za uciekiniera z obozu zbierający chciwie informacje. Wywiad AK rozpoznał w nim szpiega i zlikwidowano go.
W dniu 3 października 1944 roku, Upadło Powstanie Warszawskie w Krakowie zaś zginął dowódca Okręgu AK, Stanisław Rostworowski „Odra” i jego zastępca. Plany odbicia Oświęcimia wydawały się coraz bardziej nierealne. Tymczasem ppor. „Urban” zdobył sobie dobrą opinię jako człowiek rzetelny, słowny i cenny w pracy konspiracyjnej. W robieniu planów odznaczał się ostrożnością, uważał, że nie nadeszła chwila, aby marzyć o wyzwoleniu oświęcimskiego obozu.
W lecie 1944 r. dotarł do rąk polskiej konspiracji „plan Molla”, Hauptscharfürera6 w Oświęcimiu, który z wielką dokładnością przedstawił opracowanie całkowitego zniszczenia wszystkiego, co mogłoby świadczyć o popełnianych tam zbrodniach. Nic w ogóle nie miało tam pozostać. Działalność polskiej konspiracji podważała wagę i sens tego projektu.
Wypadki toczyły się szybko w nieprzewidzianym kierunku. Szef łączności obwodu Batalionów Chłopskich – Karol Petkowski otrzymał wiadomość, że niemieccy SS-mani przygotowują w dniu 28 września zrobienie obławy w terenie przyobozowym, by wyłapać wszystkich członków Ruchu Oporu. We wsi Kańczuga pewien Austriak miał posiadłość ziemską. Sam z rodziną przebywał w Wiedniu, miał jednak na miejscu zarządcę współpracującego z Niemcami. Pokojówka jego podsłuchała telefoniczną rozmowę zarządcy z kimś z Gestapo i dała znać o tym Petkowskiemu. W stanie tego zagrożenia zarządził on, by o 9. wieczór wszyscy członkowie konspiracji zebrali się na pagórku otoczonym lasem, z dobrze widoczną z dala białą kapliczką. Petkowski wybrał się tam nieco wcześniej i ujrzał nagle na pagórku niemieckich żołnierzy. Zboczył z drogi lecąc pędem w stronę lasu i usłyszał salwę pocisków, jaką za nim puszczono. Mimo to dobiegł szczęśliwie do pierwszych drzew lasu. Dotarł do Krakowa, lecz do rejonu Oświęcimia nie mógł już wrócić.
Scena, która się później rozegrała, została barwnie opisana w relacji Kazimierza Pawia, który szedł jako przewodnik nieco przed „Urbanem”. (cyt. z okładki na końcu książki Adama Cyry):
„Noc była jasna, księżycowa. Po przejściu około trzystu metrów byliśmy obok dworu Oskara Haempla w Malcu, skąd mieliśmy iść wąwozem do kapliczki, która stała na wzgórzu niedaleko lasu. Tam mieliśmy się spotkać z Karolem Petkowskim (...). Kiedy byliśmy w wąwozie, z ziemi podniosła się nagle jakaś postać. Odruchowo zapytałem 'Czy to ty, Karolu?' - myśląc, że to czekający na nas Petkowski. W tej chwili zobaczyłem następną postać i rozległ się kilkakrotnie okrzyk: 'Halt!'. Błyskawicznie rzuciłem się do ucieczki w kierunku rosnących obok wąwozu krzewów i zarośli. Strzały były niecelne. Od serii kul czułem jedynie sypiące się na mnie liście
i drzazgi zdarte z rosnących drzew. Idący za mną w odległości kilku metrów ppor. „Urban”, nie znając dobrze terenu, wybrał niekorzystny dla siebie kierunek ucieczki. Biegł z powrotem wąwozem w kierunku zabudowań dworskich, które poprzednio mijaliśmy. Wysoki mężczyzna, w świetle księżyca, był bardzo dobrze widoczny. W czasie ucieczki ppor. „Urban” został ranny”.
Dostał kulę w brzuch i w nogę. Pędził dalej około 200 metrów, lecz ciągle przytomny, odrzucił pistolet i notatki oraz mapy daleko od siebie, ale w końcu padł nieprzytomny.
Zabrano go do obozu i umieszczono w osobnej celi. Lekarz i pielęgniarz należeli do konspiracji i wiedzieli, co mają robić. Podali przeto suchą informację, że przywieziono im jakiegoś rannego cywila, którego stan jest bardzo poważny i nie pozwala na żadne przesłuchania. Stosując odpowiednie zastrzyki, przez parę dni udało się utrzymać „Urbana” w stanie utraty przytomności. Nie można się jednak dziwić, że dowództwo Ruchu Oporu w Oświęcimiu przeżyło chwile ogromnego napięcia, graniczącego z paniką. Wiedziało, że przy rannym znajdowały się liczne dane o obozowej organizacji w Oświęcimiu, łącznie z najwyższym dowódcą „Rotem” – Józefem Cyrankiewiczem.
Jak bardzo były te chwile dramatyczne, świadczy list Edwarda Halonia, brata jednego z członków konspiracji, w którym proponował „likwidację” „Urbana”, w obawie, że może przy przesłuchaniach doprowadzić do dekonspiracji. Na szczęście do tego nie doszło i to
z kilku względów. Wiadomo było, że Urban został już przesłuchiwany i doniesiono, że wprawdzie znał on organizację wojskową obozu, lecz wyłącznie pseudonimy – bez nazwisk. To spowodowało pewne uspokojenie umysłów.
Przeniesienie Jasieńskiego do innej celi i w lepsze warunki miało dodatnie skutki. Cela posiadała pryczę i małe okienko, nisko nad ziemią, pozwalające na porozumiewanie się z więźniem. Tą drogą podsuwano mu myśli, jak należy postępować. „Urban” więc nie miał zaprzeczać, że znaleziono przy nim plan obozu ze stanowiskami SS-manów, lecz utrzymywać, że podrzucił mu to jakiś więzień, który uciekł z obozu i podawał jego nazwisko.
Radykalną zmianę przyniosło przesłane do Krakowa polecenie Cyrankiewicza, by natychmiast „iskrówką” przekazać do Polskiego Rządu w Londynie wiadomość o aresztowaniu „Urbana”. W następstwie tego radio BBC podało komunikat o następującej treści: - „Stefan Jasieński jest oficerem angielskiej armii Jego Królewskiej Mości. Każda wyrządzona mu krzywda pociągnie za sobą odwet na niemieckich oficerach w niewoli brytyjskiej. Ppor. Jasieński dopiero niedawno został zrzucony do Polski, a znalezione przy nim dokumenty otrzymał od jakiegoś cywila, który był jego łącznikiem”.
Tym sposobem zostało wyjawione prawdziwe nazwisko Stefana i sytuacja zmieniła się. Wiadomość o aresztowaniu już 29 września rozesłano do partyzantów w Ruchu Przyobozowym i do Krakowa. Informowano, że w niemieckie ręce trafiły dane o próbach przygotowania samoobrony więźniów w razie, gdyby Niemcy mieli przeprowadzić zagładę Oświęcimskiego obozu. Wywołało to wielkie dodatnie wrażenie w różnych kołach tajnych organizacji. Cieszyła wszystkich myśl, że ktoś o nich pamięta.
Panika wśród Żydów zatrudnionych w Działach przymusowej pracy, a zwłaszcza wśród Żydówek, spowodowała nieoczekiwanie wybuchu ich powstania. Oczywiście zakończyło się nadzwyczaj krwawo, lecz dzięki gromadzonym przez Żydówki materiałom wybuchowym doprowadziło do wysadzenia w powietrze krematorium Nr 4 w Brzezince.
Za granicą wiadomość o tym, co się stało w Oświęcimiu w dniu 28 września ogłosiło radio angielskie w kilku językach. Podawało też, że za próby zagłady więźniów w Obozie uczyni odpowiedzialnymi SS-manów.
Te zdarzenia przyczyniły się do utrzymania przy życiu „Urbana” jeszcze przez parę miesięcy. Dzięki umiejętnej grze została utajniona jego znajomość organizacji wojskowej wewnątrz Obozu i powiązań jakie istniały pomiędzy nią a dowództwem okręgów AK
w Katowicach i Krakowie.
Ponieważ ogólna sytuacja wojenna stale się pogarszała, Niemcy starali się, gdzie mogli, zacierać ślady popełnianych zbrodni. W tym celu ewakuowano urzędy, a spośród więźniów Oświęcimia szły stale transporty do innych obozów koncentracyjnych. Skorzystał z tego „Urban”, by namówić lekarza i sanitariusza, by włączyli się do takiego transportu i ukryli wszystko o czym jeszcze w jego sprawie mogli świadczyć. To faktycznie się udało.
Jednym z ostatnich dokumentów o „Urbanie” jest jego spotkanie z wikarym Oświęcimia – ks. Władysławem Grobs de Rosenberg. Doszło do tego, gdy kiedyś obaj czekali na przesłuchanie, Stefan Jasieński skorzystał z tego i poprosił o spowiedź.
Ostatnim śladem przemyślności „Urbana”, z jaką składał zeznania, było spowodowanie niejasności w niemieckim „Wydziale Politycznym” Obozu jest zachowane pismo tegoż Wydziału z 18 listopada 1944 r. Autor chcąc wnieść więcej światła w znajomość organizacji Wojskowej Oświęcimia pisze:
- „Dowódcą Wojskowej Rady Oświęcimia jest niejaki „Rot”. Do tej pory nie udało nam się go zidentyfikować. Wiemy, że sporządza on sprawozdania z sytuacji w Obozie, które przekazuje do Dowództwa Okręgu AK, przez niejakiego „Urbana”. Natomiast sprawy ucieczki więźniów oraz opieki nad zbiegłymi pełni w Krakowie organizacja „Bojówka”. Obecnie zajmujemy się właśnie rozpracowaniem tej kwestii. Wiadomości nasze o tym ruchu pochodzą z notatek znalezionych przy „Urbanie”.
Dalsze odkrycia SS-manów powstrzymała pogarszająca się sytuacja wojenna. Na Dolnym Śląsku toczyły się ostre walki z Armią Radziecką, a o nastrojach wśród Niemców świadczyła intensywna ewakuacja urzędów. Niemniej oswobodzenie Oświęcimia przez Sowiety nastąpiło dopiero po 27 stycznia 1945 r.
Kończąc to krótkie wspomnienie o Stefanie Jasieńskim wspomnę o wizycie w Oświęcimiu w dwadzieścia lat po jego śmierci koleżanki ze studiów – Zofii Sroczyńskiej z mężem, Romanem i o dokonanym przez nich odkryciu. Pani Zofia znała dobrze Stefana i jego psychikę, toteż oglądając kolejne cele, w których przebywał, dopatrzyła się niezauważonego dotąd śladu jego zamiłowań artystycznych. W jednej z cel, na drzwiach od wewnątrz, widniał zrobiony węglem lub ołówkiem symboliczny skrót historii jego życia. Rysunek ten utrzymał się po dziś dzień i jest bardzo ciekawy.
Widzimy więc najpierw herb rodu Jasieńskich – „Dołęga”, dalej rysunki z okresu studiów średnich i wyższych, odznakę Korporacji „Arkonia” – kielnia i cyrkiel, buty kawaleryjskie z ostrogami, motocykl z 1. Pułku Strzelców Konnych, ślad w służbie 10. Pułku Zmotoryzowanych Strzelców Konnych w Anglii i zrzut spadochronowy.
W innej celi i inną techniką oglądać można wyrytą postać Chrystusa Ukrzyżowanego, w drugiej zaś Jezusa Miłosiernego oraz Matki Bożej.
W ostatniej celi, w której „Urban” przebywał, zachowały się oznaczone kropkami tygodnie, w których tam przebywał.
Ostatni zapis urywa się w pierwszej dekadzie stycznia, między datami 4. i 7. stycznia 1945 roku.
Nie znamy okoliczności, w jakich poniósł śmierć.
*** *** ***
Michał Żółtowski uhonorowany Medalem Brata Alberta
Dnia 21 lutego 2000 roku odznaczono Michała z Lasek Medalem Brata Alberta za 50-letnią pracę w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach oraz za ofiarowanie odzyskiwanych praw do majątku ziemskiego na rzecz Fundacji.
Fundacja im. Brata Alberta powstała 11 lat temu. Zainicjowali ją Stanisław Pruszyński i Zofia Tetelowska, która przekazała swój majątek w Radwanowicach na rzecz Fundacji. W 2000 roku organizacja ta skupia 18 ośrodków zajmujących się upośledzonymi umysłowo. Część tych osób przebywaw ośrodkach na stałe, część bierze udział w dziennych zajęciach terapeutycznych.
Mało kto z nas tak naprawdę zna działalność Michała z Lasek. Spotykamy go na Zjazdach. Lubimy z nim przebywać. Dzieci go uwielbiają. Dla każdego ma dobre słowo. Jednocześnie wyraźnie precyzuje swoje poglądy i tak "jakoś się dzieje", że go słuchamy. Otaczamy szacunkiem. Chciałabym w tym miejscu przytoczyć kilka faktów z życia Michała, o których dowiedziałam się z gazet.
Michał urodził się w Lozannie, gdzie jego ojciec Jan podpisywał w imieniu Polski traktat wersalski. Ukończył gimnazjum w Poznaniu, a studia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.
Brat udział w kampanii wrześniowej w 15 Pułku Ułanów (wkrótce opublikujemy jego pamiętniki z tego okresu) i dostał się do niewoli sowieckiej. Lata okupacji spędził w rodzinnym majątku ziemskim w Lubartowskiem oraz w roli rządcy w majątku Minoga w powiecie miechowskim.
Po wojnie wstąpił do krakowskiego seminarium duchownego. Z powodu nasilających się bólów głowy i choroby oczu opuścił seminarium. Pracował w gospodarstwie rolnym pod Olsztynem, a we Fromborku w Towarzystwie Salezjańskim, potem zaś przeniósł się do Lasek pod Warszawą. I tam osiadł na stałe, oddając ośrodkowi dla niewidomych wszystkie siły. Był wychowawcą, prowadził zajęcia z robót ręcznych, nadzorował różne warsztaty, m.in. metalowy, drzewny, dziewiarski, szczotkarski i montażowy. Uczył i wychowywał niewidomych. Pisał o swoich doświadczeniach i problemach osób niepełnosprawnych w wielu artykułach, zamieszczanych przeważnie w publikacjach fachowych. Kilkakrotnie brał udział w międzynarodowych kongresach poświęconych niewidomym. Był zastępcą dyrektora w szkole podstawowej, a gdy było potrzeba, prezesem miejscowej straży pożarnej.
Napisał kilka książek, ale dwie najważniejsze poświęcił Ludziom Lasek - Matce Czackiej i Henrykowi Ruszczycowi. Tarcza Rolanda opowiada o zorganizowanej pomocy ziemian Armii Krajowej i jest książką tzw. unikatową. Opisuje wydarzenia, o których kazano zapomnieć, postacie heroiczne, które zostały wymazane z pamięci społeczeństwa. Michał tę pamięć przywrócił.
Jeden z wyróżnionych Medalem Brata Alberta powiedział, że to odznaczenie jest cenniejsze niż dziesięć Oskarów, ponieważ ukrywa się pod nim miłość skierowana ku ludziom najbiedniejszym i najsłabszym, a "miłości wystarczy, że jest". *
*Tekst zaczerpnięty ze strony internetowej Związku Rodu Żółtowskich :
http://www.zoltowscy.org.pl/kwartalnik/23/michal_uhonorowany_medalem.html












