Trzej najpotężniejsi ludzie w Europie w XX w. marzyli o tym by być, a potem uwierzyli w to, że są - artystami.
Stalin będąc w seminarium duchownym pisał romantyczne i uduchowione wiersze do momentu gdy carska Ochrana zwerbowała go jako donosiciela. Płynęła już stała pensja, a ze wzrostem standardu życia uleciał mu gdzieś idealizm. Pracował wiernie jako szpicel, oddał w ręce Ochrany nawet najlepszego przyjaciela. Gdy wszedł w "wielką politykę" nie było czasu i chęci na pisanie wierszy. Kiedyś miał powiedzieć, że polityka dla niego to też sztuka i tak ta "sztuka" zepchnęła na boczne tory poezję.
Podwójnym artystą był W. Churchill. Począwszy od 1915 roku namalował ponad 500 obrazów. W czasie wojny przerwał tę pasję, powrócił do niej, gdy opuścił politykę. Miał powiedzieć: "Gdy pójdę do nieba, mam zamiar większą część z pierwszego miliona lat spędzić na malowaniu". Nie za obrazy lecz za swoją twórczość jako pisarz, dostał Nagrodę Nobla, co oczywiście zbulwersowało prawdziwych literatów, a przede wszystkim tych, którzy w danym roku mieli nadzieję dostać to wyróżnienie. Hitler też był pisarzem i malarzem. Za "Mein Kampf" nie dostał żadnej liczącej się nagrody, ani za swe obrazy. Większość z nich była na poziomie osiągnięć przeciętnego ucznia średniej szkoły plastycznej, a może nawet poniżej, bo ci uczniowie w wyższych klasach już nie kopiują innych obrazów, malują świat ich otaczający i ludzi, on przeważnie kopiował. Był to dość prymitywny realizm, chodziło o wierne oddanie szczegółów, nie ma tu mowy o żadnej konwencji czy koncepcji artystycznej, eksperymentowaniu ze światłocieniem - nie było w nich osobistej artystycznej wizji. Malował kopiując najczęściej inne obrazy czy stare sztychy, bo przynajmniej na początku swej "kariery artystycznej" Hitler nie tylko nie miał pojęcia jak malować bezpośrednio obserwując naturę, ale był zbyt leniwy, by się tego podjąć. To co malował odbijało rzeczywistość dokładnie taką, jaką znalazł w kopiowanym oryginale. Powstawały obrazy/zdjęcia. Jeśli w tworach Hitlera znajdziemy coś ciekawego, oryginalnego, świeżego, to to znajdujemy w oryginale, który kopiował - to żadna zasługa Hitlera. Hitler nie ufał i nie rozumiał nowych kierunków malarskich, tak licznych i różnych jak impresjonizm, dadaizm i innych, które zawładnęły przełomem wieków XIX i XX. Uznał je później za fanaberie żydowskie. Nie tylko malował m. in. budynek opery, ale oglądał, gdy mu finanse pozwalały, przedstawienia operowe, nie opuszczał nigdy oper Wagnera, tego genialnego piewcy geniuszu germańskiego. Tak był zafascynowany i tą dziedziną sztuki, że na własny użytek, do szuflady projektował stroje teatralne I dobrze, że tak się stało, że tylko do szuflady, bo oszczędzone jest nam ich oglądanie.
Adolf miał ciągoty artystyczne już jako chłopiec. Mając 17 lat wybrał się z Linzu do Wiednia gdzie oglądał co ciekawsze budynki publiczne, chodził po muzeach i wpadł w zachwyt oglądając metropolię. W następnym roku, czyli w 1907, przybył do Wiednia by zacząć studia w Akademii Sztuk Pięknych. Egzamin teoretyczny zaliczył, oblał praktyczny z rysunków. Ponowił pró-bę dostania się na uczelnię w następnym roku. Kolejny zawód. Rektor uczelni zauważył, że załączone rysunki gmachów Wiednia są precyzyjne, zapytał czy jest architektem, a gdy otrzymał odpowiedź negatywną zasugerował, by zdawał na architekturę. Ale tu trudność nie do przebicia: do szkoły malarskiej przyjmowano na podstawie egzaminów wstępnych, nie pytano o wykształcenie. Kandydaci do studiów w dziedzinie architektury i budownictwa musieli przestawić dokument ukończenia szkoły średniej, coś w rodzaju matury - tego Hitler nie miał. Była w tej praktyce jakaś logika: kiepski malarz może tylko zaszkodzić sobie umierając z głodu, kiepski niedokształcony architekt czy budowniczy może zabić innych i spowodować wielkie straty gdy mu się most czy budynek zawali. By rozwiać późniejsze legendy, że Żydzi nie dopuścili Hitlera do Akademii, warto przypomnieć, że żaden z egzaminatorów nie był Żydem. Dodam, że jednym z egzaminatorów był słynny w swoich czasach portrecista Polak Kazimierz Pochwalski.
Czy już w tym wieku Hitler był antysemitą? - raczej nie. Wiemy, że matkę Hitlera leczył na raka Żyd Edward Bloch. Po jej śmierci Hitler bardzo serdecznie ze łzami w oczach dziękował mu za opiekę lekarską nad nią, nawet podarował mu swój obraz, a gdy już postanowił później wytępić wszy-stkich Żydów, zrobił jeden wyjątek, bo roztoczył osobistą protekcję nad wspomnianym lekarzem i pozwolił całej jego rodzinie w r. 1940 wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Matka umarła mu w bardzo trudnym dla niego czasie (ojciec cztery lata wcześniej przy kuflu piwa w knajpie!), w okresie między obydwoma egzaminami do Akademii. Po jej śmierci wynosi się na stałe do Wiednia, ale dość szybko wyczerpują się fundusze. Zmuszony jest zamieszkać w przytułku - instytucji która dawała nocleg aż tysiącu bezdomnym. Jego towarzysz z pryczy, włóczęga wiedeński niejaki Reinhold Hanisch po zobaczeniu kilku obrazów Hitlera sugeruje, by zaczął zarabiać na życie malując pocztówki. Hitler posłuchał sugestii - potrafił w ciągu dnia namalować nawet 3 obrazki. Reinhold sprzedawał je w kawiarniach i punktach turystycznych po 3 do 5 koron za sztukę; połowę zarobionej sumy zostawiał sobie. Po odliczeniu kosztów farb, płótna czy kartonu, pędzli, ich dzienny zarobek wynosił niewiele, po ok. 2 korony. Włóczęga był także zbieraczem zamówień na większe obrazy, ale tych nie było dużo.To komercyjne malowanie na tyle poprawiło budżet osobisty Hitlera, że mógł się przenieść do innego płatnego schroniska, do pokoiku wielkości 3 metry kwadratowe. Na opłatę za mieszkanie i skromne posiłki starczało pieniędzy, ale już nie było za co kupić butów i ubrania. To miejsce było luksusem w stosunku do poprzedniego schroniska: miał w swojej norce łóżko, miniaturowy stolik, wieszak, lustro, nawet oświetlenie elektryczne. Zródła nie wspominają krzesła, bo chyba już najmniejszego z najmniejszych nie dałoby się tam wcisnąć. W schronisku była czytelnia i tam Hitler kontynuował swoją pracę zarobkową. Z Reinholdem rozstał się, bo ten go za często oszukiwał; sam zaczął sprzedawać obrazki na ulicy, albo dostarczał je producentom ram do obrazów jako ich "wypełniacze".
Mało znane fakty z życia Hitlera Jego nowym przyjacielem stał się Żyd Josef Neuman, właściwe imię i nazwisko Siegfied Loeffner. Innym Żydom też wiele zawdzięczał.Ten nowy przytułek z osobnymi pokoikami dla bezdomnych ufundowali bogaci Żydzi; najwięcej gotówki wyłożył bankier wiedeński Nathaniel Rotschild. W tym okresie Hitlera stać było nawet na wychwalanie dobroczynności Żydów, a także ich wkładu do cywilizacji europejskiej. Antysemityzm i idea superrasy niemieckiej rodziły się w jego mózgu jak śmiertelna choroba powoli, przechodziły okres inkubacji, by wreszcie wybuchnąć jak bomba. Atmosfera w Wiedniu sprzyjała tej przemianie. Austria, mimo że była monarchią konstytucyjną, była w tym czasie dość zdemokratyzowanym krajem. Nie było konieczności bycia Austriakiem, by mieć szanse życiowe. I tak w parlamencie tylko co czwarty poseł mówił po niemiecku, debaty parlamerntarne prowadzono w 10 językach, przeważnie nie tłumaczono ich na niemiecki. Były partie polityczne, była pełna swoboda wypowiedzi, gazety wypisywały co chciały. Świetne to było środowisko dla wszelkiego typu mesjaszy, nawiedzonych, demagogów, cwaniaków. Hitler z wypiekami na twarzy czytał i słuchał niejakiego Karla Luegera, propagatora pangermanizmu, starającego się o stanowisko mera Wiednia. Tego typu demagogów było więcej w Wiedniu. Coraz bardziej zaczęły go pasjonować problemy aktualnej polityki. Uznał, że będzie miał większe pole do popisu w stolicy Bawarii Monachium, dokąd się przeniósł. Tu też początkowo trzeba się było z czegoś utrzymać. Zmienił strategię: zaczął malować obrazki przeważnie z budynkiem urzędu stanu cywilnego w tle i wciskał je za odpłatą szczęśliwym parom opuszczającym ten budynek. Już w Wiedniu na przestrzeni 4 lat namalował ok. tysiąca obrazów i pocztówek; cała jego twórczość malarska to około trzy tysiące "dzieł".
Malował nieustannie z małymi przerwami w czasie obu wojen światowych, bo nie miał wtedy czasu i warunków, by się oddawać tej pasji. Gdy został kanclerzem Niemiec zadbał o swój dorobek, polecił skupywać wszystko co wcześniej sprzedał czy rozdał - chciał w swoim rodzinnym Linzu stworzyć muzeum własnej twórczości, muzeum zaplanowane w szczegółach z nazwą Fuehrermuseum. Gdy tuż przed II wojną światową uwierzył, że jest Orłem, a orzeł mieszka tylko na wysokościach, zadomowił się w pensjonacie w Alpach i malował już nie z kopii, ale z natury, landszafty górskie. Ci, którym je pokazywał, musieli prawie mdleć z rozkoszy i wychwalać aż do zdarcia gardła, bo gdyby nie... Gdy był w dobrym nastroju obdarowywał niektóre ważniejsze osobistości jak Goeringa czy Mussoliniego tymi "arcydziełami", co dla tych ludzi, w jego mniemaniu, powinno było być największym szczęściem, jakie człowiek na tej ziemi może osiągnąć. Nie poprzestał tylko na tym, zrobił megalomańskie plany przebudowy Linzu, by to nowe miasto godnie przypominało potomnym kto z niego pochodzi, Rozkochał się w rozrysowaniu planów innych miast, m. in. Berlina, z monstrualnymi budynkami, placami, szerokimi prostymi alejami. Nie zdążył, może nie odważył się, spalić tych miast, by zrobić miejsce na nowe, tak jak to zrobił prawie dwa tysiące lat wcześniej cesarz Neron z Rzyme. Nie zbudował nawet muzeum - zabrakło mu czasu i szczęścia na wojnie. Jego zebrane malowidła umieszczono w czasie II wojny światowej w lochach hotelu Platterhof - zagarnęli je Amerykanie po zajęciu Berlina.
Co jakiś czas na rynkach sztuki czy na giełdach pojawia się jakiś obraz, czy kilka obrazów malowanych ręką Hitlera; sprzedają się tanio - najwyższą sumę osiągnięto w okolicach 30 tysięcy dolarów. Powodem tego jest to, że Hitler tak wiele namalował, a im podaż większa, tym mniejszy popyt; poza tym wielkie domy aukcyjne nie są zaiteresowane tymi transakcjami, by nie przyklejono im łatki zwolenników hitleryzmu i rasizmu. W małych domach aukcyjnych i antykwariatach ceny za nie są stosunkowo niskie.
Przychodzi mi głupia myśl do głowy: nie Hitler, lecz Zygmunt Allemand, rektor Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, jest odpowiedzialny za ludobóstwo 40 milionów ludzi, ogromne szkody materialne i kulturowe, bo nie przyjął Hitlera na studia. Gdyby tak się stało, Adolf zostałby chyba nie wielkim artystą, ale może nieco lepszym malarzem potrafiącym utrzymać się w jako takim dostatku z pracy własnych rąk i w rezultacie nie byłoby II wojny światowej. Ale z drugiej strony, nie wiadomo jaką drogę wybrałaby Historia: na pewno nie napisano by dziesiątek tysiący książek o tym okresie, świat nie dostałby takiego rozpędu, bo wiadomo, że wojna wyzwala geniusz i popycha, szczególnie w dziedzinie technologii, wszystko do przodu. Może nawet to, co teraz piszę, pisałbym na maszynie do pisania, a nie na komputerze, no i nie wiadomo jaką przyszłość zgotowałby nam drugi, a może nawet pierwszy przed Hitlerem zbrodniarz wszech czasów Stalin; miałby bowiem bez Hitlera większe pole manewru.
Władysław Pomarański












