Zgodnie z daną obietnicą i dzięki życzliwości pana prof. TOMASZA SCHRAMMA publikujemy część 2 "TATRY LAT DAWNTCH" autorstwa nieżyjacego już prof. Ryszarda Wiktora Schramma. Pierwszą część czytelnicy KRONIKARZA - Magazynu obywatelskiego przeczytają tu:
Tatry lat dawnych
Lata 1929 i 1930 przyniosły wielki skok taternictwa, wyrażający się z jednej strony tak uchwytnymi wynikami, jak ponad 200 nowych dróg, rozwiązanie największych i najdzikszych urwisk, podniesienie skali trudności i możliwości człowieka w skale - z drugiej zaś niewątpliwym przewrotem natury psychicznej - przezwyciężeniem ucisku psychicznego Tatr. W rezultacie tych osiągnięć taternictwo polskie zdecydowanie już zaczyna sobie szukać celów poza Tatrami i w latach 1931 i 1932 wyjeżdżają, głównie wskutek starań dojrzalszego i bardziej doświadczonego środowiska krakowskiego, pierwsze zorganizowane grupy w Alpy.
Odpływ szeregu najwybitniejszych taterników na wyprawy alpejskie obok równoczesnego wyczerpywania się wielkich problemów (a problemem w ówczesnym zrozumieniu była naprawdę tylko nie zdobyta ściana) spowodował z jednej strony pewne zmniejszenie intensywności akcji wysokogórskiej, z drugiej zaś szukanie nowych form postępu, które objawiły się ponownie silniejszym zainteresowaniem się Tatrami w zimie oraz rozwojem konstruktywizmu taternickiego, polegającego na rozwiązywaniu już zdobytych ścian nowymi, z taternickiego punktu widzenia doskonalszymi drogami. W obu tych kierunkach na czoło braci taternickiej wysunął się znowu Stanisławski nie biorący udziału w wyprawach alpejskich.
W taternictwie zimowym, podobnie jak i w letnim, Stanisławski uderzył od razu z właściwym sobie rozmachem na najbardziej osławione problemy swojej doby. 7 i 8 stycznia 1930 roku przechodzi z Aleksandrem Staneckim północno-zachodni żleb Zadniego Gierlacha, dokonując w ogóle drugiego wejścia zimowego na ten szczyt. Na początku następnego sezonu zimowego, 28 i 29 grudnia 1930 roku, po nieudałej próbie 26 grudnia zdobywa wraz z Henrykiem Mogilnickim Lodową Przełęcz Wyżnią od północy przez Dolinę Śnieżną drogą, której przejście jej letni zdobywca Mieczysław Świerz uważał za swoją najwspanialszą wyprawę tatrzańską. Na równym niemal poziomie z tymi wyprawami należy postawić piękne sukcesy zakopiańczyków osiągnięte w kwietniu 1931 roku: samotne wejście Sawickiego na Szczerbę w Giewoncie od północy oraz zdobycie północnej ściany Kozich Czub przez Bronisława Czecha i Jana Gnojka. Na tym jednak zimowa działalność taterników zakopiańskich właściwie się kończy - w następnych latach uprawiają już niemal wyłącznie narciarstwo.
Działalność Stanisławskiegb dojrzewa coraz bardziej i kieruje się nie tylko ku zdobywaniu ścian tatrzańskich, ale ku rozwiązywaniu ich zagadek. W roku 1931 wyszukuje nową drogę północno-zachodnią ścianą Galerii Gankowej, wielkim, poprzewieszanym kominem, przerzynającym prawą połać urwiska, technicznie najtrudniejszą chyba z jego wielkich dróg. Latem 1932 zdobywa 900-metrową północną ścianę Małego Kieżmarskiego Szczytu, "największą otchłań Tatr", drogą zbliżoną do ideału: olbrzymim, prostym jak cięcie noża pionowym kominem w dole i środkiem płytowej, górnej części, spiętrzającej się ponad żlebem Niemieckiej Drabiny. Dół rozwiązuje Stanisławski w dniach 12 i 13 lipca w towarzystwie swoich warszawskich przyjaciół: Bronisława Chwaścińskiego i Wiktora Ostrowskiego, a górę wraz z Pawłem Voglem 4 sierpnia. Napotykają oni wielkie trudności.
"Wtedy najwyraźniej odczułem taternicki geniusz towarzysza" - wspomina Vogel. "Talent wielkiego wspinacza i nieugiętość woli pcha go ku górze wśród naprawdę najcięższych warunków. Lodowata woda strumieniami leje się za kołnierz i wypływa przez nogawice spodni - mrozi ciało i usztywnia dłonie. Człowiek powoli, lecz nieustannie, spokojnie i pewnie zwycięża cal po calu." Stanisławski dodaje: "Taka droga to jest radość dla serca taternika, a on sam patrzy na swe podrapane, przeziębnięte ręce, czy mu skrzydła nie wyrosły w czasie tej wędrówki w górę."
Pomimo że zrobiona na raty i jeszcze długo w ten sposób tylko powtarzana północna ściana Małego Kieżmarskiego przez wiele lat miała być wraz z zachodnią ścianą Łomnicy symbolem największych osiągnięć w Tatrach, stanowiąc, zdaniem nie tylko zdobywców, ale i szeregu ich następców, "wyprawę najtrudniejszą w Tatrach, najdłuższą, najbardziej urozmaiconą i efektowną, pod każdym względem najwspanialszą". Do tego sukcesu dorzuca Stanisławski w tym samym sezonie jeszcze kilkanaście innych, a przede wszystkim kończy "epopeję Jaworowego Szczytu".
"W niezwykłej ekspozycji wiedzie wąziutka listewka, a na niej płaski, ruchomy blok, który jest tu wszystkim, czego się można trzymać, to znaczy raczej delikatnie musnąć, gdyż drży pod ręką. Dalej gzymsik - ciało przypłaszcza się do gładkiej skały, potem wychyla w powietrze - i najdłuższy krok, jaki wykonałem kiedykolwiek - decyduje o życiu. Ten trawers oddał nam ścianę, a z nią błogość i słonko na szczycie."
Trzy piękne, proste drogi rozwiązują ścianę, wyprowadzając na oba wierzchołki i rozdzielającą je przełączkę.
Także i inne osiągnięcia tego sezonu nawiązują równorzędnie do wspaniałych zdobyczy lat 1929-1930. Pada środek sławnej wschodniej ściany Rumanowego Szczytu. A. Szczepański i Wallisch dokonują nowego wielkiego wyłomu w murze Hrubego, przechodząc północną ścianę Wielkiej Teriańskiej Turni. Ogromną aktywność rozwija dwójka zakopiańska: Motyka i Sawicki, stanowiąca jeden z najlepszych zespołów w historii taternictwa. Wśród szeregu sukcesów zapisują na swoje konto tak śmiałe przejścia, jak dziki komin Basztowej Przełęczy Wyżniej z Doliny Mięguszowieckiej i trawers w poprzek południowej ściany Zamarłej Turni od Zamarzłej do Koziej Przełęczy, jedną z najoryginalniejszych dróg tatrzańskich, zaatakowaną ostro przez starego Jana Gwalberta Pawlikowskiego, widzącego w górach zapatrzonymi w minioną, pierwotną wielkość oczami tylko drogi wzwyż. Zakopiańczycy też, po raz pierwszy od pięknych, wspólnych wypraw Himalaja Clubu z braćmi Komarnickimi, nawiązują bliskie i serdeczne stosunki z taternikami z południowej strony, głównie spiskimi: Zsoltánem Brüllem i Stefanem Zamkovškym, dokonując wspólnie z nimi szeregu przejść, przede wszystkim przewidzianego już przez Birkenmajera dojścia wprost od dołu do "trawnika po żółtymi plamami" w połowie drogi zachodnią ścianą Łomnicy.
W tym też okresie dojrzewa w pełni taternictwo Zbigniewa Korosadowicza. Rówieśnik i przez pewien czas towarzysz w początkowym okresie Stanisławskiego, Korosadowicz rozwija się znacznie wolniej i dopiero latem 1931 roku wchodzi na dobre do ekstraklasy taternickiej kilku pięknymi drogami z południowo-wschodnią ścianą Kołowego Szczytu i powtórzeniem (drugim przejściem) zachodniej ściany Łomnicy drogą Birkenmajera na czele. W roku 1932 jest już jednym z najlepszych i najczynniejszych taterników: kończy rozpoczętą w roku poprzednim eksploatację grupy Żelaznych Wrót, zamykając ją zdobyciem wielokrotnie atakowanego, fantastycznymi płytami opancerzonego, północno-zachodniego uskoku Wschodniego Szczytu Żelaznych Wrót, ostatniego dziewiczego fragmentu głównej grani Tatr. Uskok był istotnie odstraszający.
"Kiedy spojrzałem na gładkie, wypolerowane jak szkło płyty skalne, wśród których nie dojrzysz oparcia dla rąk ni stóp, straciłem wszelką nadzieję, zwątpiłem. I padły tylko dwa słowa, jakby zduszone głębokim żalem i zawodem: Nie puści. Ale nie wszystkich - jeden, młody zapaleniec, uparł się: namawiał, przekonywał, zaklinał, Spróbujmy, zobaczycie, że on musi ulec. A kiedy stanąłem na przełęczy u stóp uskoku, zwątpienie przerodziło się w pewność: Nie, tędy człowiek nie przejdzie... Jednak... Ambicja człowieka gór nie pozwala zawrócić - muszę chociaż spróbować." I uskok padł.
W tym samym sezonie Korosadowicz przechodzi wschodnią ścianę Pośredniej Grani, północną Żabiej Turni Mięguszowieckiej i środek dzikiego urwiska północnej ściany Ramienia Lodowego. Równocześnie wyrasta na wielkiej miary taternika zimowego; już w grudniu 1931 roku samotnym wejściem na Ciężką Turnię zbliża się do osiągnięć Stanisławskiego, a w sezonie zimowym 1932/33 roku w towarzystwie 18-letniego Jana Staszla rusza do skutecznego ataku na największe ściany tatrzańskie. We dwójkę zdobywają w dniach 5-7 stycznia północną ścianę Jaworowego Szczytu, zaś w dniach 13-15 kwietnia sławną północną ścianę Małego Kieżmarskiego Szczytu, dokonując trzeciego w ogóle przejścia całości tej olbrzymiej ściany drogą do niedawna uważaną nawet w lecie za jedno z najpoważniejszych przedsięwzięć w Tatrach. Te rekordowe przejścia, którymi, rzecz zupełnie niezwykła w owych czasach, zainteresowała się samorzutnie nawet prasa codzienna, wydźwignęły nieliczne pod względem ilościowym zimowe taternictwo polskie do poziomu, na którego zdecydowane przekroczenie miało czekać dwadzieścia lat.
W tym samym czasie, gdy Korosadowicz i Staszel szturmują północną ścianę Małego Kieżmarskiego, przyjeżdża w Tatry po dwóch sezonach letnich w Alpach oswojony tam ze śniegiem i lodem, których przedtem w górach unikał, W. Birkenmajer i wraz z współtowarzyszem ostatniego pobytu alpejskiego, Stanisławom Grońskim, rusza do ataku na wschodni filar Ganku drogą mającą być rekordem osiągnięć zimowych w Tatrach.
Po biwaku 13 kwietnia w Dolinie Kaczej, atakują ścianę 14 i po pierwszej nieudałej próbie późno w nocy z 14 na 15 osiągają wierzch buli skalnej, wypiętrzającej się u podnóża filaru i spadających z obu stron żlebów - najtrudniejszy zresztą odcinek drogi, gdzie zmęczeni zostają na odpoczynek na cały następny dzień. Tymczasem pogoda zepsuła się rozpętała się śnieżyca. Pomimo tego i pomimo złego samopoczucia rano 16 Birkenmajer atakuje ostrze filara. Koło południa wobec coraz bardziej wzmagającej się niepogody i złego stanu Birkenmajera obaj wspinacze decydują się na wytrawersowanie ku Galerii Gankowej, którą osiągają późnym wieczorem. Wita ich tam istny huragan. Nie udaje się rozbić namiotu - wiatr porywa jego podłogę. Okryci płachtą namiotową, całkowicie przemoknięci, nie mogąc w szalejącej wichurze rozpalić kuchenki i zagrzać sobie choć trochę strawy lub napoju, przesiadują tak, drzemiąc chwilami, resztę nocy. Rankiem 17 kwietnia całkowicie wyczerpani, wśród nieustającej zawieruchy, zbierają się do dalszej drogi przez Galerię, lecz Birkenmajer nie może już iść o własnych siłach. Podtrzymuje go, potem wlecze Groński.
"W jednej ręce niosłem mój worek, drugą podtrzymywałem towarzysza, którego słowem i groźbą musiałem już zmuszać do każdego kroku. Musiałem krzyczeć: teraz prawa noga! Teraz lewa! Teraz czekan! - i tak ciągle. Przy każdym kroku jednak upadał i trzeba go było podnosić".
Wreszcie o 100 metrów od ostatniego biwaku Birkenmajer pada bez życia. Groński resztkami sił osiągnął Rumanową Przełęcz i zeszedł do Popradzkiego Stawu.
Śmierć Birkenmajera, człowieka, którego szerokie i głębokie podejście do gór, wspaniała działalność, świetne pióro i dar oddziaływania na innych predestynowały do odegrania wyjątkowej roli w wyrastającym alpinizmie polskim, wywołała w opinii publicznej wrażenie, jakie towarzyszyło swego czasu śmierci Karłowicza i Świerza. Jeszcze taternictwo nie otrząsnęło się z tego wrażenia, gdy spadł na nie nowy druzgocący cios: 4 sierpnia ginie Stanisławski.
Młody, dojrzewający jeszcze ciągle, a już najsławniejszy z współczesnych sobie zdobywca rekordowych dróg na największych ścianach tatrzańskich, człowiek, który swoją niebywałą pasją górską i nie mającą równej działalnością zapoczątkował najświetniejszą epokę taternictwa i wywarł na nią wpływ tak decydujący, że lata 1929-1932 nazywamy dziś w Tatrach po prostu "epoką Stanisławskiego" - zginął wraz z towarzyszem swej ostatniej drogi Witoldem, Wojnarem w niewytłumaczony sposób nie na wielkiej drodze, nie na okrzyczanym, skrajnie trudnym problemie, lecz na małej turni Kościółek w Dolinie Batyżowieckiej.
Śmierć Birkenmajera i Stanisławskiego podwójną pieczęcią zamknęła trwający kilka lat największy i najtragiczniejszy okres naszego taternictwa, okres niebywałego, sportowego, wolnego od mitów i psychicznego balastu rozmachu, który podniósł i rozszerzył ogromnie skalę i rozmiary pokonywanych w Tatrach trudności, pchnął taternictwo na największe urwiska, a wreszcie wyprowadził je po raz pierwszy na większą i zorganizowaną skalę poza Tatry, na południową ścianę Meije, na grań Peuterey, na najwyższe szczyty Andów. W tym też okresie obok wyrosłej głównie w kręgu Stanisławskiego grupy ludzi, która już wkrótce miała niemal niepodzielnie pokierować losami całego naszego ruchu wysokogórskiego, pojawiają się jeszcze młodsi, nieraz kilkunastoletni chłopcy, którzy przez następne ćwierćwiecze mieli być filarami taternictwa i alpinizmu polskiego: Marian Paully i Kazimierz Paszucha z całą zwartą wokół nich grupą sportowców krakowskich, Stanisław Siedlecki, Jan Staszel, Jerzy Pierzchała i najmłodszy z nich, członek słynnego rodu taternickiego, Wawrzyniec Żuławski.
Po wspaniałych osiągnięciach lat 1929-1932 i po niewątpliwych sukcesach dwóch pierwszych wypraw alpejskich w latach 1931 i 1932, na terenie Tatr pojawia się zupełnie wyraźny zastój. Pokolenie, które dokonało wielkiego skoku, straciwszy niemal równocześnie dwóch czołowych przedstawicieli, wyczerpawszy w ogromnej mierze swój tatrzański program, a równocześnie dojrzawszy do większych celów (Alpy były tu pomyślnie zdanym egzaminem), jak gdyby przestaje się Tatrami zajmować. Wysiłki środowiska warszawskiego, skupionego od roku 1930 w Kole Wysokogórskim Oddziału Warszawskiego P. T. T., zbiegające się coraz bardziej z dążeniami ciągle młodych "Syfonów", zmierzają w zakresie organizacyjnym do zjednoczenia całego ruchu wysokogórskiego w Polsce w jedną organizację. W działalności swej taternicy polscy wybiegają myślami już nawet nie ku Alpom, ale ku wyprawom polarnym, ku Wysokiemu Atlasowi, Kaukazowi, ku największym górom świata - Andom i Himalajom. Toteż lato 1933 roku i zima 1933/34 są w Tatrach wyjątkowo słabe. Na placu zostają właściwie tylko zakopiańczycy i w roku 1934, pod nieobecność licznej grupy najczynniejszych w poprzednich latach taterników, działających w tym sezonie w Atlasie i na Spitsbergen, supremacja ich w Tatrach jest bezsporna.
Latem 1935 roku pojawia się znowu w Tatrach w przerwie między pobytem w Atlasie i Alpach Zbigniew Korosadowicz.
Wespół z Wawrzyńcem Żuławskim rozwiązuje w ciągu sezonu szereg najwyższej miary problemów. Sukcesy ich przypominają najlepsze czasy Stanisławskiego. Pada zdobyta północna ściana Małego Młynarza i wspaniała wschodnia ściana Łomnicy, ostatnia z rzędu największych niezdobytych ścian tatrzańskich, atakowana już przez Korosadowicza w 1931 roku. Wreszcie w dwóch dniach Korosadowicz i Żuławski przechodzą całość północno-wschodniej grzędy Mięguszowieckiego Szczytu, drogę pod względem rozmiarów i trudności dającą się porównać tylko z drogą Stanisławskiego na Małym Kieżmarskim. 19-letni Żuławski przejściami tymi wysuwa się na czoło elity tatrzańskiej.
Obok nich systematycznie działający Motyka zdobywa wraz z Karolem Mrózkiem południową ścianę Wschodniego Szczytu Żelaznych Wrót drogą, którą Motyka - jeden z najlepszych znawców dróg tatrzańskich i zdobywca dziesiątków sławnych problemów - uważał do końca za najtrudniejszą z przebytych przez siebie. Pod koniec sezonu przechodzi też w międzynarodowym towarzystwie (Czech, Słowak i Węgier) równie piękną jak jej południowa sąsiadka południowo-wschodnią ścianę Zamarłej Turni. I przez następne lata drobny, szczupły Staszek Motyka, nie garnący się do zimy taternickiej, nie wysyłany w Alpy, należy stale latem do najczynniejszych w Tatrach. Jego też ogromnym sukcesem staje się w lecie 1938 roku, oblegana wielokrotnie przez najlepszych, piękna i trudna południowa ściana Małego Kołowego Szczytu, wygrana niemal w bezpośrednim wyścigu taternickim z równocześnie szturmującą inną drogą to urwisko partią dawnego druha i towarzysza wypraw Jana Sawickiego, którego nadspodziewanie duże trudności zatrzymały o 30 metrów poniżej grani.
Inni działają w Tatrach już tylko sporadycznie. Główną areną sukcesów czołowych taterników polskich stają się już teraz Alpy, traktowane zresztą coraz bardziej treningowe, wyprawy polarne i góry pozaeuropejskie, toteż do rzadkości na terenie Tatr należą teraz drogi w wielkim stylu, rozwiązywane przez głośnych zdobywców epoki Stanisławskiego.
Równocześnie do coraz większego głosu dochodzą taternicy z południowej strony Tatr, głównie Słowacy i Niemcy spiscy. Obok niezmordowanego Zamkovśky?ego coraz bardziej ożywioną, na coraz wyższym poziomie działalność objawiają Nitsch, Kubin, Roland, Holy, Baron, a ich najlepsze sukcesy w lecie 1937 roku poważnie już zagrażają bezspornej dotychczas letniej supremacji Polaków w Tatrach.
Tatry lat dawnych
Ryszard Wiktor Schramm
c.d.n.
.............
Ryszard Wiktor Schramm (ur. 8 czerwca 1920 w Poznaniu, zm. 8 grudnia 2007) – polski biolog, taternik i podróżnik. W 1947 roku ukończył studia chemiczne, a w 1951 biologiczne. Opublikował około dziewięćdziesięciu publikacji naukowych z dziedziny biochemii i fizjologii roślin. W latach 1965-1969 był dziekanem Wydziału Biologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Był taternikiem i podróżnikiem. W 1936 roku zapisał się do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a w 1939 odbył kurs w Szkole Taternictwa Klubu Wysokogórskiego. W Tatrach wspinał się od 1947 roku, wytyczając tam 21 nowych dróg. W 1949 jako pierwszy dokonał zimowego wejścia na Mięguszowiecką Przełęcz Wyżnią. W 1955 był w zespole, który przeszedł główną grań Tatr. Brał udział w sześciu wyprawach polarnych na Spitsbergen (ostatnia z nich miała miejsce w 1992 roku), a także w wielu wysokogórskich wyprawach eksploracyjnych: Hindukusz, Atlas Wysoki, Ruwenzori i Darwaz Afgański. W 1979 roku został zaproszony do The Explorers Club. W 2003 roku otrzymał nagrodę Super Kolosa.












