Muzyka jest ciepła

Muzyka jest ciepła, odbieram impulsy i płynę do śmierci. Kołysze mnie na statku wiatr i za dwie godziny będę w Bastii, napiję się piwa, kupię bilet i przez góry pojadę... zielone niebieskie i złote morze zaprasza moje wspomnienia, akwarele i rysunek, pomidory, plaża i ciepła kobieta, jak kiedyś w Tatrach, cała słona. To łono, które całowałem zostanie na ustach i będę się chował, w twój brzuch, plecy, między uda na stałe, na święto, za twoje piersi, niczym światło, to które nie gaszę aby widzieć dobrze wilgotność. Zachowam rozsądek i na polecenie zamilknę. Dobrze, że tego chcesz, jak kiedyś nad Sekwaną, jak kiedyś po omacku, jak kiedyś naprawdę, na zabicie, w lesie w Caubert, w tym domu pięknym i tajemniczym, w kamieniach położonych na te pięć wieków, w piwnicy gdzie pachniała historia, Francji, tych ścieżek, całych w bluszczu.
Słońce nas paliło.
Nasza rozsądna pamięć trwa. Jest mi zimno i pobiegnę na śmierć, bo ta muzyka jest ciepła.
Milknie też sława i zakochanie, na miejsce ukrycia wkrada się sztuka, moje wystawianie duszy na ogląd publiczny, oddaję swoje najlepsze kochanie, najlepszy dotyk, bo
Twój,
dla Ciebie palcem poruszony, nie obcy, zatrzymany w połowie tknięcia. Potem idziemy do życia, dajemy sobie czas, w popłochu się całujemy, jak na nas patrzy księżyc, jak na nas patrzy roztropność, wszelkie zapędy miłosne jak na nas patrzą, i się dzieje, i się musi miłować, jak się musi ten byt za niebiesko kołysać, jak się daje drugiemu wzruszenie, poruszenie, za trzy miłości a nawet cztery, słowa i wyrazy nie ogarną tej wszechmocy, powinnaś się rozpłynąć, na tej plaży w Calvi.
Jestem na lądzie w Nicei,
płynę ulicami miasta, jest niedziela, w plecaku mam trzysta akwareli. Potem TGV Paryż, ten sam, mokry i pachnący kawą i myciem chodników. Budzę się pod obrazem Evy, z lat pięćdziesiątych, martwe postaci w tańcu z rozwianymi czuprynami powtarzają to samo zdanie jakie napisałem w swojej pracowni piętro wyżej- „tout est possible”.













