Na tle licznych filmów o obozach koncentracyjnych nieobecność obrazów o sowieckich łagrach jest rażąca, szczególnie że nie brak dobrej literatury na temat Archipelagu Gułag. Na Zachodzie filmowcy trzymali się odeń z daleka, bo będąc w większości lewicowcami woleli nie pamiętać o sowieckim ludobójstwie albo udawać, że go nie było. W Europie Środkowej i Wschodniej przed upadkiem komunizmu tylko nieliczne filmy węgierskie i jugosłowiańskie nieśmiało nawiązywały do łagrowej rzeczywistości. Ale po odzyskaniu wolności w kinie byłych krajów "demokracji ludowej" zapanowało na ten temat zagadkowe milczenie.Trzeba było Australijczyka Petera Weira, aby na ekranie kinowym pojawił się obraz sowieckiego łagru w filmie The Way Back. Obraz ten nie różni się tak bardzo od wizerunków filmowych hitlerowskich obozów zagłady - konwoje wycieńczonych więźniów; strażnicy z psami; zatłoczone baraki; głód, zimno, wszy i choroby; brutalność strażników i kryminalistów; mordercza praca i trupy na śniegu, na które nikt nie zwraca uwagi.
The Way Back, nakręcony na podstawie kwestionowanej wspomnieniowej relacji Sławomira Rawicza The Long Walk, nie jest jednak obrazem martyrologicznym. Stalinowski komunizm i łagrowa rzeczywistość są w nim jedynie punktem wyjścia.
MŁODY OFICER POLSKIEJ KAWALERII Janusz (Jim Sturgess) zostaje skazany na Sybir pod fałszywymi zarzutami na podstawie zeznań jego żony, wymuszonych torturami. W łagrze zdaje sobie szybko sprawę, że ma tam małe szanse przetrwania. Ale ucieczka jest alternatywą niemal równie beznadziejną - jak informuje nowo przybyłych komendant, ich prawdziwym więzieniem jest nie teren okolony drutami kolczastymi, lecz okrutny syberyjski klimat i takaż przyroda. "Niemal", bo jak mówi bohater sceptycznemu koledze, uciekinierzy mogą przynajmniej umrzeć jako ludzie wolni.
Do ucieczki inspiruje bohatera pełen pomysłów, ale niezdolny do działania kolega (Mark Strong). Do siedmioosobowej grupy, w której znajduje się inny Polak (Sebastian Urzendowsky), obywatele paru krajów ujarzmionych przez Stalina (Dragos Bucur, Alexandru Potocean i Gustaf SkarsgĆrd) i Amerykanin, wprasza się groźbą i prośbą kryminalista Valka (Colin Farrell). Po drodze, po wstępnych oporach, włączają do swego grona zbiegłą z kołchozu, osieroconą polską nastolatkę Irenę (Saoirse Ronan). Planują przejście kilku tysięcy kilometrów dzielących ich od Mongolii, a film to historia ich mozolnej wędrówki przez tajgę, jeziora, rzeki, pustynię i góry, która poprowadzi zbiegów dalej, niż zamierzali.
W HOLLYWOODZKIM UJĘCIU The Way Back byłby zapewne filmem przygodowym. Uciekinierzy musieliby w nim stawić czoło ścigającym ich strażnikom albo lokalnym donosicielom. Mielibyśmy tam sceny walki z niedźwiedziem albo tygrysem i konfrontację z mongolskimi koczownikami. Weir w tym niezależnym utworze wystrzega się jednak fabularnej i emocjonalnej łatwizny. Nie ma w nim efektownych bijatyk, "cyrkowych" popisów ani wzniosłych momentów, w których muzyka grzmi triumfalnie. Filmowca interesują bardziej zmagania bohaterów z przyrodą, żywiołami i własną słabością. Zajadłe komary są dla nich większym wyzwaniem niż mundurowi z NKWD. Głód, pragnienie, ból i skrajne fizyczne wyczerpanie odzierają ich z powłoki cywilizacji. Valka mówi Januszowi, że ludożerstwo może się okazać jedyną możliwością przetrwania najsilniejszych. W innej scenie uciekinierzy odganiają wilki od świeżo przez nie upolowanej łani, by rzucić się na krwawe ochłapy.
Weir nie zawsze staje na wysokości ambitnego zadania, które sobie postawił. Psychologiczna dynamika grupy chwilami nie pasuje do ekstremalnej sytuacji. Działają oni najczęściej tak zgodnie i są tak spolegliwi, jakby walka o przetrwanie zamiast wyzwalać usypiała w nich niskie instynkty - nikt nikomu nie skacze do gardła. Niekiedy bardziej przypominają skautów niż desperatów. Wskutek braku dramatycznego napięcia film jest czasem monotonny.
Charakterystyka psychologiczna i historie postaci są przy tym tak szkicowe, że tylko dzięki dobremu aktorstwu można się z nimi zidentyfikować, choć niekiedy trudno uwierzyć w ich emocje. Janusz np. zbyt łatwo godzi się ze zdradą żony i gotów jest jej wybaczyć. Najbardziej przekonujący jest anonimowy Amerykanin (dobry Ed Harris), zmagający się z osobistą tragedią i poczuciem winy w milczeniu, z zagryzionymi ustami.
JEDNĄ Z GŁÓWNYCH RÓL, podobnie jak w Rescue Dawn Wernera Herzoga, gra tu dzika przyroda i dzięki zdjęciom Russella Boyda robi to wspaniale. Ale o ile u Herzoga była ona jakby żywą istotą czatującą na bohaterów, w obrazie Weira jest odległa i okrutnie obojętna. Wędrowców widzimy często na dalekich planach jako sylwetki zagubione w bezmiernej przestrzeni. Z kadrów tych emanuje atmosfera osamotnienia i izolacji.
Zamiar reżysera jest oczywisty - ta wędrówka nie jest przygodą, lecz metaforą wytrwania na przekór wrogiemu otoczeniu i żywiołom (historii). Motywy przedobozowych losów bohaterów i symboliczne "stacje" na ich szlaku - zaślepienie ideologiczne, entuzjazm i rozczarowanie zagranicznych sympatyków komunizmu, zburzone świątynie, kości pomordowanych, podbite narody - nam, "wędrowcom", sugerują to dostatecznie jasno. Dodając na koniec montaż zdjęć archiwalnych z głównych wydarzeń historii oporu przeciwko komunistycznej opresji - z naciskiem na wydarzenia w Polsce - reżyser stawia więc kropkę nad "i" na użytek zachodnich widzów. W wywiadach mówił, że chciał tym filmem złożyć hołd przede wszystkim Polakom i ich upartemu dążeniu do wolności. Mimo pewnych zastrzeżeń do jego filmu jest to nie tylko szlachetny, ale także artystycznie znaczący gest wybitnego reżysera.













