JANGROT. Jak biskup krakowski zapewnił sobie nieśmiertelność
Od Krakowa to przecież wcale niedaleko, a i wycieczka trasą bynajmniej nie monotonną - zwłaszcza, gdy wybierze się wariant, zahaczający o dolinę Prądnika.
We wsi zaś nie tylko, że przywykły do zamykającego horyzont widoku Lasu Wolskiego - wypiętrzonego wszakże niczym łańcuch najprawdziwszych gór - gość może się nasycić łagodną powtarzalnością pokrytych uprawnymi rolami pagórków, falujących statecznie w stronę północy, to jeszcze otrzeć o historię tak malowniczą, że aż zaskakującą. No i na deser zobaczy ową - zapowiadaną, obiecaną - osobliwość, jakiej nie spotyka się bynajmniej na każdym kroku.
Ciekawe jest już samo pochodzenie nazwy wsi: wersja, powtarzana przez rodowitych jangrocian, twierdzi, iż jej założyciel, biskup krakowski Jan Grot, łącząc brzmienie swego imienia i nazwiska, zapragnął w ten sposób zapewnić sobie nieśmiertelność. Co też (jak widać...) udało mu się. Miał dzięki temu o wiele więcej szczęścia, aniżeli jego późny następca, także biskup - Jan Paweł Woronicz - z Jangrotem po prostu pogniewany.
To historia może niezbyt budująca, jednak choćby przez swą egzotyczność (kto w Polsce widział, aby lud wojował z biskupem?) warta odnotowania. Woronicz otóż, który w 1822 został właścicielem Jangrota, chciał łaskawym gestem zaznaczyć swoje zwierzchnictwo i na początek zafundował wsi nowy kościół - drewniana bowiem świątynia Wszystkich Świętych, wzniesiona na koszt bp. Grota przed 1347 r. (wtedy bowiem zmarł w Wawrzeńczycach ów dostojnik, autor rozbudowy katedry wawelskiej), chyliła się ku upadkowi. Dopóki ciągnięto w górę mury, wszystko było jeszcze w porządku, kiedy zaś Woronicz zakupił w Krakowie kamienne posadzki i poprosił wiernych o przetransportowanie ich na plac budowy, ci stanęli okoniem: poradzili biskupowi, żeby sam sobie ciosy woził - i w efekcie w 1830 ułożono w kościele drewnianą posadzkę.
To nieporozumienie zaogniło stosunki. Na dodatek rychło jangrocianie wystosowali do cara Mikołaja I skargę na biskupa - że postawił kościół na ziemi gromadzkiej bez odszkodowania dla wsi! Tego hierarcha (skądinąd subtelny poeta i kaznodzieja natchniony) znieść nie mógł: oddał jangrockie włości rządowi w zamian za roczną pensję i z tak niewdzięcznymi owieczkami wszelkie kontakty raz na zawsze zerwał. Została po nim tylko kamienna tablica fundacyjna z rodowym herbem, wmurowana nad głównym wejściem do świątyni.
W rosyjskich czasach Jangrot był miejscowością mocno nieciekawą, a pobyt w niej groził wręcz niebezpieczeństwem. Wśród miejscowych kwitła wiara w gusła i zabobony, walcząca o lepsze może jedynie z zamiłowaniem do kieliszka. Najsławniejszy obwieś tamtych czasów, którego personalia zapisano (ale ich nie powtórzymy, bo kto wie, czy nie żyją jego potomkowie?), wsławił się tym, że jeśli palił - to dwa papierosy na raz, kiedy zaś pił - to z dwóch kieliszków równocześnie!
Tamten Jangrot przestał istnieć w listopadzie 1914 r. Węgierscy honwedzi, atakujący okopanych pod wsią Rosjan, przełamali ich opór, puszczając jednakże zabudowania z dymem i łupiąc (wojennym zwyczajem) resztki dobytku mieszkańców. W efekcie jedyną pamiątką z czasów dawnych jest nieszczęsna fundacja biskupa Woronicza - eklektyczny kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela oraz towarzysząca mu dzwonnica.
Jednonawowa bryła prostokątnego kształtu, z dostawionymi zakrystią i skarbcem, nie jest może cudem architektury, ale też na pewno nie można jej nazwać niegodnym uwagi tuzinkowym obiektem. Pod beczkowym sklepieniem nawy miejsca dość dla wcale licznych zastępów wiernych - w prezbiterium, podpartym jońskimi filarami, znajduje się ołtarz, utrzymany w duchu neobarokowym (powstawał w latach 1892-2893), ozdobiony obrazem z wizerunkami św. Jana Chrzciciela i św. Pawła Apostoła; umieszczona nad nimi Matka Boska - otoczona aniołami - wskazuje Jezusa błogosławiącego świat. Powyżej widnieje obraz św. Michała Archanioła, namalowany - jak głosi tradycja - przez zdolną uczennicę Jana Matejki.
Nawę dekorują aż cztery ołtarze boczne: Jezusa Ukrzyżowanego, Opatrzności Bożej, Świętej Rodziny i Matki Boskiej. Obrazy w dwóch pierwszych wykonał Michał Stachowicz. Listę malarskich zdobień świątyni uzupełniają, położone wprost na murach, wizerunki świętych: Mateusza, Marka i Wojciecha (po północnej stronie nawy) oraz Łukasza, Jana i biskupa Stanisława Szczepanowskiego (na ścianie południowej). Ośmiogłosowe organy zakupiono w 1887 r. w warszawskiej wytwórni Józefa Szymańskiego.
A to, co w Jangrocie bodaj najciekawsze, to wewnętrzne schody, dzięki którym można dostać się na dzwonnicę. Choć budynek jest murowany, stopnie wykonano z drewna: z potężnych desek, uformowanych w wydłużone trójkąty o zaokrąglonych końcach. Cieńsze wierzchołki ułożono jeden na drugim, w wachlarz, wskutek czego podpierają się i obciążają jednocześnie, tworząc spiralną ścieżkę wiodącą wzwyż. Naprawdę piękna rzecz!
Z czasów dawnych przetrwał tylko jeden dzwon, odlany w 1557 - drugi, rówieśny mu, uległ uszkodzeniu podczas walk I wojny i został ostatecznie zarekwirowany przez Niemców w 1943 r. I jeszcze słowo a propos węgiersko-rosyjskich bojów: czujący ducha historii ówczesny proboszcz ks. Jezierski, którego zasługą była odbudowa kościoła ze zniszczeń, kazał wmurować w jego ścianę 14 szrapneli austriackiego pochodzenia dla upamiętnienia 5-tygodniowych zmagań.
(WALD)












