W dniu 8 grudnia w wieku 87 lat zmarł Ryszard Wiktor Schramm, wybitny taternik, alpinista i polarnik. Biochemik fizjolog roślin, profesor zwyczajny Uniwersytetu Poznańskiego. Urodzony w Poznaniu, jako dziecko wszystkie wakacje spędzał w rodzinnej posiadłości na ukochanej ziemi sanockiej, gdzie poznał smak pieszych wędrówek po okolicznych górach.
W 1947 roku ukończył studia chemiczne, a w 1951 biologiczne. Opublikował około dziewięćdziesięciu publikacji naukowych z dziedziny biochemii i fizjologii roślin. W latach 1965-1969 był dziekanem Wydziału Biologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza.
Był taternikiem i podróżnikiem. W 1936 roku zapisał się do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a w 1939 odbył kurs w Szkole Taternictwa Klubu Wysokogórskiego. W Tatrach wspinał się od 1947 roku, wytyczając tam 21 nowych dróg. W 1949 jako pierwszy dokonał zimowego wejścia na Mięguszowiecką Przełęcz Wyżnią. W 1955 był w zespole, który przeszedł główną grań Tatr.
Brał udział w sześciu wyprawach polarnych na Spitsbergen (ostatnia z nich miała miejsce w 1992 roku), a także w wielu wysokogórskich wyprawach eksploracyjnych: Hindukusz, Atlas Wysoki, Ruwenzori i Darwaz Afgański.
W 1979 roku został zaproszony do The Explorers Club. W 2003 roku otrzymał nagrodę Super Kolosa.
Ożenił się z córką prof. Jana Rutkowskiego. Jego synem jest historyk profesor Tomasz Schramm, dzięki uprzejmości którego prezentujemy Czytelnikowi "TATRY DAWNYCH LAT".
„Ja w ogóle nie mam czasu na nic tyle spraw leży niezałatwionych. Od samego początku mojej działalności wyprawowej zmierzałem do wchodzenia na tereny, gdzie nikt przede mną nie był. Nie lubię chodzić po cudzych śladach, … jeśli miałem być 278 na Evereście – wolę być na mniejszej górze pierwszy. Być pierwszym – to zupełnie inaczej smakuje”.
-------------
Na nowych drogach - tytułem wstępu
Po zakończeniu działań I Wojny Światowej turystyka wysokogórska powoli wznawiała działalność. Młode pokolenie narzuciło nowe spojrzenie na dotychczasowe taternictwo polskie. Nowe, dotąd nie rozwiązane problemy w Tatrach przestawały być nieosiągalne i niedostępne. Doskonalenie technik wspinaczkowych sprawiło, że nowe drogi pokonywano w coraz lepszym stylu i coraz krótszym czasie.
W ten sposób padła południowa ściana Zamarłej Turni - miejsce w Tatrach owiane legendą, północna ściana Małego Kieżmarskiego Szczytu, maleńka, lecz znacząca turnia Żabiego Konia, zachodnia ściana Łomnicy, północne zerwy Galerii Gankowej, zębata grań Wideł, czy w końcu wschodnia ściana Mnicha, Kazalnica Mięguszowiecka, czy też cała grań Tatr, przebyta tak w lecie, jak i potem w zimie.
I tak z biegiem lat (ostatecznie w 1936 roku) powstawał Klub Wysokogórski, Powstawał dzięki inicjatywie kilku wybitnych postaci z dawnej Sekcji Turystycznej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, Sekcji Taternickiej Akademickiego Związku Sportowego w Krakowie i Koła Wysokogórskiego przy Oddziale Warszawskim PTT.
Taternictwo zimowe było zapowiedzią dalszej ekspansji taternictwa polskiego w góry typu lodowcowego takie jak Alpy, czy w końcu Hindukusz, Andy, Himalaje i Karakorum.
Nasz Członek Honorowy, wybitna postać, zasłużona dla Tatr i taternictwa, prof. Ryszard Wiktor Schramm przedstawia te czasy w monografii zatytułowanej "Na Nowych Drogach", powstałej pod koniec lat 50-tych ubiegłego stulecia. Wprawdzie tekst był już publikowany, ale warto go przytoczyć, by szerokie rzesze miłośników taternictwa i Tatr (szczególnie młodzież) zapoznać jak to dawniej było.
Pierwsza wojna światowa zniszczyła niemal zupełnie taternictwo polskie; Sekcja Turystyczna Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego wyszła z niej uboga liczebnie i słaba pod względem organizacyjnym, tak że przez szereg lat ledwie wegetowała. Niestrudzona, uparta działalność Mieczysława Świerza, stojącego u szczytu swojego rozwoju taternickiego, była zjawiskiem zupełnie wyjątkowym.
Nic dziwnego, że w tych warunkach wchodząca w Tatry młodzież nie umiała znaleźć sobie w sekcji miejsca i odpowiedniej atmosfery, a trzydziestoletni Świerz był dla nich niedobitkiem minionego pokolenia. Działalność wybitniejszych jednostek zaczyna się toczyć samopas, powstają niewielkie grupy elitarne, szukające swojej własnej ideologii i swojej drogi do taternictwa. Pierwsza tego rodzaju grupa tworzy się wokół braci Mariana i Adama Sokołowskich, grupa związana raczej luźno. Jednak wpływ ideologiczny zwłaszcza Mariana Sokołowskiego na młode pokolenie jest bardzo silny, a "Sokołowszczyzna" staje się dominującym w Tatrach romantycznym polskim odpowiednikiem malloryzmu.
W owym czasie, na przełomie lat 1923 i 1924 powstaje przy krakowskim Akademickim Związku Sportowym Sekcja Taternicka, skupiająca aktywną grupę młodych, początkujących właściwie taterników. Akces do niej zgłaszają również bracia Sokołowscy, obejmując też od razu jej kierownictwo. Sekcja od początku zaznacza swoje sportowe oblicze: wyrazem tego jest zarówno przystąpienie do Akademickiego Związku Sportowego, jak i, po raz pierwszy w taternictwie polskim, statutowe określenie wymagań stawianych kandydatom na członków.
Lata 1923-1926 to panowanie "Sokołowszczyzny". Taternicy tej grupy, mimo swego przeciwnego współzawodnictwu nastawienia, doganiają, a wkrótce już i prześcigają, szczególnie w zimie, najlepsze wyniki przedwojenne. Ten nowy okres rozwoju taternictwa zimowego otwiera przejście 9 kwietnia 1924 roku grani od Przełęczy Świnickiej do Zawratu przez Marka Korowicza oraz Adama i Mariana Sokołowskich. W następnym sezonie Adam Karpiński pięciodniową samotną wyprawą graniową od Bobrowca po Tomanową Polską daje podwaliny bezschroniskowej wysokogórskiej turystyki zimowej, zaś wejście Jana Kazimierza Dorawskiego, Kazimierza Piotrowskiego i Adama Sokołowskiego na Mięguszowiecki Szczyt z Kotła Mięguszowieckiego otwiera zimowej penetracji największe ściany tatrzańskie.
Równocześnie krystalizuje się z wolna, częściowo w łonie Sekcji Taternickiej Akademickiego Związku Sportowego, a częściowo poza nią, zwarta grupa taterników o wybitnie sportowym nastawieniu i rewolucyjnym programie świadomego podnoszenia rekordów taternickich jak i wyprowadzenia wreszcie taternictwa polskiego poza Tatry, nazywająca się żartobliwym i bezpretensjonalnym mianem "Grupy Syfonów". Jej coraz bardziej rozrastający się trzon tworzą bracia Alfred i Jan Alfred Szczepańscy, Stanisław Krystyn Zaremba, Jan Kazimierz Dorawski, nieco później także Mieczysław Szczuka. Skupia się coraz bardziej przy nich taternicka "moderna". "Syfony" zaczynają nadawać ton taternictwu.
Rok 1926 przynosi ich pierwsze poważne drogi: wejście północną ścianą muru Hrubego na Zadnią Bednarzową Turnię oraz na Ciężki Szczyt od północnego wschodu. Jednocześnie Szczuka i Dorawski wariantem na wschodniej ścianie Mięguszowieckiego Szczytu przekraczają granice dotychczas pokonywanych trudności. Działalność "Syfonów" rośnie wszerz i wzwyż. Zostaje przebyta "pod włos" grań Wideł - "najzuchwalsza, najdziksza grań tatrzańska" od Kieżmarskiego Szczytu ku Łomnicy poprzez dwa odstraszające uskoki: wschodniego i głównego szczytu Wideł oraz południowy komin Koziej Przełęczy Wyżniej. Zostaje również postawiony i realizowany program przejścia w jednym sezonie wszystkich nadzwyczaj trudnych dróg w Tatrach. Ale przede wszystkim dążą "Syfony" ku rekordom zimowym. Jan A. Szczepański wraz z Jadwigą Honowską i Zofią Krókowską zdobywają w ciągu kilku następujących po sobie dni kwietniowych 1928 roku Mały Kieżmarski Szczyt od północy - "przedsięwzięcie, jakiego w owych czasach nikt jeszcze w Tatrach nie zaryzykował się podjąć", północną ścianę Jastrzębiej Turni i wreszcie Młynarza wprost z Doliny Białej Wody.
Obok "Syfonów" zaczynają działać w Tatrach zimą i inni, szukając nowych kierunków i wartości w taternictwie. Adam Karpiński, od początku zmierzający konsekwentnie ku wyprawom w najwyższe góry, wyrusza wraz z Konstantym Narkiewiczem-Jodko na pieczołowicie przygotowywaną wyprawę, wyprzedzającą o przeszło 25 lat następne - pierwszą próbę zimowego przejścia grani Tatr. Warunki panowały złe. Szóstego dnia wyprawy jeden z uczestników notuje w dzienniku: "Namiot do połowy zasypany śniegiem. Robi się tak ciasno, że leżymy prawie jeden na drugim. Huragan trwa już 30 godzin. Jeżeli rano się nie wypogodzi i nie będziemy mogli wyschnąć..." W tych warunkach wyprawa załamuje się po 10 dniach na Białej Ławce.
Także i latem mimo supremacji "Syfonów" działalność innych, nie należących do klanu taterników, jest również ożywiona. Ich też łupem zupełnie niespodzianie, staje się pod koniec lata 1927 roku, skupiająca w sobie wszystkie najczynniejsze siły taternictwa, wschodnia ściana Rumanowego Szczytu; po próbach asów przedwojennych - Kulczyńskiego i Króla, po upartych atakach Sokołowszczyzny i "Syfonów" zdobywają ścianę Jerzy Golcz, Tadeusz Krystek i Konstanty Narkiewicz-Jodko. Rozwija się taternictwo samotne i samodzielne taternictwo kobiece. S. K. Zaremba, W. Krygowski, J. A. Szczepański przechodzą samotnie niejedną piękną drogę latem i zimą. Jak meteor lśni krótko na tatrzańskim firmamencie poznańczyk Jerzy Leporowski, zuchwały samotnik, chodzący po najtrudniejszych drogach, przedmiot podziwu i zgorszenia, dyskusji i sporów, mający na swoim koncie między innymi dwukrotne samotne przejście południowej ściany Zamarłej Turni, zanim zginie samotnie w lipcu 1928 roku przy próbie pierwszego wejścia pionowym północnym filarem Koziego Wierchu. A w miesiąc później wypadek na południowej ścianie Ostrego Szczytu pochłania młode życia najwybitniejszych taterniczek: Jadwigi Honowskiej i Zofii Krókowskiej, grzebiąc początki samodzielnego taternictwa kobiecego.
Z rzadka pokazuje się jeszcze w Tatrach mocno przetrzebiona przedwojenna stara gwardia: Klemensiewicz, Piotrowski, bracia Schiele. Nie schodzi z pola tylko ciągle jeszcze najczynniejszy z nich, wiecznie młody Świerz. "Miał przed sobą dwie drogi do wyboru" - napisze o nim przyjaciel z Klubu Kilimandżaro - "albo stanąć na czele młodych i zająć należne mu miejsce przywódcy, już niejako honorowe, zważywszy dystans lat i sił, lub też podjąć z nimi pojedynek, stając do nierównej walki sam jeden, nawet bez moralnego poparcia ze strony swego pokolenia. Wybrał... drugie." I w tej sportowej walce rusza w lipcu 1929 roku na zachodnią ścianę Kościelca, zdobytą poprzedniego roku przez dwukrotnie od niego młodszych taterników, wschodzące gwiazdy, aby udowodnić, "że dawne taternictwo nawet pod względem sprawności nie ustępowało przed młodym" - na wyprawę ostatnią, śmiertelną. Ginie, odpadłszy w najtrudniejszym miejscu z wykruszonym blokiem; bo "z liną w górach bywa jak z przyjaźnią w życiu: w chwili twego upadku najczęściej pęka".
Dziwnym zbiegiem okoliczności okres nowoczesnego taternictwa otwarło pierwsze wejście tą ścianą, dokonane w dniu 13 sierpnia poprzedniego roku przez Wiesława Stanisławskiego i Justyna T. Wojsznisa.
W okresie pomiędzy 1926 a 1929 rokiem przodujące w taternictwie środowisko krakowskie, w szczególności nadająca ton "Grupa Syfonów", osiągnęło szczyty swojej działalności w Tatrach. Równocześnie jednak środowisko to zaczęło wykazywać objawy pewnego zastoju, wyrażające się między innymi w braku dopływu młodych sił. Nie było to wyczerpanie - czołowi przedstawiciele Krakowa byli to ludzie jeszcze zupełnie młodzi i w pełni swojego wysokogórskiego rozwoju, ale uznali dotychczasowy sens taternictwa za wyczerpany, a przynajmniej bardzo szybko się wyczerpujący i w myśl odpowiadającego ich marzeniom hasła sprecyzowanego jeszcze przez Kordysa, że przyszłość taternictwa leży poza Tatrami, zwrócili swą uwagę i działalność, zrazu teoretycznie, na góry inne. W stosunku do Tatr zabrakło im owej świeżości spojrzenia, która by pozwoliła dojrzeć w nich coś jeszcze nowego i naprawdę wielkiego.
Rola ponownego otwarcia oczu na Tatry i pchnięcia taternictwa nie o krok już, ale o skok cały naprzód, miała przypaść nie istniejącemu dotychczas środowisku warszawskiemu.
W tych właśnie latach wzrasta w Warszawie grupka młodych chłopców ogarniętych dziwną pasją górską. Wchodzą w góry sami, przygodnie czasem tylko związani z kimś ze starszych, doświadczonych taterników. Wchodzą w góry z rozmachem i śmiałością. Stawiając pierwsze swe kroki w otoczeniu Hali Gąsienicowej patrzą już na całe Tatry, na ściany, które ich poprzednikom wydawały się poza granicami możliwości, osiemnastoletnimi oczyma zdobywców. Nie uznają mitów, autorytetów i psychicznego ucisku gór, wywierającego tak charakterystyczne piętno na działalności poprzednich pokoleń. Taternictwo swoje i swój stosunek do gór kształtują sami. Tak wchodzą w góry rówieśnicy niemal i koledzy ze szkolnej ławy - Bolesław Chwaściński, Wiesław Stanisławski, Justyn Wojsznis, a obok nich Henryk Mogilnicki, Tadeusz i Stefan Bernadzikiewiczowie i inni.
Wyjątkowe miejsce wśród nich przypadło Wiesławowi Stanisławskiemu. Jeden z najmłodszych wiekiem zajął od początku niemal stanowisko przodujące nie tylko w swojej grupie, ale wkrótce i w całym taternictwie polskim.
Szukanie maksymalnych trudności technicznych i psychicznych doprowadza młodego Stanisławskiego w towarzystwie równie początkującego Zbigniewa Korosadowicza na początku lata 1928 roku do zmierzenia się z najtrudniejszą wówczas drogą tatrzańską - południową ścianą Zamarłej Turni. Ale brak doświadczenia i trudności techniczne zwyciężają pasję i młodzi wspinacze kończą drogę pod opieką T.O.P.R. Nieudana wyprawa dodaje tylko bodźca Stanisławskiemu: jeszcze tego samego lata przechodzi Zamarłą czterokrotnie z różnymi towarzyszami, aby do niej już później nie wrócić, ale na dzień przed czwartym przejściem zdobywa wraz z Wojsznisem atakowaną wielokrotnie przez sławy starszego pokolenia zachodnią ścianę Kościelca i poznaje smak wielkiego problemu.
Początek lata 1929 roku przynosi w Tatrach sensację największego kalibru; 16 czerwca pada północna ściana Żabiego Konia. Ta stosunkowo niewielka, ponura ściana, wypiętrzająca się pionem ponad kruszyzny ukosem ograniczających ją żlebów, owiana była mitem niedostępności do tego stopnia, że nawet nie było poważniejszych prób jej zdobycia i stała się w pojęciach wszystkich ludzi gór symbolem niezdobytego urwiska tatrzańskiego. I oto to urwisko, przed którym drżały serca najmężniejszych, zdobywa od pierwszego uderzenia 20-letni Stanisławski wraz z Bronisławem Czechem i młodziutką Lida Skotnicówną.
Urasta legenda o wyjątkowych t rudnościach Żabiego Konia, nie dających się w ogóle porównać z żadną z dotychczasowych dróg tatrzańskich. Czyn Stanisławskiego wyrasta ponad wszystko, co zrobiono w Tatrach. "Wieść jak lawina gruchnęła w doliny. Świat taternicki oniemiał na chwilę. Zachwyt, niedowierzanie, głuche zdumienie, milczący podziw, tłumiona zazdrość, gratulacje (gratulacje!), cieszą się, całują się... Panie! Panie! Północna ściana... zdobyta! Cisza!..."
Jeszcze nie znajdują się śmiałkowie zdolni zaatakować powtórnie rekordową drogę, cóż dopiero obalić jej legendę, a już sypią się następne wielkie problemy Stanisławskiego, do tej chwili znajdujące się poza praktyką taternicką: wspaniałe lewe żebro wschodniej ściany Rumanowego Szczytu, zachodnie ściany Łomnicy, Żółtego Szczytu, Małej Śnieżnej Turni. "Zrobiliśmy Małą Śnieżną" - pisze Stanisławski - "Ściana nad nami wspaniała, przewieszona. Gdyby ją postawić do góry nogami, byłaby dużo łatwiejsza, byłby taras za tarasem - ale pewnie wtedy nie przyszlibyśmy tutaj.
Na pionowej skale, w wąskiej szczelinie, rośnie mizerny, zagłodzony kwiatek. Ta szczelinka, to najlepszy chwyt. Jednak nikt go nie zniszczył. Obeszliśmy go wariantem..."
Jesteśmy na szczycie.
I po co miałbym sobie zepsuć całą rozkosz szesnastogodzinnej walki i napisać, co czułem i jaka jest moja "ideologia?"
Obok Stanisławskiego w roku 1929 dochodzi do głosu grupa młodych zakopiańczyków. Duszą jej jest wspaniały taternik, późniejszy wieloletni mistrz narciarski, Bronisław Czech. On i jego przyjaciele i do pewnego stopnia uczniowie tatrzańscy, choć czasem starsi wiekiem; Stanisław Motyka, Jan Sawicki, Witold Paryski zapisują na swoje konto szereg pięknych dróg w otoczeniu Hali Gąsienicowej. Brak im może jeszcze rozmachu Stanisławskiego, jego pędu nie tylko do najtrudniejszych, ale i największych ścian, mimo to jednak pod względem sportowym ich wyniki stoją na doskonałym poziomie.
Ten wspaniały, przełomowy sezon, pierwszy sezon prawdziwie sportowego taternictwa, zamknięty zostaje jednak tragicznie; w dniu 6 października na południowej ścianie Zamarłej Turni giną dwie młode dziewczyny, świetne wspinaczki, uczestniczki najwspanialszych przejść tatrzańskich, siostry - 18-letnia Marzena i 16-letnia Lida Skotnicówny. Giną w czasie próby pierwszego kobiecego przejścia tej groźnej ściany na oczach robiącego równocześnie tę drogę z kolegami swego przyjaciela i mistrza tatrzańskiego - Bronka Czecha.
Rozgorączkowany Stanisławski po sezonie letnim 1929 roku występuje z projektem podwyższenia skali trudności tatrzańskich przez dodanie nowego stopnia - dróg skrajnie trudnych. W klasie tej umieszcza 7 własnych przejść z Żabim Koniem na czele i 4 drogi zakopiańczyków oraz 2 dawniejsze warianty. Najbliższe lata obaliły co prawda mity o niesamowitej trudności dróg Stanisławskiego, podobnie jak on obalał mity o niedostępności zdobywanych przez siebie ścian. Pierwsza rozpadła się legenda Żabiego Konia. "W ścianę przychodzą ludzie spokojni, trzeźwi... Idą, asekurują się, patrzą, mierzą, korygują... Sucha, rzeczowa, ścisła relacja brzmi... droga nadzwyczaj trudna tylko na przestrzeni kilku metrów... Ścianka jak wiele innych! Tak się przedstawia rzeczywistość."
Za nią poszły inne. Z dróg typowanych przez Stanisławskiego do klasy skrajnie trudnych, czasem nawet wbrew opinii i chęciom ich zdobywców, nie ostała się ani jedna, a prawem reakcji uznano w ogóle wprowadzanie pojęcia dróg skrajnie trudnych za niesłuszne i niepotrzebne. Niespodziewanie, po latach, gdy znowu odżyły pomysły podwyższenia skali trudności, miała do niej awansować jako typowa niedoceniona początkowo i niemal nie zauważona przez światek tatrzański droga północną ścianą Mnicha, zdobyta w roku 1930 przez Justyna Wojsznisa z trójką towarzyszy.
Tymczasem pchnięte przez Stanisławskiego koło obracało się coraz szybciej. Sezon letni 1930 roku przynosi rekordową ilość ponad 130 nowych dróg zdobytych w Tatrach. I znów imię Wiesława Stanisławskiego zapisuje się całym szeregiem wspaniałych dróg. Padają: północna ściana Ramienia Lodowego, opadająca ku najdzikszej w Tatrach Dolince Śnieżnej, Gankowa Przełęcz wprost od wschodu - i znowu jeden z najgłośniejszych, choć nie największych, problemów tatrzańskich - północno-wschodnia ściana Mnicha.
Znana dobrze każdemu, kto stał nad Morskim Okiem, jasna, płytowa zerwą północno-wschodniej ściany Mnicha od lat przeszło dwudziestu była jednym z głównych ognisk zainteresowań taterników polskich i widownią kilku prób. Penetrował ścianę również parokrotnie Stanisławski i wreszcie w dniu 28 lipca 1930 roku utknąwszy wraz z Janem Gnojkiem, podobnie jak i wszyscy poprzednicy, na półkach u stóp górnej, litej i pasami ogromnych okapów skalnych zamkniętej części ściany, przedarł się spod niej ukosem przez przewieszki w lewo do żlebu spadającego z przełączki leżącej nieco na południe od wierzchołka, zwanej dziś Mnichową Przełączką Wyżnią i żlebem tym osiągnął południową grań Mnicha i szczyt. Przejście to, którego kluczowy odcinek pokonano przy pomocy haków i pętli, nabrało dużo rozgłosu nie tylko jako rozwiązanie jednego z najbardziej okrzyczanych problemów tatrzańskich, ale również i wskutek zastosowania sztucznych ułatwień, zyskujących sobie z wolna, mimo wielkich oporów, prawo obywatelstwa w alpinizmie zachodnioeuropejskim. Na głowę Stanisławskiego posypały się gromy oburzenia i pogardliwie lekceważące docinki, usiłujące odmówić wartości jego zdobyczy, nie mieszczącej się w technicznych ramach dotychczasowego taternictwa.
Osobny rozdział w tym okresie taternictwa przypada Wincentemu Birkenmajerowi, którego działalność koncentruje się właśnie we wspaniałym lecie 1930 roku. Starszy o 10 lat od Stanisławskiego, nieco wcześniej też od niego wszedł do taternictwa, ale przez kilka lat nic nie zapowiadało jego ogromnej indywidualności i jego zupełnie różnego od Stanisławskiego wpływu i piętna, jakie miał wycisnąć na tym samym pokoleniu. On tymczasem, niemal od początków swojej znajomości z górami, cały swój rozwój tatrzański i całą działalność kierował z niezwykłą celowością i konsekwencją ku jednemu wymarzonemu celowi - ku najpiękniejszej ścianie Tatr, zachodniej ścianie Łomnicy.
Stosunek Birkenmajera do Łomnicy, a w szczególności do jej zachodniej ściany, opowiedziany przez niego samego w znakomitym wspomnieniu "Szklana góra", jest zjawiskiem zupełnie niezwykłym i jedynym w historii zdobywania Tatr. Od roku 1925 sezon po sezonie odwiedzał Pięć Stawów Spiskich i Zimną Wodę, krążył koło wymarzonej ściany coraz dokładniej precyzując myśl o jej zaatakowaniu. Stowarzyszył się w tym celu z grupą "Syfonów", w szczególności z Janem Dorawskim, z którym łączyły go więzy głębokiej przyjaźni i wkrótce stał się sercem i mózgiem całego zespołu, który gromadził wokół ukochanego problemu.
Po paruletnich szczegółowych studiach przygotowuje generalny atak na początek sierpnia 1929 roku. Ale w Tatrach czuwa upojony sukcesami, pełen młodzieńczej, nie liczącej się z niczym pasji Stanisławski i gdy Birkenmajer przybywa do schroniska Tery'ego na spotkanie z towarzyszami, aby przystąpić do szturmu - tamten jest już na miejscu z własnym zespołem. Świt 8 sierpnia przynosi tragikomiczną pomyłkę Birkenmajera, która niemal nie obróciła w niwecz jego wieloletnich wysiłków: w zatłoczonej sali ciemnego schroniska, chcąc obudzić po cichu towarzyszy, budzi przez pomyłkę jako pierwszego jednego z uczestników konkurencyjnej grupy, która czym prędzej wyrusza w drogę. Duma taternicka i wstręt do współzawodnictwa dla współzawodnictwa nie pozwalają Birkenmajerowi na wyścigi pod ścianę czy wprost na ścianie. Przez cały beznadziejnie długi dzień czeka z niepokojem w sercu na wynik. Wieczorem wraca Stanisławski - zwycięski: pokonali zachodnią ścianę, co prawda daleko na lewo od środka urwiska i od planowanej przez Birkenmajera drogi.
Nie załamany tym połowicznym sukcesem konkurentów Birkenmajer już następnego dnia podejmuje próbę rozwiązania swojego problemu. Wraz z Dorawskim, A. Szczepańskim i Wallischem przechodzą prawie połowę ściany i ustalają kierunek dalszego ataku. W 19 dni później druga próba bez udziału Birkenmajera, odwołanego niespodzianie do zajęć zawodowych, załamuje się pod kluczowymi trudnościami ściany. Przez całą zimę wertuje Birkenmajer i przygotowuje teoretycznie rozwiązanie problemu. Od początku czerwca 1930 roku jest w Tatrach: pod Łomnicą, na Łomnicy, dokoła Łomnicy, osacza ją ze wszystkich stron, by wreszcie 21 czerwca przystąpić do trzeciego ataku we dwójkę tylko z serdecznym swoim młodym przyjacielem i uczniem tatrzańskim - Kazimierzem Kupczykiem, uczestnikiem drugiej próby. Atak zostaje uwieńczony pełnym sukcesem: pada środek zachodniej ściany Łomnicy, droga pięknem, trudnościami i sposobem rozwiązania przewyższająca wszystko, co przed tym w Tatrach dokonano.
Zdobycie zachodniej ściany Łomnicy wyzwala w pełni skrępowaną dotychczas całkowitym podporządkowaniem się wielkiemu celowi indywidualność taternicką Birkenmajera. Jego fantastyczny zupełnie plan sezonu letniego 1930 obejmuje 60 pierwszych wejść. Chodzi tego lata stale z Kupczykiem; razem zdobywają olbrzymi, blisko 800-metrowy wschodni filar Ganku i wschodnią ścianę Nawiesistej Turni, wiszącą nad Doliną Białej Wody; razem współuczestniczą w rozwiązywaniu problemów "Syfonów" - wschodniej ściany Gierlacha i północnej Świstowej Czuby z doliny Roztoki. Wspaniały ten pochód zdobywczy przecina tragiczna śmierć Kupczyka l sierpnia na Ostrym Szczycie, jednak i tak 36 nowych dróg zdobytych owego lata przez Birkenmajera jest zupełnie niezwykłej miary rekordem tatrzańskim.
Ryszard Wiktor Schramm
Ciąg dalszy nastąpi
od Redakcji - serdeczne podziękowania Panu Profesorowi Tomaszowi Schrammowi za wyrażenie zgody na publikacje tegoż opracowania












