Od ponad ćwierćwiecza Wadowice nieodmiennie kojarzą się z imieniem papieża Jana Pawła II. Ale wadowicki rodowód miał nie tylko Karol Wojtyła. Z tego niewielkiego miasta, położonego w połowie drogi między Krakowem a Bielskiem Białą, pochodzili także artyści, którzy trwale zapisali się w dziejach polskiej kultury. Byli wśród nich między innymi słynna śpiewaczka operowa Ada Sari i jeden z niezwykle wysoko cenionych poetów dwudziestolecia międzywojennego – Emil Zegadłowicz.
Opinie o bogatej, różnorodnej twórczości Zegadłowicza były, i są do dzisiaj, niejednoznaczne. Niektórzy krytycy i czytelnicy uważali go za mistrza poetyckiego słowa i wybitnego intelektualistę, inni za niemal grafomana, pornografa i deprawatora młodzieży.
Początki twórczości autora „Zmór”, powieści, która w swoim czasie wywołała gigantyczny skandal, nie zapowiadały wybitnego talentu. Ale talent objawił się, i to z całą mocą, w wydanym w 1923 roku cyklu ballad „Powsinogi beskidzkie” Były one hymnem na cześć Beskidu i beskidzkich górali, stanowiły przesłanie wiary w „religię serc”, w moc przyrody, która kieruje człowiekiem i jego poczynaniami. Następne tomy poetyckie – m.in. „Kolędziołki beskidzkie”, „Gody pasterskie w Beskidzie”, „Dom jałowcowy”’ „Dęby pod pełnią” – ugruntowały pozycję Zegadłowicza jako znakomitego twórcy. W czerwcu 1933 roku rada miejska Wadowic, wraz z krakowskim oddziałem Związku Zawodowego Literatów Polskich, zorganizowała huczny jubileusz 25-lecia pracy twórczej pisarza. Jednocześnie nadała mu honorowe obywatelstwo miasta, zaś ulicę Tatrzańską, przy której mieszkał w latach gimnazjalnych, nazwała jego imieniem.
Minęły dwa lata pełne chwały i blasku. Zegadłowicz w tym czasie pracował nad „Zmorami” – drugą częścią cyklu „Żywot Mikołaja Srebrempisanego” (część pierwsza nosiła tytuł „Uśmiech”). Ta autobiograficzna powieść, będąca swoistym pamiętnikiem dojrzewania, była silnie osadzona w wadowickich realiach lat 1898 – 1906. W sposób na poły groteskowy i złośliwy, na poły zaś zgodny ze stanem faktycznym, Wadowice zostały przedstawione jako nędzne, zapyziałe miasteczko, będące siedliskiem zakłamania, prowincjonalnej pruderii i obłudy religijnej. Powieść, która w znacznej części poświęcona jest niepokojom okresu dojrzewania seksualnego, niektórzy krytycy przyjęli z jawnym oburzeniem i określili mianem pornograficznej ohydy. Inni – przeciwnie – podkreślali zarówno jej walory artystyczne, jak i odwagę pisarza w demaskowaniu obyczajowego tabu. Znakomita poetka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, na ofiarowanym Zegadłowiczowi egzemplarzu swoich „Zalotników niebieskich” napisała entuzjastyczną dedykację: „Najdroższemu Panu Emilowi, słów nie mając na określenie cudowności „Zmór” i „Uśmiechu”, nowych form sztuki literackiej, wreszcie godnej świata pełnego grozy, zmór i uśmiechów, który nas otacza i wreszcie do niego podobnej! Do głębi wstrząśnięta tymi arcydziełami ślę Panu wyrazy uwielbienia”.
Ale to, co zachwyciło poetkę, mieszkańców Wadowic oburzyło i zgorszyło. Miejscy rajcy zebrali się czym prędzej, by pozbawić Zegadłowicza wszystkich zaszczytów, jakimi wcześniej go obsypali. Odebrano mu honorowe obywatelstwo miasta, a ulicę jego imienia ponownie przemianowano na Tatrzańską. „Zmory” doczekały się też oficjalnego potępienia z ambon kościołów archidiecezji krakowskiej. Krakowskie kuratorium oświaty nakazało wycofanie wszystkich książek poety z bibliotek szkolnych na terenie województwa.
Choć od śmierci pisarza minęło już 65 lat, a miasto zmieniło się tak bardzo, że niemal w niczym nie przypomina tego z kart „Zmór”, nowe pokolenia Wadowiczan w wyraźny sposób dystansują się od „swojego” niegdyś pisarza. Wydaną w ubiegłym roku znakomitą monografię Zegadłowicza – „Pan na Gorzeniu” pióra Mirosława Wójcika, w wadowickich księgarniach wstydliwie ukrywano pod ladą, zaś większość lokalnych folderów i przewodników turystycznych albo pomija milczeniem Zegadłowiczowskie muzeum urządzone w dawnym domu pisarza w podwadowickim Gorzeniu Górnym, albo ogranicza się do kilkuwyrazowych wzmianek na ten temat. Tymczasem gorzeńska placówka to coś znacznie więcej niż muzeum biograficzne.
Emil Zegadłowicz był namiętnym bibliofilem i kolekcjonerem malarstwa, grafiki, a także rzeźby ludowej. Wiele prac kupował, często wydając na ten cel ostatnie grosze, wiele też otrzymał w darze od przyjaciół-artystów. Gromadzona przez lata kolekcja, mimo że poważnie przetrzebiona przez Niemców podczas okupacji hitlerowskiej, nadal przedstawia się imponująco. Śmiało można powiedzieć, że dom pisarza jest obecnie prawdziwym muzeum sztuki dwudziestolecia międzywojennego, a po części także sztuki Młodej Polski.
Towarzysz zabaw dziecięcych, a potem przez wiele lat, najserdeczniejszy przyjaciel Zegadłowicza – znakomity pejzażysta i portrecista Ludwik Misky, pozostawił w Gorzeniu kilkanaście swoich płócien. Jest ich tu więcej niż np. w warszawskim Muzeum Narodowym. W tzw. Pokoju Balkonowym eksponowane są ekspresyjne rysunki Stefana Żechowskiego do skonfiskowanej w 1938 roku na mocy wyroku sądowego powieści „Motory”. Warto przypomnieć, że Żechowski był artystą niezwykłej skromności, nie zabiegał ani o sławę, ani o pieniądze. Dopiero pod koniec życia (zmarł w 1984 r.) zdecydował się na wystawienie swoich prac w Nowym Jorku i Brukseli. Zrobiły tam prawdziwą furorę. W Polsce jednak Żechowski pozostaje prawie nieznany. Jego geniusz można podziwiać tylko w Gorzeniu. Sala nosząca nazwę Pokoju Wejściowego poświęcona jest Franciszkowi Suknarowskiemu (1912 – 1998) z Wadowic. Eksponowane są tu jego olejne płótna, będące ilustracjami do „Powsinóg beskidzkich”. W innej sali królują rzeźbione w lipowym drewnie świątki Jędrzeja Wowry, genialnego prymitywisty, odkrytego przez Zegadłowicza. To o nim pisał poeta w „Balladzie o świątkarzu”:
Snycerz bogów, beskidzki Wowro powsinoga
Z kloca uzdajanego rzeźbi swego Boga
Smutnego beznadzieją jak wowrowe życie,
Zawstydzonego sobą w tym bycie-niebycie...
W zbiorach gorzeńskich znajdują się także dzieła innych wielkich artystów: Stanisława Nowakowskiego, Zbigniewa Pronaszki, Brunona Schulza, Józefa Mehoffera, Wojciecha Weissa, Vlastimila Hofmana, Leona Wyczółkowskiego. Dla miłośników literatury najważniejszym miejscem w gorzeńskim dworku jest Pokój Żółty, czyli pracownia poety z jego biurkiem, przyborami do pisania, łóżkiem, rękopisami i pierwodrukami niektórych książek. Bibliografia Zegadłowicza obejmuje blisko dziewięćdziesiąt tomów poezji, prozy, dramatów i przekładów. Są wśród nich prawdziwe rarytasy bibliofilskie, z całą pewnością takie miano należy się „Wrzosom”. Historia tego zbioru odważnych jak na ówczesne czasy, a zarazem subtelnych erotyków jest niezwykła.
W jubileuszowym roku 1933 Zegadłowicz otrzymał setki telegramów gratulacyjnych i listów od wielbicieli jego twórczości. W jednej z kopert, zaadresowanej drobnym, kobiecym pismem, znalazł słowa niecodziennego zachwytu i wręcz uwielbienia. List był podpisany, nic poecie nie mówiącym, nazwiskiem Maryli Stachelskiej. Wkrótce pani Maryla przyjechała na wakacje do Gorzenia i wynajęła pokój w sąsiadującej z dworkiem chłopskiej chałupie. Chciała być jak nabliżej poety. Spotkała się z nim raz i drugi, a potem dziesiąty, pięćdziesiąty i setny. Zegadłowicz na uczucia Maryli odpowiedział w końcu równie gorącymi emocjami. Literackim efektem tej wzajemnej fascynacji i miłości stały się właśnie „Wrzosy”. Tomik, ilustrowany subtelnymi rysunkami Stachelskiej, został wydany jako druk prywatny w nakładzie zaledwie pięciu egzemplarzy. Każdy z nich był numerowany i miał swojego adresata. Egzemplarz nr 3 poeta zdeponował w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie i zastrzegł, że nie może on być udostępniony czytelnikom przed upływem 50 lat, czyli przed rokiem 1985. I rzeczywiście, książka w masowym nakładzie ukazała się dopiero w 1988 roku, kilka lat później posłużyła do stworzenia lirycznego spektaklu „Dell’ amore”, wystawianego z wielkim powodzeniem w warszawskim teatrze „Rampa”.
Z Krakowa do gorzeńskiego muzeum samochodem można dojechać w godzinę, z Wadowic w pięć minut. Ale samochód chyba lepiej zostawić na parkingu w Wadowicach i dalej powędrować szlakiem turystycznym, wiodącym przez łagodne wzniesienia Beskidu Małego, by ze szczytu, zwanego przez miejscową ludność Dzwonkiem, popatrzeć na piękną dolinę Skawy, którą w swojej twórczości Emil Zegadłowicz nazywał, wypełnioną miłością do człowieka i przyrody, Republiką Poetów.














