(...)Z perspektywy tych minionych lat widzę, że „Kultura" oddziaływała na mnie, Białorusina, zgoła inaczej, aniżeli na moich kolegów, Polaków. Przede wszystkim uderzała śmiałością osądów, co w środowisku białoruskim, do szpiku kości chłopskim, uchodziło za awanturnictwo. Chłop - ze swej natury - bał się władzy, żywiąc do niej jednocześnie strachliwy szacunek, jak również przekonanie o jej zwierzchniej mądrości. Jedyna krytyka jaka istniała w owych czasach, zależna była od rytmu sezonów politycznych i miała nieodmiennie spowiedniczy charakter, czyli dokonywała się w tonacji miłej ludowemu sercu samokrytyki. Wyznawano błędy, poprzysięgając zarazem solenną poprawę.
W takiej aurze czytanie „Kultury" nosiło znamiona lektury czegoś wysoce nieprzyzwoitego. Dawało się o niej pogwarzyć dosłownie z paroma przyjaciółmi. Z nich wszakże ani jeden nie poprosił o wypożyczenie tekstu do domu, by głębiej zastanowić się nad jego treścią. Otóż to, nie było lektur, jeno rozmówki. Dobre i to - miałem o czym porozmawiać i choć na krótko doznać satysfakcji uczestniczenia w innym myśleniu.
„Kultura" Jerzego Giedroycia najsilniej ujęła mnie docenieniem problematyki białoruskiej, w owym czasie ostentacyjnie lekceważonej. Jeśli zwierzam się czasami, że proces dojrzewania mojej białoruskiej świadomości narodowej, w znacznym stopniu zawdzięczam Polakom, to stale mam na myśli krąg czytelniczy paryskiej „Kultury", który na dobre zaczął się wyłaniać przede mną zaledwie u schyłku PRL-u. Chętnie uległem namowom pisywania do polskiej prasy podziemnej, drugoobiegowej. Zawiązywały się nowe kontakty i koneksje, postępowało wychodzenie z zaścianka w świat. Nie byłoby to możliwe bez uprzednich lektur „Kultury", przebudowujących moją świadomość, przełamujących jednostronność postrzegania przeze mnie Polaków, innych od prowincjonalnych klerykałów nie wysuwających nosa poza własną parafię, otwartych na spotkanie ze mną, Białorusinem, innym.
Jerzy Giedroyc cenił marszałka Piłsudskiego i - jak on - nie znosił endecji, jej narodowego egoizmu, który w przypadku każdego narodu prowadzi do katastrofy. „Bez niepodległych Ukrainy, Litwy i Białorusi niemożliwa jest niepodległość Polski" - oto co dobiegało mych uszu z kart „Kultury". Ja uświadamiałem sobie także odwrotną zależność - bez polskiego poparcia nic nie wyjdzie z białoruskiego wybijania się na niezawisłość. Trudno sobie wyobrazić większą zbieżność interesów - bez was nie ma nas, tak jak bez nas nie ma was. Coraz wyraziściej zdając sobie z tego sprawę, popadłem w nieustający do dziś konflikt z otoczeniem. Wina leży po obu stronach, czyli w dominacji zwalczających się nacjonalizmów. Niestety, trzeba nieprzeciętnie długiego życia naszych moralnych autorytetów, aby ich postawy przyniosły wymierne rezultaty. Jerzy Giedroyc żył dziewięćdziesiąt cztery lata.
Ucząc się od Redaktora politycznego myślenia, pojąłem moc oddziaływania słowa drukowanego, celnej publicystyki, koniecznie niebędącej na usługach propagandy. Uzmysłowiłem sobie różnicę między myślą wypowiedzianą a myślą opublikowaną. Czasami śmieszyła mnie hałaśliwa reakcja partyjnych władców Polski Ludowej na ukazywanie się „Kultury", przecież niskonakładowej w porównaniu z peerelowskimi periodykami, i w dodatku wydawanej gdzieś pod Paryżem, skąd przenikały kontrabandą nie tak liczne egzemplarze. Było to jednak słowo drukowane, a więc takie, po które można było sięgnąć dowolną ilość razy, powrócić, przeczytać raz jeszcze, dać innym.
Reżymowcy denerwowali się przede wszystkim istnieniem odmiennych myśli utrwalanych drukiem poza ich kontrolą. Wpływami mniej się martwili, doskonale wiedząc, że ani klasa robotnicza, ani chłopstwo pracujące, nie zaczytywałyby się tym grubym czasopismem, gdyby nawet dozwolono na popularną jego sprzedaż w kioskach z gazetami i papierosami czy w sklepach spożywczych. Inteligencja zaś łatwo dawała się uzależnić, gdyż w tym słowiańskim socjalizmie była ona inteligencją pracującą, czyli „wiszącą u klamki". Tymczasem „Kultura" pulsowała w rytmie miesięcznika, docierała do odległych miejsc na prowincji i ta jej żywotność musiała wkurzać władze.
O tym, jak Jerzy Giedroyc nie znosił pokazowych gestów oraz wszelkiej bohaterszczyzny, świadczy jego stosunek do prezydenta Łukaszenki. Posiadając wystarczającą wiedzę o Białorusi, uważał, że należy wykorzystać możliwości, które już tam istnieją. Zaczęły się zatem pojawiać w Mińsku białoruskie przekłady z „Kultury", a także wydawnictwa temu towarzyszące. Dzisiaj „Kultura" trafia na Białoruś zwykłą pocztą. Jej czytanie nie sprzyja oczywiście awansom służbowym, ale też nikogo już się tam nie wsadza za to za kratki. To niebagatelna miara przemian, jakie nastąpiły od czasu, gdy dotarły tu pierwsze „zakazane owoce" z ogrodów w Maisons-Laffitte.
„Kultura" jest szerzej znana i czytana na Białorusi niźli na Ukrainie czy Litwie. Brzmi to dosyć paradoksalnie ze względu na głuchotę opozycyjną wśród Białorusinów, ale w tym przypadku zadziałał czynnik historyczny - mentalna bliskość z Polakami, wieki bezkonfliktowego współżycia za czasów Pierwszej Rzeczypospolitej, stosunkowo spore oddziaływanie kultury polskiej. Kiedyś marszałek Piłsudski żartował, że Białorusini są źle mówiącymi po polsku Polakami...(...)
Sokrat Janowicz













