Dedykuję Basi Przychodzkiej
(fragment powieści)

Nie wiem jak długo stałem przed kamienicą, a ściślej mówiąc, przed jej dwuskrzydłą bramą, z ciemną dziurą otwartej furtki w jej lewym skrzydle.
Kusiła mnie ta furtka. I to kusiła jak nie wiem co.
Nie wiem dlaczego, ale bolała mnie szczęka. Zdałem sobie z tego sprawę, dopiero wtedy, kiedy przekroczyłem jej mroczny próg. Zrobiło mi się jakoś mroczno, jakby mnie koń w łeb kopnął.
Ale zanim wszedłem, zrobiłem jeszcze kilka kroków do tyłu. Chciałem ogarnąć kamienicę, która być może była moją matką. Ale nie ogarnąłem. Ginęła w obłokach.
- Tak. Tu przyszedłem na świat. Wiem o tym. Poznaję twój zapach matko…
Ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Wzdrygnąłem się.
- Wróciłeś jednak.
To był starszy mężczyzna. Właściwie starzec. Trzymał miotłę z brzozowych witek. Skąd ja go znam?
- Cały czas sprzątam ulicę. Pamiętam, kiedy byłeś małym chłopcem – pokazał jakim.
- Nigdy nie byłem małym chłopcem. Jestem wymysłem pewnego pisarza.
- Byłeś… Byłeś. Nikt cię nie wymyślił, żaden pisarz. Może trochę źle się czujesz, ale nic poza tym.
- To dlaczego nie pamiętam nic z dzieciństwa.
- A to pamiętasz? – Starzec uklęknął przede mną.
I wtedy zobaczyłem siebie, miałem kilka lat, prowadziłem duchownego, misjonarza, który niósł Ciało Chrystusa dla mojego umierającego dziadka. I wtedy, na nasz widok, ten starzec uklęknął na ulicy, i przeżegnał się dokładnie w ten sam sposób, jak zrobił to teraz.
- Niech pan wstanie. Proszę. – Podałem mu rękę.
- Pamiętasz? – Zapytał ciężko wzdychając. Wyprostował się.
- Tak, teraz pamiętam.
- Widzisz. Nikt cię nie wymyślił. Nikt, nawet Bóg…
Odwrócił się i zaczął sprzątać ulicę.
- Nawet Bóg… - usłyszałem na pożegnanie.
Przy bramie na składanym stołku siedział sprzedawca cukrowej waty, zrozumiałem, że od pewnego czasu przyglądał nam się uważnie. Zapach gorącego cukru drażnił moje nozdrza, a widok waty nakręcanej na drewniany patyk powodował przyśpieszoną pracę ślinianek.
- Podejdź tu chłopcze – zagadnął, nie przerywając kręcenia.
Podszedłem. Stałem chwilę bez słowa.
- Dzień dobry – przerwał milczenie.
- Dzień dobry – odpowiedziałem z lekkim zażenowaniem.
- Przynieś mi wiadro wody, to dam ci podwójną watę.
Kran z wodą, był jakieś sto metrów stąd, na zapleczu starej szkoły. Za podwójną watę obróciłbym nawet z pięć razy, jakby było trzeba. Ale nie było trzeba tyle. Wystarczył raz. Miałem szczęście!
Chwyciłem wiadro i pobiegłem w stronę starej szkoły. Byłem tak zaaferowany, że nie zauważyłem jadącego z góry samochodu. Usłyszałem jedynie pisk opon, i po chwili poczułem twardą rzeczywistość maski samochodu, a potem i ulicy. Wiadro toczyło się z górki. Zerwałem się na równe nogi i dogoniłem. Ucho było trochę wykrzywione, ale to nic.
- Życie ci nie miłe baranie!
Wściekły kierowca wybiegł z samochodu właściwie wyleciał, wyglądał jak szerszeń, zdesperowany leciał w moją stronę.
- Sam jesteś baran, mógłbyś uważać trochę jak jedziesz koło szkoły. – Krzyknął sprzedawca waty. – Król szos się znalazł.
- Tu już nie ma szkoły. – Kierowca odzyskał ludzką postać, i na wszelki wypadek wrócił do wozu bzycząc coś pod nosem, po czym powoli odjechał. Pobiegłem do kranu. Kran opatulony był pakułami i obity blachą, aby nie zamarzał w czasie mrozów. Nalałem pełne wiadro, co prawda podniosłem je, ale zrezygnowałem po kilku krokach. Było cholernie ciężkie. Odlałem trochę i zrobiłem już kilkanaście kroków. Nim dotarłem do sprzedawcy waty, miałem zaledwie pół wiadra wody.
Sprzedawca pokręcił nosem.
- To tylko pół wiadra. Musisz dolać.
- Tylko nie to. Nie dam rady. Ta woda jest ciężka.
- Taka była umowa. – Był nieprzejednany.
- To niech mi pan da połowę waty.
- Nie.
- To co mam zrobić?
- Musisz przynieść całe wiadro. Spójrz. To nawet nie podwójna, ale potrójna porcja. Jest dla ciebie, ale za pełne wiadro.
- Nie męcz chłopka. – Odezwali się bracia Jarek i Lech. – O mało co, a straciłby życie pod kołami. Trzeba było ruszyć dupę i samemu iść po wodę. Daj mu watę.
- Dam, ale jak się wywiąże z umowy.
- Powiem tak – Bracia mówili jednocześnie. – Tak, czy siak, dasz mu tą watę. Możesz jedynie wybrać sposób.
- Jaki sposób?
- Dasz mu ją bez problemu, albo całkowicie bez problemu. Teraz wybieraj!
Z braćmi nie było żartów. Po chwili zajadałem się potrójną porcją cukrowe waty, którą otrzymałem całkowicie bez problemu.
Tak. Z braćmi nie było żartów.
…
Nie wiem jak długo, ale od jakiegoś czasu leżałem na swoim tapczanie bawiąc się lepkim, drewnianym patykiem.
Bawiłem się nim od niechcenia, nieświadomie, bezwiednie. Wpatrywałem się raczej w bluszcz, który zarastał ścianę, wplatał się w rury od centralnego ogrzewania, karnisze, firanki, kaloryfer, lampę, kinkiet, a teraz oplatał reprodukcję obrazu Van Gogha, Cyprys.
Mój ojciec dostał tę reprodukcję na imieniny, albo wygrał, ciągnąc los w księgarni. Tak, to bluszcz dostał na imieniny. Ojciec nie cierpiał bluszczy, dlatego ten znalazł się w moim pokoju.
Zresztą, to teraz nieważne. Zastanawiałem się, jak z takiej małej doniczki może wyrosnąć tak wielki bluszcz. Ciekawe ile ziemi jest w tej doniczce…
Powoli zaczynało mnie martwić, że bluszcz tak rozpanoszył się w moim pokoju, bałem się, że jak tak dalej pójdzie, nie będzie miejsce dla mnie.
Ale, czy ja mam większe prawa do tego kawałka przestrzeni w tym świecie, niż ta roślina? Kim ja do cholery jestem? A w ogóle czy ktoś dałby mnie komuś na imieniny? Nie nadaje się nawet na to. Do niczego się nie nadaję. Ewentualnie do tego, aby leżeć na tapczanie bawiąc się bezmyślnie lepkim patykiem. Skoro tak ma być, to niech tak będzie, nie mam zamiaru się rzucać, ani zbawiać świata. Poddaje się, nigdy nie rozrosnę się tak, jak ten bluszcz. Nie znajduję w sobie nawet ułamka determinacji, aby konkurować z tą rośliną. Niech zajmie mój pokój, niech mnie oplecie swoimi delikatnym liśćmi. Może uda nam się żyć w symbiozie…

Moje niedorzeczne rozmyślania przerwało wejście kilku ludzi. Ubrani byli odświętnie. Odstawili stół od ściany, ustawili krzesła. Po chwili przyszli kolejni goście, zajęci rozdzielaniem pomiędzy sobą uśmiechów, na mnie zupełnie nie zwracali uwagi. Jeden z nich, mężczyzna około pięćdziesięcioletni stanął pod Cyprysem Van Gogha i otworzył biblię.
- Pozwólcie bracia i siostry, że zanim podzielę się z wami bożym słowem pomodlę się o tego chłopca, którego zarasta bluszcz.
Mówił chyba o mnie, ponieważ jak na komendę wszystkie twarze zwróciły się w moim kierunku.
- Chłopiec ten miał trudne dzieciństwo, był zezowaty, jąkał się i kulał na jedną nogę. Brał udział w niezliczonych ilościach bójek na podwórku, kilka razy wpadł pod samochód, a raz spadł z daszku nad wejściem do klatki schodowej. Ojciec lał go kablem od żelazka, albo dyscypliną skręconą ze skakanki jego siostry. Zresztą, chłopiec ten, nie wiedział nic o swojej siostrze. Ukrywano ten fakt przed nim, ponieważ jego matka zaginęła bez śladu w czasie potopu… Tak, pomódlmy się drodzy bracia i siostry, aby to biedne dziecię odczuło w swoim sercu bezgraniczną miłość naszego niebieskiego ojca. Amen.
Nie wiem o kim mówił ten facet, ale to nie była moja historia. A jeżeli moja, to był źle poinformowany. Ale nic sobie z tego nie robiąc ubarwiał dalej, koloryzował, dążąc zapewne do uzyskania, nieznanego mi efektu. Swoje wiadomości odnośnie mojej osoby czerpał z powietrza, albo własnego mniemania o mnie. Mówił później coś o synu, który opuścił swoją kamienicę i który błąkał się po świecie szukając czegoś, co miał właśnie w tej kamienicy, pod samym nosem. Oplatał mnie swoją opowieścią bardziej od tej biednej rośliny, którą mój ojciec wygrał w księgarni, jego historia o mnie, mimo, że nie pokrywała się z prawdą, stawała się mi z każdą frazą bliższa, kwiecistość jego mowy oczarowała moją duszę, sprawiła, że zacząłem czuć się kimś innym, niż czułem się do tej pory. Złapałem się na tym, że moja początkowa niechęć do tego mężczyzny zmieniła się w całkowite oddanie, w bezwzględne posłuszeństwo. Był niesamowitym czarodziejem słowa, tworzył nowe rzeczywistości i bezboleśnie wszczepiał w moją skołataną duszę. Kiedy skończył, kochałem go bardziej niż własnego ojca.
- A teraz podejdź chłopcze do mnie. – Rozkazał, kiedy skończył.
Podszedłem posłusznie. Wszyscy byli tacy uśmiechnięci, tacy dobrzy, a na dodatek bili mi brawa, honorując nimi moje posłuszeństwo.
- Chłopcze od dziś ja będę twoim ojcem i matką, bratem i siostrą, babcią i dziadkiem. Czyż to nie wspaniała nowina? – Pokazał biel swoich zębów.
Już chciałem przyznać mu rację, rzucić się na szyję, ucałować, ale nagle pomyślałem sobie, że jest to zbyt słodkie, zbyt piękne aby było prawdziwe.
- Nie jest! – Warknąłem, wbijając mu w oko, lepki drewniany patyk po cukrowej wacie. Wyciągnąłem go wraz nadzianym okiem i schowałem do kieszeni. – Dlaczego widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w swoim nie widzisz? – Zakończyłem niedorzeczną puentą.
No i obraz pękł niczym mydlana bańka. Rozpłynął się w bezpieczną nijakość. Na środku pokoju pozostał tylko cyprys z obrazu Van Gogha. Wdrapałem się na niego, ściągnąłem z patyka oko, i wcisnąłem sobie w sam środek czoła.
Dopiero teraz zobaczyłem rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy.














