Niemiecka łódź podwodna U-234 wypłynęła z portu w Kiel 25 marca 1945 roku. Celem była Japonia. Ubot został zatrzymany na północnym Atlantyku przez okręty amerykańskie. Kiedy wyładowano ładunek, okazało się, że oprócz samolotów odrzutowych w częściach i rakiet z bronią chemiczną przewoził także pojemniki z tlenkiem uranu.
Mimo że dokumentacja przejęcia ładunku z U-234 znajduje się w Centrum Historycznym Marynarki Wojennej w Waszyngtonie, los tlenku uranu nie jest znany. Prawdopodobnie użyto go do budowy jednej z dwóch bomb atomowych, które USA zrzuciły na Japonię. Taką sugestię wysunął na łamach "The New York Times" John Lansdae, który w ostatnich miesiącach II wojny światowej odpowiadał za utrzymanie w tajemnicy budowy amerykańskiej bomby. Jednak twardego dowodu na poparcie jego słów nie ma.
Mimo że od zakończenia II wojny światowej minęło 65 lat, nadal trwa dyskusja, czy Amerykanie powinni zaatakować Japonię bombami atomowymi, chociaż atak przyniósł mniej ofiar niż np. dywanowe naloty na Tokio i Drezno. Zwolennicy atomowej agresji podkreślają, że dzięki niej amerykańska armia uniknęła ogromnych strat, a w końcu to Japonia wywołała wojnę z USA.
Amerykanie, którzy swoje prace nad bombą atomową rozpoczęli w 1942 roku, pod kryptonimem Projekt Manhattan, bardzo szybko osiągnęli cel. Do próbnego wybuchu doszło 16 lipca 1945 roku na poligonie w stanie Nowy Meksyk, ale nie oznaczało to, że nowa broń zostanie użyta przeciw Japończykom. Początkowo Stany Zjednoczone planowały desant na wyspy japońskie. Ostatecznie jednak zapada decyzja użycia atomu. 6 sierpnia 1945 roku Superforteca B-29, dowodzona przez pułkownika Paula Tibbetsa, zrzuciła na Hiroszimę bombę, którą nazwano Litte Boy ("Chłopczyk"). Siła eksplozji miała moc 13 kiloton TNT. Zginęło od 70 do 90 tysięcy ludzi.
Atak na Hiroszimę nie przyniósł spodziewanego efektu. Japońscy wojskowi przekonali bowiem cesarza Hirohito, że Amerykanie dysponowali tyko jednym ładunkiem i nadal można prowadzić wojnę. Dlatego w Białym Domu zapadła decyzja o kolejnym ataku. Tym razem celem było miasto Nagasaki. Eksplozja miała moc 22 kiloton TNT. Zginęło od 40 do 70 tysięcy ludzi. Mniej niż w Hiroszimie, bo ładunek spadł 3 kilometry od wyznaczonego celu. Mimo że japońska generalicja chciała walczyć dalej, cesarz zdecydował o podpisaniu bezwarunkowej kapitulacji.
Koniec II wojny światowej stał się jednocześnie początkiem wyścigu zbrojeń między USA a ZSRR. Rosjanie musieli zbudować własną bombę atomową. Prestiż miał w tym wypadku drugorzędne znaczenie. Stalin zdawał sobie sprawę, że posiadanie takiej broni daje Amerykanom przewagę militarną, której konwencjonalne uzbrojenie nie może zniwelować. Radzieckie badania rozpoczęły się już w 1940 roku, gdy powołano zespół, którego celem by stworzenie planu rozwoju technologii atomowej. Prawdopodobnie Rosjanie zbudowaliby bombę wcześniej, ale badania uległy spowolnieniu po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 roku. Placówki badawcze ewakuowano daleko za linię frontu, część naukowców powołano do armii. Dopiero w 1943 roku wznowiono prace. Paradoksem jest to, że potrzebny do badań tlenek uranu i azotan uranu Rosjanie otrzymali od Amerykanów w ramach programu Lend-Lease (amerykański plan pomocy w sprzęcie dla krajów walczących z Niemcami). Gwałtowny postęp nastąpił w 1945 roku, gdy Emil Klaus Julius Fuchs, niemiecki fizyk biorący udział w amerykańskich pracach nad bombą atomową, przekazał Rosjanom tajne plany. (Szpiedzy w infiltracji badań jądrowych, prowadzonych przez USA, także polscy, to temat na osobną historię). Mimo agenturalnej pomocy prace trwały jeszcze 4 lata, bo rosyjscy naukowcy powtarzali wszystkie doświadczenia. Wiedzieli, że nie mogą pozwolić sobie na błąd, by nie narazić się na gniew Stalina. Ostatecznie 2 sierpnia 1949 roku, na poligonie w Kazachstanie, doszło do detonacji radzieckiej bomby atomowej o sile 20 kiloton TNT. W militarnej rywalizacji dwóch mocarstw zapanowała równowaga.
Wybuch III wojny światowej, w której planowano użycie ładunków nuklearnych, sprawiłby, że Polska podzieliłaby los Hiroszimy. Radzieccy wojskowi planowali, że posuwające się na Zachód dywizje zmechanizowane Układu Warszawskiego będą pokonywały w ciągu dnia 60 kilometrów. Aby wykonać to zadanie, dopuszczano możliwość użycia bomb atomowych w celu wyrąbania korytarzy dla nacierających wojsk pancernych. Atak jądrowy mieli zrealizować Polacy. W 1965 roku w Bydgoszczy rozpoczęto szkolenie naszych pilotów z 5 Pomorskiego Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego na samolotach SU-7. Trzy takie maszyny znajdują się dziś w krakowskim Muzeum Lotnictwa.
- Rozmawiałem z tymi pilotami. Przechodzili szkolenie na sucho, bez bomb. Jeden z nich ma dziś ponad 80 lat i mieszka w Pile - mówi Arkadiusz Kaliński, dyrektor Pomorskiego Muzeum Wojskowego w Bydgoszczy.
Co ciekawe, oprócz Polaków, do zrzucenia bomb atomowych szkolono jeszcze tylko czeskich pilotów. Do innych sojuszników ZSRR nie miał zaufania. Później, w latach 70., polscy piloci szkoleni byli na terytorium Białorusi, gdzie latali samolotami SU-20 o zmiennej geometrii skrzydeł. Bomby, które mieli zrzucić, składowane były w bazach radzieckich na terenie naszego kraju i miały zostać przekazane polskiemu wojsku dopiero na wypadek wojny.
- Naszej armii doskonale znane były obiekty, w których składowano głowice, bo to ona je budowała na podstawie dokumentacji technicznej dostarczonej przez Rosjan - mówi Paweł Piotrowski, historyk z wrocławskiego oddziału IPN, który bada sprawę składowania radzieckiej broni atomowej na terenie naszego kraju.
Zdaniem Józefa Szaniawskiego, pełnomocnika pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, Rosjanie przewidywali, że wojna w Europie potrwa od 7 do 18 dni. Tak szybki atak miał uniemożliwić Amerykanom przerzucenie na Stary Kontynent swoich wojsk. Ten plan oznaczał dla Polski kataklizm.
NATO przewidywało, że jej europejskie armie skupią się na powstrzymaniu pierwszego uderzenia, jakie miały przeprowadzić sowieckie oddziały stacjonujące we wschodnich Niemczech oraz wojska Czechosłowacji, Polski i NRD. Natomiast drugi rzut wojsk Układu Warszawskiego, który miał wyruszyć z terenu Białorusi i Ukrainy, miał zostać powstrzymany atakiem nuklearnym na linii Wisły. Dałoby to Amerykanom czas na dotarcie do Europy. Realizacja tego scenariusza oznaczałaby, że większość naszego kraju zamieniłaby się w radioaktywnie skażoną pustynię.
Przywódcy PRL-u doskonale zdawali sobie sprawę, czym grozi naszemu krajowi agresja ZSRR na Europę Zachodnią. Godzili się jednak na to i zaprzeczali, by na terytorium Polski znajdowała się broń atomowa. Dziś nie ma już co do tego wątpliwości. Ślady radioaktywne wykryto w kilku poradzieckich bazach, m.in. Brzegu, Sypniewie, Szprotawie i Żaganiu.
Kiedy Edward Gierek został I sekretarzem PZPR, postanowił dołączyć do klubu państw posiadających broń jądrową. Plan, z naukowego punktu widzenia, był naiwny i pochłonął miliony dolarów, sprowadził też na Warszawę groźbę skażenia radiologicznego. Pierwsze prace rozpoczęto już pod koniec lat szesćdziesiątych, gdy dr Zbigniew Puzewicz, szef Katedry Podstaw Radiotechniki Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, sporządził raport, w którym sugerował, że istnieje możliwość przeprowadzenia reakcji termojądrowej przy użyciu lasera. Opracowanie programu wzbudziło zainteresowanie prof. Sylwestra Kaliskiego, komendanta uczelni. Zwrócił się do Gierka. I sekretarz miał nadzieję, że dzięki posiadaniu bomby Polska nie będzie aż tak zależna od ZSRR i wyraził zgodę na rozpoczęcie badań. Prace prowadzono w specjalnie zbudowanej hali stojącej na terenie warszawskiej dzielnicy Wola. Zastosowano kuriozalne zabezpieczenia mające chronić mieszkańców na wypadek skażenia. Teren otoczono wałem ziemnym. Próbny wybuch planowano przeprowadzić w sztolni, którą zamierzano wybudować w Bieszczadach.
Ostatecznie projekt zakończył się fiaskiem. Prace przerwano po nagłej śmierci prof. Kaliskiego. Do dziś trwają spekulacje, czy za jego zgon - w wypadku samochodowym - nie odpowiada KGB. Z zachowanych materiałów wynika jednak, że Rosjanie wiedzieli o prowadzonych pracach, ale nie traktowali ich poważnie. W polskich warunkach możliwe było stworzenie lasera o mocy tyko 1 kilodżula. Wcześniej bez rezultatów w Moskwie przeprowadzono eksperyment z użyciem 20-krotnie silniejszego urządzenia. Nie udało się także Amerykanom, posiadającym laser o pięciokrotnie większej mocy. Dziś wiadomo, że musi mieć moc minimum 10 tysięcy kilodżuli, by zapoczątkować syntezę termojądrową.
***
Kiedy zmienił się system polityczny w naszym kraju mrzonki o posiadaniu bomby atomowej powróciły. Jan Parys, minister obrony Narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, twierdził, że Wojskowe Służby Informacyjne próbowały pozyskać materiały potrzebne do wyprodukowania bomby jądrowej, a prezydent Lech Wałęsa miałby jakoby ten pomysł popierać. Niedawno jedna z ogólnopolskich gazet sugerowała, że nasz kraj teoretycznie może zbudować kilkanaście bomb atomowych.
Tymczasem w Polsce nie jest możliwe wyprodukowanie bomby. - Plutonu zawartego w wypalonym paliwie jądrowym, przechowywanym przy reaktorze w Świerku, wystarczyłoby może na jakąś bombę, ale nie posiadamy odpowiedniej technologii, aby go wydzielić. Ponadto podpisaliśmy układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej - studzi atomowe zapędy Piotr Jaracz z Państwowej Agencji Atomistyki.
Przemysław Przybylski
Klub atomowy
Broń jądrową posiada 9 państw (w nawiasach od kiedy i jaką ilością głowic dysponuje. Dane z 2009 r.).
USA (1945 r., 10 000 - w maju 2010 r. Amerykanie ogłosili, że mają 5113 głowic), Rosja (1949 r., 16 000), Wielka Brytania (od 1952 r., 160), Francja (1960 r., 350), Chiny (1960 r., 200), Indie (1974 r., 160), Izrael (1979 r.), Pakistan (1998 r., 80), Korea Północna (2006 r., 15). Bombę jądrową próbuje wyprodukować Iran. Według Izraela już w tym roku będzie miał potrzebną technologię do jej stworzenia. Zdaniem CIA może dojść do tego w latach 2010-2015. Według inspektorów Międzynarodowej Agencji Atomowej Teheran posiada ilość uranu pozwalającą na produkcję dwóch bomb. Niedawno ujawniono zdjęcia zrobione w Birmie. Widać na nich tajny ośrodek zbudowany w niedostępnej dżungli, w którym prowadzone są prace mające na celu wyprodukowanie broni jądrowej. Junta wojskowa rządząca tym krajem otrzymuje technologię i materiały potrzebne do badań z Korei Płn. Reżim w Phenianie zaprzecza, ale zdjęcia satelitarne ujawniły tajne transporty z urządzeniami do wzbogacania uranu.












