Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Reklama

Partnerzy:
Reklama

Historia mało znana - Od narodzin do śmierci w dawnej Polsce

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

dwoje młodychŚwiat coraz bardziej się indywidualizuje, dlatego też nie ma dzisiaj konieczności przynależenia do jakiejś społeczności by dawać sobie radę w życiu. Dawniej było inaczej nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Trzeba było być członkiem jakiejś grupy społecznej by mieć jakieś prawa, by coś znaczyć, by w ogóle funkcjonować. Nawet relaks, wypoczynek czy rozrywka miały charakter społeczny, stanowy. Na przestrzeni wieków powstawały różnego rodzaju zwyczaje, obrzędy związane z uroczystościami kościelnymi, porami roku, obchodami państwowymi, a także z życiem i rozwojem jednostki. Niektóre dochowały się do naszych czasów; nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy, że sięgają one do okresów przed powstaniem państwa polskiego, są nawet wcześniejsze od czasów zasiedlania centralno-wschodniej Europy przez ludy słowiańskie w VII i VIII wieku. Ważniejsze wydarzenia w życiu człowieka obchodzono w Polsce podobnie we wszystkich stanach, z tym że bogaci robili to z większym rozmachem. Prawie każdy nowy krok w życiu człowieka, nawet tego biednego i niewiele liczącego się w społeczności, był zaznaczany jakimś obrzędem, ceremonią, zwyczajem. Przyjrzyjmy się tu tylko czterem ważniejszym etapom w życiu Polaka sprzed kilku czy kilkunastu wieków.

Narodziny dziecka były prawie zawsze radosnym wydarzeniem w rodzinie, na wsi, w miasteczku, na dworze czy pałacu wielmożów. Jeśli to był chłopiec to była większa radość i celebra. Były gratulacje, prezenty, tak zresztą jak i dzisiaj. Urządzano biesiady, gdy kogoś było na to stać. Położnicę pojono alkoholem "dla wzmocnienia". Wśród biedniejszych sąsiadki nie tylko rodzina ofiarowywały pomoc przy dziecku i w gospodarstwie domowym, szczególnie gdy był to czas żniw czy wykopków. Nieślubnymi dziećmi pogardzano, taką pogardę roztaczano i na ich matki. Ale prawo zwyczajowe lub niekiedy pisane śpieszyło im z pomocą materialną. Często tata musiał łożyć na utrzymanie matki i dziecka jako że często byli bez żadnych środków do życia, bo rodzina wyrzekała się ich i wypędzała z domu. Ten obowiązek wynikał mniej z przekonania, że o swoje dziecko ojciec musi zadbać, ale była to przede wszystkim kara za rozpustę. Niekiedy nakładano na takiego delikwenta tzw. "opłatę za wieniec" - wieńcem określano dziewictwo. Jak by tego nie było dość, biedak musiał uiszczać opłatę "winy bykowej" i to często nie jedną, lecz aż trzy: proboszczowi, właścicielowi wioski i sądowi. Jak widzimy było dużo powodów, by nie naruszać "wieńca" przez osobę nieuprawnioną do tego.

Chrzciny to okazja do jeszcze większej rozrzutności i to we wszystkich stanach (z wyjątkiem stanu duchownego, gdzie od mniej więcej XIII wieku w Polsce obowiązywał celibat). "Zastaw się a postaw się" to praktyka znana od wieków.

Rozrzutność chłopstwa hamowali panowie ograniczając ilość potraw i ilość gości na takich przyjęciach, a poza tym hamulcem był fakt, że trzeba było wykupywać alkohol tylko w karczmach pana prowadzonych przez Żydów, a wtedy przed taką uroczystością cenę niekiedy nawet podwajano. W miastach szaleństwa związane z celebrą chrzcin ograniczały cechy. Szlachcie i magnaterii niczego nie zabraniano, więc zamiast prostego przyjęcia urządzano z tej okazji bale, turnieje, festyny itp. Dziecko trzeba było chrzcić natychmiast po urodzeniu by mu zapewnić niebo. Śmiertelność wśród noworodków była duża - gdy więc schodziło ze świata przed chrztem szło (do czasów teologa Abelarda, czyli do XII wieku) prosto do piekła, potem do limba - miejsca zarezerwowanego dla niewinnych nieochrzonych dzieci, gdzie nie cierpiały one, ale były na wieczność pozbawione obecności bożej. Wyprowadzenie dziecka z domu do kościoła nazywano wywodem. Najczęściej z racji tego czy innego zabobonu wynoszono je przez okno, a po powrocie do domu kładziono je na progu, potem na przypiecku, nie tylko dlatego by w tym drugim przypadku je ogrzać, ale by stało się zadość tradycji. Bardzo starannie dobierano rodziców chrzestnych. Ich rola w życiu dziecka była czynna, nie tak jak dzisiaj tylko ceremonialna. Oni nie tylko zastępowali dziecku rodziców, gdy ich przedwcześnie straciło, ale według przekonania powszechnego dziecko nabierało ich cech i umiejętności, upodabniało się do nich. Bogaci wybierali imiona według własnego upodobania; często to były imiona rodziców, częściej dziadków, niekiedy imię patrona parafii czy rodu. Nie posuwano się jednak tak daleko jak w starożytnym Rzymie, gdzie często to samo imię nadawano dwojgu dzieciom tej samej rodziny rozróżniając ich przydomkami: większy-mniejszy, starszy-młodszy, czy podobnymi. Chłopskim dzieciom nadawano często imiona patrona widniejącego w kalendarzu w dniu narodzin czy chrzcin, dlatego dzieci wiejskie nosiły niekiedy imiona: Pankracy, Bonifacy, Tymoteusz, Petronela i tym podobne.

W czasach mego dzieciństwa, kiedy jeszcze mieszkałem w swej rodzinnej wiosce, naszym sąsiadem był "Łuka". Opowiadała mi mama, że tego człowieka miano nieszczęście chrzcić w dniu św. Łukasza (22 kwietnia). Imię to było w ogóle nieznane na wiosce. Matka nie uczestniczyła w ceremonii, była tuż po połogu. Po powrocie z kościoła któryś z mniej pijanych uczestników uroczystości (a popijano nagminnie jeszcze przed chrzcinami) przypomniał sobie, że chłopcu nadano imię Łuka czy coś podobnego i Łuką został do śmierci. Zrozpaczona matka miała powiedzieć, że lepiej byłoby żeby się nie urodził lub umarł przed chrztem, nie przyniósłby wtedy hańby rodzinie tak dziwacznym imieniem. Ten sam księżulek nadał mojej bratowej imię patronki dnia. Było trzymane w tajemnicy, takie wielkie tabu rodzinne. Wyobrażam sobie zaskoczenie czy może nawet szok mego brata (o tym z nim nie rozmawiałem), gdy w dniu ślubu przed ołtarzem dowiedział się, że bierze sobie za małżonkę nie Danutę lecz Domicelę.

Mam już swoje lata, pamiętam dawne czasy. Pochodzę z wioski koło Zamościa położonej przy drodze krajowej nr 74 wijącej się przez cztery województwa. Ta wioska w czasach mojej młodości nie była typową w naszej okolicy. Połowa jej mieszkańców była zdeklasowana, to byli nie chłopi, ale, jak to ich w czasach PRL-u nazywano, chłoporobotnicy - była w pobliżu cukrownia i na naszych polach zbudowano tłuszczownię. Dawała pracę biedniejszym chłopom "siedzącym" na mordze czy dwóch. Piszę o tym wszystkim dlatego, że nawet w tak nietypowej wiosce zachowało się wiele dawnych zwyczajów związanych z małżeństwem - zanikanie tych zwyczajów nie tylko w mej wiosce, ale i w całej Polsce jest jednak dość szybkie.

Reklama to nie wymysł współczesny. W dawnej Polsce było wiele sposobów zwracania uwagi na to, że dziewczyna jest już gotowa do małżeństwa. W jej domu wywieszano tkane chodniki czy kobierce w drzwiach (chyba stąd pochodzi powiedzenie "stanąć na ślubnym kobiercu"), lub przed domem na tyczce wywieszano kwiatowy wianek. To były kroki trochę już desperackie. Na ogół w wiosce wszyscy ludzie się znali i było tajemnicą poliszynela ile morgów pola i jak dużą skrzynię wyprawną weźmie z sobą dziewczyna do wspólnego gospodarstwa, a to był podstawowy wabik na męża. Niekiedy młodzi wybierali swego partnera czy partnerkę życiową sami, ale najczęściej robili to rodzice przyszłego pana młodego. To była sprawa dość delikatna i skomplikowana. Trzeba się było posłużyć "zawodowcem" - swatem lub swatką. Ci choć nie studiowali psychologii, niejednego psychologa i piarowca nauczyliby wiele jak prowadzić podobne wrażliwe negocjacje. Zjawiali się w domu panny niby przypadkiem i zanim doszło do zasadniczej rozmowy opowiadano sobie wszystkie plotki wioskowe, była mowa o pogodzie, żniwach itp. Po przełamaniu lodów przybysz na stół stawiał butlę siwuchy, chodziło o "rozmiękczenie" gospodarzy - od podchmielonych ludzi łatwiej wyciągnąć takie szczegóły czy panna jest już gotowa do ślubu i czy zechcieliby ją oddać za wspominanego i wychwalanego wcześniej w rozmowie Jaśka czy Wojtka. Słów "tak" czy "nie" nie wypowiadano wprost: gdy rodzicom dziewczyny nie odpowiadał kandydat wzbraniali się pod różnymi pretekstami wypicia wódki, niekiedy gdzieś im się szklanki zawieruszyły, nie było w co rozlewać wódki, a przy takiej okazji picie bezpośrednio z butelki było wykluczone. Gdy swaci udawali, że ciągle nie rozumieją decyzji gospodarzy, zapraszano ich na poczęstunek i podawano "czarną polewkę" (zupę z gęsiej krwi), niekiedy arbuza - to była ostateczna i definitywna odpowiedź, a równocześnie podpowiedź by gdzie indziej szukano kandydatki na żonę. Uczestnictwo w popijosze i przechwałki gospodarzy jakim to posagiem przyszła żona będzie dysponowała było wystarczająco jednoznaczną odpowiedzią "tak". Po tej wstępnej sondzie z wynikiem pozytywnym następowały negocjacje między rodzicami przyszłych małżonków. Były to bardzo szczegółowe umowy, nawet wśród chłopstwa podpisywano intercyzę, czyli umowę majątkową, bo bez niej przyszła żona z dziećmi po śmierci męża mogłaby nie mieć z czego żyć, jako że tradycyjnie majątek syna przechodził na ojca czy na jego rodzinę. Dzisiaj słowa "posag" i "wiano" są jednoznaczne. Dawniej posag wnosiła żona do wspólnego majątku, a wiano było zabezpieczeniem majątkowym dla niej i jej dzieci w przypadku utraty męża. Najczęściej to była równowartość posagu, ale gdy przyszła żona była wyjątkową partią dla syna, wiano mogło wynosić podwójną jego wartość.

Gdy już wszystko w umowie przedmałżeńskiej dopracowano następowały zaręczyny (zmówiny, zrękowiny). To huczna biesiada, na której po raz pierwszy przyszły pan młody zasiadał przy wybrance. Omawiano wtedy termin ślubu, szczegóły dotyczące wesela, najczęściej podpisywano wtedy dokument intercyzy, w miastach i na dworach przyszłej pannie młodej ceremonialnie zakładano na palec pierścionek zaręczynowy. W dawnej jeszcze pogańskiej Polsce i w pierwszych wiekach chrześcijaństwa ta uroczystość to był faktyczny ślub. Później przed weselem trzeba było jeszcze załatwić sprawy z proboszczem jak zapowiedzi, spowiedź przedślubną - źródła nie mówią o naukach przedmałżeńskich. Dwie ostatnie funkcje przed najważniejszą ceremonią to zaproszenie na uroczystość weselną gości i wieczór panieński. Zapraszała narzeczona w towarzystwie przyszłego męża osobiście. Była trenowana w domu co ma powiedzieć w poszczególnych domach by pozyskać obietnicę uczestnictwa w weselu, a nie odmowę. Wieczór panieński wyglądał nieco inaczej niż dzisiaj - było to romantyczne żegnanie się z panieństwem w gronie życzliwych przyjaciółek. Dzisiaj, szczególnie w miastach, kobiety zaproszone na tę wieczorynkę znoszą podarki najczęściej nie wybrane przez siebie, ale sugerowane przez młodych. Bywa i tak, że wszystkie one pochodzą z jednego katalogu podarków, uczestniczkom wieczoru podaje się przedtem numery katalogowe, a potem przyszła panna młoda swoimi ochami i achami udaje zachwyt i zaskoczenie. Rozpakowywanie podarków i okrzyki nie zawsze szczerego podziwu czy zaskoczenia zgromadzonych wypełnia całą tę uroczystość. Kiedyś śpiewano piosenki dziewczęce, wspominano dawne dobre chwile, tłumaczono dziewczynie co ją czeka w małżeństwie. Ukoronowaniem wieczoru było ceremonialne nałożenie na głowę kandydatki na żonę wianka z kwiatów, a w zimie z liści ruty, z mirty, lawendy lub rozmarynu. Jej zadaniem było zadbanie o to, by w ogródku przydomowym tych roślinek nie zmógł mróz i śnieg. Wianek był symbolem dziewictwa i niewinności, niekiedy dyskretnie chowano w wianku jakąś monetę, symbol zasobności i bogactwa.

Według powszechnego przekonania panna miała jeszcze do spełnienia jeden obowiązek przed ślubem, oddać się panu - właścicielowi wioski (ius primae noctis - prawo pierwszej nocy). Przykro mi, ale muszę zawieźć tych, co szukają sensacji. W Polsce to prawo nigdy nie istniało, owszem pan często korzystał z usług zdrowych, rumianych i czerstwych, ale już najczęściej doświadczonych dziewoi wiejskich, ale nie przy tej okazji. O praktyce pierwszej nocy wśród jednego z plemion afrykańskich wspomina po raz pierwszy rzymski historyk Herodot; przyjęła się ona we Francji i Włoszech, ale nie była to praktyka powszechna. Do dzisiaj jest zapis tego prawa w księgach legislacyjnych półniezależnej wyspy Sark (600 mieszkańców) położonej w kanale La Manche, ale tego procederu nie uprawiano tu już od wieków. Tam gdzie go uprawiano zadowolony pan po nocy spędzonej z dziewicą pozwalał jej przyszłemu mężowi na upolowanie jelenia czy dwóch jako sposobu na udobruchanie go czy rekompensaty za utratę dziewictwa jego żony w łożu pana, stąd pochodzi określenie "rogacza" znanego chyba we wszystkich językach europejskich. 

W pierwszych kilku wiekach Polski chrześcijańskiej ceremonii ślubu małżeńskiego zwanego swaćbą nie zawsze dokonywano w kościołach, ale na przykład w domu pana młodego w czasie końcowego etapu zawierania umowy małżeńskiej na przyjęciu zwanym zrękowinami, zaręczynami, wcześniej swadźbą (nie mylić ze swaćbą).

 

Ślubu ludziom prostym, najczęściej chłopom pańszczyźnianym, udzielał człowiek znany i szanowany w społeczności pełniący rolę swata, pośrednika między rodzinami młodych. Jeszcze w XVI wieku zdarzały się śluby poza kościołem, dopiero ekskomunika na osobę świecką udzielającą ślubu zakończyła tę praktykę.

Jeszcze w czasach pogańskich małżeństwo było dobrowolną umową wiążącą dwie rodziny stałą przyjaźnią. Błędną jest panująca opinia, że często pannę porywano i przymuszano do małżeństwa. To się prawie nie zdarzało, bo nie opłacał się taki proceder. Po pierwsze zemsta rodziny pokrzywdzonej kończyła się często śmiercią porywaczy, a gdy pokrzywdzeni nie byli wystarczająco silni by się zemścić, ówczesne sądy skazywały na śmierć osoby winne tego przestępstwa. Owszem, zdarzały się porywania, nazwę je "upozorowane".

Pan młody porywał pannę za jej zgodą, gdy rodzina jej nie godziła się na małżeństwo, albo domagała się nieracjonalnie wysokiego wiana dla dziewczyny; tego typu porwania nigdy nie kończyły się śmiercią kogokolwiek, często przyśpieszały dopracowanie umowy ślubnej.

Właściwa ceremonia ślubu zaczynała się od spotkania młodych w domu panny i ceremonialnego błogosławieństwa. Młodzi klękali przed rodzicami panny młodej, niekiedy przed dwiema parami rodziców, ci kładli ręce na głowy młodych, coś tam pod nosem mamrotali - chyba jakieś dobre życzenia i błogosławieństwa. Wtedy dopiero można było wsiadać na fury czy sanie i jechać do kościoła. Z czasów dzieciństwa pamiętam wypadki, że rodzice panny młodej gdzieś się zapodziewali na ten moment. Dla nas małych to był prawdziwy cyrk obserwowanie jak cała drużyna weselna rozbiegła się po wiosce, niekiedy podpowiadaliśmy dorosłym za odpłatą w cukierkach gdzie powinni ich szukać; szukano wszędzie: po domach krewnych, w stodołach, oborach, stajniach, nawet w kopcu siana czy słomy. Wreszcie "delikwentów" odnajdowano, sprowadzano na próg domu, perswazja była teraz już tak silna, że nie mieli wyjścia, musieli błogosławić. Dopiero gdy nieco podrosłem zrozumiałem, że ta zabawa w chowanego także miała charakter ceremonialny: wyrażała przekonanie rodziców panny, że w umowie małżeńskiej ich córka nie była wystarczająco dowartościowana materialnie, a często też było to pokazanie rodzinie kawalera i całej wiosce, że są bogatsi od drugiej pary rodziców. Jeszcze przez podróżą do kościoła pan młody musiał sięgnąć do kieszeni po jakąś monetę by od starosty wesela wykupić rózgę, którą przygotowała sobie na przyszłego małżonka panna młoda, a która to rózga jakimś sposobem znalazła się w jego posiadaniu. Rózga przez ten wykup zmieniła swoje przeznaczenie - miała pracować w odwrotnym kierunku.

Ślubu nie będę opisywał, wszyscy znają tę ceremonię i na przestrzeni wieków niewiele się zmieniała - Kościół ma dwa tysiące lat i gdy Polska tysiąc lat później od jego powstania przyjmowała chrześcijaństwo, ceremonia była już dopracowana, podobna do dzisiejszej.

Z kościoła całe towarzystwo weselne wracało do domu rodziców męża lub żony. Następowała ceremonia powitania młodej pary. Najczęściej mistrzyniami ceremonii były obie mamy. Wręczano młodym okrągły bochenek chleba z zapieczonym na nim krzyżem, chleb jeszcze raz znaczono znakiem krzyża za pomocą rąk, ofiarowano też trochę soli: chleb i sól to symbol dostatku. Trzeba było odłamać kawałek, posolić, bo tylko wtedy szczęście mogło znaleźć miejsce w domostwie nowej pary. Młodzi dostawali też po kieliszku wódki; był to symbol ich dojrzałości i samodzielności. Kieliszki były cienkie. Rzucone do tyłu przez głowę musiały się rozbić, inaczej zły znak dla tego, którego kieliszek nie uległ zniszczeniu.

Teraz już następowała centralna i najbardziej rozbudowana część uroczystości - uczta weselna. Dziś to jedzenie, picie i tańce. Kiedyś była to bardziej bogata i ciekawsza ceremonia. Rozbudowywano ją ciągle, robiła to szlachta i magnaci. Uczono się nowych zwyczajów na Zachodzie, bo syn bogatego szlachcica czy magnata prawie zawsze wysyłany był najczęściej do stolicy cesarstwa - Wiednia, do Francji, do Włoch. Było to traktowane jako szkoła życia, często wtedy darowano sobie prawdziwą szkołę. Niektórzy tam studiowali, inny po prostu się tam obijali, niekiedy te peregrynacje trwały nawet kilka lat. A więc stan uprzywilejowany wprowadzał nowe elementy do celebracji małżeństwa, a chłopi i mieszczanie przejmowali te, które nie wiązały się z dużymi kosztami, na które było ich stać. Ironią losu jest to, że stan szlachecki jako warstwa społeczna zniknął, oficjalnie rozwiązany został na początku II Rzeczypospolitej, a to co dało się ocalić z tych jego tradycji zawdzięczamy ludności wiejskiej, wśród której i dzisiaj wiele sympatycznych ceremonii weselnych można jeszcze spotkać, szczególnie gdy ich wioski znajdują się z dala od większych ośrodków miejskich.

U magnatów wesele trwało od dwóch dni do tygodnia. To nie tylko pijatyka i obżeranie się od nowa każdego dnia, to także fajerwerki, występy znanych grup muzyków, popisy cyrkowców, pieśniarzy, magików. To przejazd saniami czy karocami w nocy z pochodniami, to polowania i różne konkurencje np. strzelanie do celu, popis fechtunku, popis jazdy konno. Te wszystkie uboczne dodatki do ceremonii ślubnej poszły w niepamięć, ale dużo elementów związanych bezpośrednio z zawarciem małżeństwa do dzisiaj pozostało w tradycji ludowej i do dzisiaj jeszcze niektóre są praktykowane.

Uczta weselna, wiadomo, jest synonimem jedzenia, picia, niekiedy tańców. Jedzono we wszystkich stanach w czasie uczty weselnej czy innych uczt dużo, tłusto i najczęściej pikantnie. Pito prawie zawsze piwo i wódkę, magnaci pijali przeważnie wino, a wśród win najczęściej węgrzyna. Stawiano na stół także wódkę. Przy takiej okazji nie wypadało raczyć się siwuchą - pito najlepsze wódki. Najbogatsi częstowali wódką gdańską - nie mogłem w źródłach znaleźć odpowiedzi, czy płatki złota razem z napojem wpadały do kielichów, a jeśli zostawały w butelce, czyją własnością była ta prawie pusta butelka. Niekiedy wykopywano czy przynoszono z piwnicy starkę wyprodukowaną i odstawioną na leżakowanie w roku urodzin dziecka; nie była bardzo stara, jeśli panna wychodziła za mąż mając 16 lat, ale i nie była zła. Sam próbowałem piętnastolatkę (wódkę, nie pannę!) zakupioną w Polsce - była całkiem, całkiem.

Były toasty w czasie uczty, wstawało się przy tej okazji - aż nogi bolały od tego ciągłego wstawania - były przyśpiewki, deklamacje, dotyczyły one najczęściej spraw, z którymi młodzi za kilka godzin mieli się spotkać w realu. Innymi słowy był to przyśpieszony kurs pożycia małżeńskiego, lepszy od tego dzisiejszego udzielanego w kościele w naukach przedmałżeńskich, bo bardziej praktyczny, bardziej ad rem. Te gadki i śpiewki były dopasowane do tej właśnie konkretnej uroczystości i konkretnych osób, tworzyli je i wykonywali wiejscy wierszokleci i zapiewajła.

Pamiętam, że my, dzieciaki chętnie wsłuchiwaliśmy się w nie i chociaż niewiele się z tego rozumiało, to wiedzieliśmy że dotyczyły one "spraw zakazanych", stąd to zainteresowanie. Niektóre były sprośne, inne głupie, wiele humorystycznych. Z tej ostatniej kategorii przytoczę tylko jeden przykład:
"Dużo szczęścia, własnej chatki, I tytułu mamy, tatki,
Byście mieli tyle dziatek,
Ile razem macie latek".

Wierszokleci i zapiewajły byli bardzo popularnymi osobami na wsi, bywali zapraszani na każde wesele. Były też i śpiewki ogólnie znane, więc odśpiewywane chóralnie, a najsłynniejsza, kto wie czy nie najstarsza polska piosenka popularna, zaczynała się od słów: "Oj chmielu, chmielu, ty bujne ziele, Nie będzie bez cię żadne wesele".

W czasie uczty prawdziwy ruch w interesie zaczynał się około północy, gdy już wszyscy mieli dobrze w czubie.

Zaczynały go tradycyjne oczepiny. Dziewczyna miała już rozplecione włosy w czasie wieczoru panieńskiego. Włosy były teraz schowane pod panieńskim wieńcem. Ale skończył się czas panieński, włosy trzeba było skrócić, by te pozostałe mogły swobodnie zmieścić się pod małżeńskim czepkiem. Czepek, czyli eleganckie przykrycie głowy kobiet zamężnych, zawsze fundowała matka chrzestna, jeśli oczywiście dożyła do tego czasu. Oczepiny były prawdziwą zabawą. Panna młoda barykadowała się w komorze, jej druhny stały na czatach, starsze matrony atakowały szaniec, zwyciężały (jak nie przymierzając polsko-litewskie rycerstwo w pokazach rocznych pod Grunwaldem). Włosy przycinano, choć młoda żona wiła się i wyrywała (tak na pokaz), i zakładano na głowę czepiec.

W tym czepcu prowadzono młodą, a także młodego - oczywiście bez czepca - do specjalnie przyozdobionej na tę okazję izby, dla spełnienia następnej ceremonii zwanej pokładzinami.

Innymi słowy młodzi nie mieli wyboru, musieli po raz pierwszy (?) się pokochać. To ważna funkcja nawet dzisiaj w prawodawstwie kościelnym. Ślub dawał młodym prawo do zamieszkania razem i do współżycia. Pokładziny robiły z nich stuprocentowych małżonków. Wiadomo, że prawo kanoniczne nie uznaje do dzisiaj rozwodów, ale gdy małżonek chcący się uwolnić od więzów małżeńskich udowodni, że nie było współżycia małżeńskiego, małżeństwo jest automatycznie anulowane jako niezaistniałe. Ten pierwszy stosunek prawo kościelne nazywa skonsumowaniem małżeństwa. Przyznam się, że śmieszy mnie ten dwusłów, bo w głowie rodzi się pytanie kto kogo czy co konsumuje i dlaczego tylko raz. W trosce o to by małżeństwo było udane, by można było spodziewać się potomka i by było trwałe, dość często, szczególnie w wyższych sferach, uciekano się do praktyki, że akuszerkę czy jakąś damulę sadzano w fotelu w izbie "konsumpcyjnej", by przy zapalonych świecach mogła obserwować, czy wszystko odbywa się tak jak się powinno odbywać.

Na wsiach czy w miastach gawiedź rodzinna warowała przy drzwiach przysłuchując się odgłosom towarzyszącym aktowi; coś tam można było dojrzeć przez dziurkę od klucza, czy przez szpary celowo wydłubane w ścianie.

Wiadomo, że utracie dziewictwa najczęściej towarzyszy krwawienie, więc rano długą do kostek białą koszulę panny młodej splamioną krwią triumfalnie pokazywano wszystkim ciągle jeszcze ucztującym, z wyjątkiem, oczywista, tych co spoczywali już pod stołami. Najczęściej, gdy koszula nie chciała się poplamić, nową mężatkę odsyłano rodzicom, a sfrustrowani i pijani biesiadnicy dewastowali dom weselny, nawet jeśli to był dom rodziców małżonka, nie małżonki. Gdy panie na tyle się wyemancypowały, że już nie krępowały się pokazywać mężowi wszystkich swych kobiecych wdzięków rezygnując z koszuli, śladów utraty panieństwa zaczęto szukać na prześcieradle z łoża małżeńskiego.

Na wsi niekiedy dla sprawdzenia sprawności małżeńskich osób szykujących się do ślubu, organizowano pokładziny przedślubne, raczej bez rozgłosu, ale za zgodą obu par rodzicielskich. Nie wiem, czy młodzi spowiadali się z tego przed ślubem - jak by nie było nie płynęło to z chuci, ale z bardzo poważnych racji natury społecznej i ekonomicznej, a więc mogli chyba traktować ten proceder jako jedną z ceremonii wchodzących do katalogu uroczystości czy zwyczajów nowomałżeńskich.

W życiu ludzi wszech czasów i na całej ziemi jest jedno wydarzenie, które trudno w pełni zrozumieć, które wymyka się wszelkiej logice - śmierć. Jest człowiek i raptem go nie ma, nikt nie wie z absolutną pewnością czy odszedł cały i gdzie odszedł jeśli poza martwym ciałem coś jeszcze z niego pozostało. Religie, w tym Chrześcijaństwo, próbują jakoś odsłonić część tajemnicy; mówią o życiu pozagrobowym, szczęściu wiecznym, ale często dopuszczają istnienie cierpienia i nieszczęścia po drugiej stronie, jakich człowiek w życiu nigdy nie zaznał, jakiego jego ludzki umysł nie jest nawet w stanie ogarnąć. Ta bezradność intelektualna człowieka wobec tego realnego faktu była pożywką do powstawania ogromnej ilości różnych zabobonów, wierzeń i środków magicznych. By jakoś lepiej uzmysłowić sobie to niewytłumaczalne wydarzenie, jakim jest śmierć, w tradycjach ludowych zaczęto ją uczłowieczać.

Człowiek nie umierał sam z siebie, ktoś mu to życie zabierał. Był to najczęściej stwór kobiecopodobny, najpierw we wszystkich słowiańskich tradycjach była to stara kobieta w bieli, która człowieka po prostu dusiła; była bezlitosna, zjawiała się w towarzystwie diabła i anioła, którzy staczali bój o duszę. Później, szczególnie w opowieściach ludu polskiego, to kostucha, też kobieta ale z twarzą kościotrupa, która zabierała człowieka ścinając mu głowę kosą, lub rozbijając czerep młotkiem i chociaż małe nawet dziecko nie widziało zmian w wyglądzie nieboszczyka w porównaniu do jego wyglądu gdy żył - był zawsze z głową, bez rozbitej czaszki, bez śladów duszenia - w mentalności ludu ciągle ta Śmierć była realną osobą, nawet nie pozbawioną odczuć i uczuć ludzkich, bo ją można było niekiedy przebłagać, by przydłużyła życie, niekiedy oszukać, niekiedy przekupić.

Nie funkcjonowała samoistnie: wyrok był boski, ona była tylko wykonawczynią wyroku. Jej skuteczność uśmiercania można było ograniczać przez dokładne zawarowanie drzwi (nie zapominając o zatkaniu komina) czy zamknięciu jej w szczelnym pomieszczeniu, jak to zrobił jakiś Łotysz, i gdy ludzie przestali umierać, świat zaczął się przeludniać,więc z rozkazu bożego musiał wreszcie otworzyć to pomieszczenie. Można sobie dośpiewać, że Śmierć, z wyrokiem czy bez wyroku, rozwścieczona tym przymusowym ograniczeniem wolności najpierw Łotyszowi ścięła głowę. Śmierć nie znosiła konwalii - bukiet tych kwiatów trzymał ją, przynajmniej przez jakiś czas, z dala od człowieka, tak samo zgryzienie na czczo kilku ziarenek pieprzu z gorczycą ograniczało jej dostęp do przeznaczonego na umarcie. Śmierć nie lubi wody, dlatego ktoś mieszkający na wyspie miał szansę przeżyć dłużej, chyba że przezorna i pomysłowa Śmierć zamieniała się w gęś, wronę, słupek dymu czy światełko i takim sposobem drogę przez wodę bezpiecznie pokonywała. Wyobraźnia ludowa to fenomen bardzo żywy i twórczy, więc poza starą białą chudą kobietą dusicielką i kostuchą widziano Śmierć przebraną za księdza, Żyda, faceta we fraku, młodą dziewczynę, czarnego anioła, czy, jak na Śląsku, za staruszka chodzącego po domach, proszącego o jałmużnę. Gdy ktoś mu jej nie odmówił, miał automatycznie przedłużony żywot ziemski. Śmierć jest osobistością na ogół niewidzialną, widzą ją niekiedy niewinne dzieci i delikwent przeznaczony na odejście.

Śmierć nie przychodziła bez zapowiedzi. Wiadomo było, że przychodzi prawie zawsze wieczorem. Jest dobrze wychowana, nie wciska się do izby nieproszona, puka trzy razy w okno przed wejściem, do przeznaczonego na umieranie przemawia po imieniu ostrzegając go przed zadaniem ciosu. Inne znaki mówiły o jej obecności w obejściu: coś tam trzaskało w kominie, pękała szyba w oknie, urywała się waga od zegara, coś tam stukało. Zwierzęta też mogły ostrzec człowieka o obecności Śmierci: pies przez wycie, koń przez grzebanie kopytem i odwracanie głowy w stronę przyszłego nieboszczyka, kret ryjący norę pod oknem, wszystkie ptaki nocne, szczególnie sowa, która nawet zmieniała swoje pohukiwania i przy uważnym przysłuchaniu się można było odróżnić powtarzane ludzkie słowo: "pójdź", Tradycja ludowa dążyła do złagodzenia wizerunku Śmierci, nadawano jej zwykłe proste imiona np. na Mazowszu Basia, w Małopolsce Zosia, w Wielkopolsce Kasia. Stary człowiek, gdy był przygotowany przez sakramenty do odejścia, nie lękał się śmierci, bo przecież to było przeznaczenie boże, a gdy uczciwie żył, było to przeniesienie się do lepszego życia. Tylko śmierć nie miesz- cząca się w ustalonym porządku świata jak śmierć dziecka, panny, osoby nieochrzczonej, a także niezwyczajne przypadki śmierci, jak utopienie, śmierć od pioruna, śmierć nagła i tragiczna z jakiegokolwiek innego powodu napawały ludzi strachem; wyjaśniano ją często jako skutek takiej czy innej magii.

Magia intensyfikowała się w momencie śmierci. Nie można było w domu czy obejściu gospodarczym wykonywać żadnych czynności z wyjątkierm zasłaniania luster i zatrzymywania zegara. Rzeczy po nieboszczyku, a szczególnie słoma z siennika, były niebezpieczne dla żyjących, palono je poza obejściem, często nawet poza wsią. Myto ciało, nie tylko ze względów higienicznych, bo trumna pozostawała otwartą, a przed jej zamknięciem trzeba się było pożegnać z nieboszczykiem pocałunkiem najczęściej w policzek lub w rękę, ale i z racji przesądów - takie mycie chroniło żywych przed przykrymi niespodziankami, ale woda po myciu była niebezpieczna dla żyjących, wylewano ją daleko od domu. Pamiętam z lat dziecinnych traumę moich koleżanek i kolegów z racji wymuszonego pocałunku nieboszczyka. Ja się zawsze gdzieś w takich momentach zapodziewałem, nie miałem więc tego doświadczenia. Ciężarne kobiety były zwolnione od tego obowiązku, ale w mojej wiosce ten wyjątek nie obowiązywał.

Dusza wylatywała z człowieka przez usta, a potem przez komin na sąd boży, ale nie od razu, czuwała nad ciałem aż do wyprowadzenia trumny z domu. Gdy się spojrzało przez dziurkę od klucza do izby pogrzebowej można niekiedy było dojrzeć duszę u wezłowia umarłego. Nieboszczykowi zamykano oczy przez położenie monet na powieki, bo nie musiał już niczego obserwować, przejęła tę funkcję jego dusza. Nie można się było jej narazić, nieboszczyka ubierano w najlepszy strój, często zakupiony wcześniej tylko do trumny. Ubranie powinno być pozbawione węzłów, a trumna sęków.

Ciało trzeba było pochować w ziemi w ciągu trzech dni - nikt w moich dziecięcych latach nawet nie słyszał o jego spopieleniu. Kościół początkowo mocno dąsał się na ten zwyczaj, ostatecznie zgodził się nań gdy już nie miał wyboru, gdy nawet bardzo pobożni wierni nie dostosowywali się do zaleceń by nie spopielać ciał. W domu zmarłego w głównej izbie odbywało się czuwanie przy trumnie, często 24 godziny na dobę. Wynajmowało się zawodowe kobiety żałobne bez ustanku śpiewające smutne, zawodzące, dla nas dzieci trochę straszne pieśni. Płaciło się im pokarmem i po cichu wciskało do kieszeni jakieś niewielkie sumy. W mojej wiosce zapiewajłem numer jeden był mężczyzna, ale to był raczej wyjątek, jako że tradycyjnie funkcja ta była zarezerwowana dla opatulonych w czerń starszych kobiet. Był on na każdym pogrzebie, nawet gdy był chory dusza zmarłego (według jego relacji) wybierała się do niego i nakazywała pojawiać się na posterunku, a duszy nie można przecież niczego odmówić, bo gdyby..., więc się zwlekał z łoża boleści i spełniał swój obowiązek. Ten okres czuwania przy zmarłym był także okresem pojednania. Przychodzili tu wrogowie nieboszczyka, a gdy „płaczki" wzmacniały swe ciała poczęstunkiem i w domu następowała chwilowa cisza, wspominano dobre chwile w jego życiu, jaki był dla wszystkich dobry, hojny, jaki mądry itp. Był to raczej monolog, bo nieboszyk już nie mógł przemówić, a jego dusza miała ważniejsze obowiązki do spełnienia przy trumnie niż wychwalanie dawnych wrogów. Wtedy powoli, niewidocznie następował proces wybaczenia win i pojednania i to ze strony żywych jak i nieboszczyka. Zmarłego na ogół się nie bano, ale tak na wszelki wypadek sugerowano mu, że jego miejsce jest już gdzie indziej, na cmentarzu i w zaświatach, więc by zniechęcić go do powrotu z wizytą do domu, otwierano wszystkie skrzynie i schowki, by się nie miał gdzie ukrywać, a palące się świece, szczególnie ta gruba, gromnica, wyraźnie wskazywały duszy drogę do komina.

Wśród prostych ludzi, nie tylko w Polsce, był powszechny strach przed upiorami, a upiorem mógł być właśnie człowiek zmarły i to nie tylko ten niepojednany sakramentalnie z Bogiem, ale nawet ten, kto w czasie życia wydawał się w opinii pospólstwa jakiś "dziwny", nietypowy. Gdy były podejrzenia, że nieboszczyk jest upiorem pozbywano go się z domu jak najszybciej i magicznie zabezpieczano dom przed jego powrotem. Upiorowi wszelkie te zabiegi nie przeszkadzały, był potępieńcem, nie musiał się trzymać żadnych konwencji. Dusza upiora trzymała się ciała w grobie, ożywiała go, wtedy cały człowiek-upiór budził się z niezaspokojonym zwierzęcym apetytem, zjadał wszystko co zjadliwe w okolicy. Nawiedzał dom rodzinny, uśmiercał każdego, kto nie był jego faworytem za życia, wspinał się na wieżę kościelną i gdy udało mu się poruszyć dzwon, w okolicy w zasięgu jego dźwięków następował pomór ludzi, padanie bydła, pożary, inwazja myszy i szczurów. By ustalić czy ktoś jest upiorem czy nie, bardzo pilnie przyglądano się nieboszczykowi. Jeśli ciało nie sztywniało, jeśli oczy błyszczały, jeśli na policzku pojawiał się rumieniec to wszystko wskazywało na upiora. Ratowano się przed przyszłym nieszczęściem unieruchmieniem ciała w trumnie przez zasypanie wolnej przestrzeni piachem lub wyłożenie cegłami czy kamieniami, na szyję kładziono mu sierp dla przestrogi co może stać się z jego głową gdy zacznie rozrabiać. Wkładano do trumny zaplątane sieci, by miał zajęcie przy ich rozplątywaniu, sypano ziarenka maku, by się zajął ich liczeniem. Często odwracano trupa twarzą do dołu, bo to miało był dodatkową przeszkodą w wydobywaniu się upiora z trumny. Gdy nie było żadnej wątpliwości, że to upiór, posuwano się niekiedy do bardzo zdecydowanych czynności zabezpieczających: wbijano nieboszczykowi w czoło duży stalowy gwóźdź, podcinano ścięgna pod kolanami, wbijano w serce osławiony kołek osinowy, a w skrajnych wypadkach odcinano głowę i układano ją przy ciele; ale i te drakońskie posunięcia nie zapewniały w pełni spokoju ży-wym.

Przy wynoszeniu nieboszczyka z domu uważano by trumna nie dotknęła framugi drzwi, bo to oznaczało nieszczęście, czyjąś bliską śmierć. Pilnowano by koń czy konie wiozące trumnę nie rozglądały się po drodze po domostwach, bo to też był znak bliskiej śmierci w tych domach. Dopiero na cmentarzu, ziemi poświęconej, można było się zrelaksować, tam ani śmierć, ani wilkołaki, ani upiory nie miały swobody działania. Na przestrzeni kilku wieków wstecz ceremonia pochówku było podobna do dzisiejszej, ale samobójców, tych, co nie kwapili się do kościoła, tych, którzy nie chcieli przyjąć sakramentów przed śmiercią, a niekiedy bezdomną biedotę chowano za murem kościelnym w ziemi niepoświęconej. Innymi słowy ksiądz wyręczał Pana Boga - dokonywał wstępnego osądu zmarłego. Pamiętajmy, że zdeklarowanych ateistów nie było w dawnej Polsce, a gdy się jakiś przypadkiem pojawił, zajęła się nim Święta Inkwizycja i po dokonaniu przez nią dzieła nie było już co chować w ziemi. Dzisiaj już tych praktyk rozdzielania zmarłych na lepszych i gorszych chyba nigdzie nie ma, mury cmentarne poszerzono na tereny dawniej przeklęte, zanika strach przed nieboszczykiem, choć strach przed własną śmiercią chyba się wzmógł: o tym się dzisiaj nie mówi, to temat tabu, nie tak jak to było dawniej. Ciało zmarłego też zdesakralizowano. Kiedyś nawet nie dotykało się go bez potrzeby, dzisiaj pobiera się organy, robi się sekcję zwłok, oddaje się do szkół medycznych gdzie jest krojone na drobne kawałki, by przyszli medycy mogli rozpoznawać ludzkie organy w sytuacji gdy dokonają później zabiegu chirurgicznego. Kiedyś jakakolwiek ingerencja fizyczna w ciało zmarłego była zabroniona (wyjątkiem były metody zabezpieczenia się przed upiorami), bo panowało przekonanie, że zmarłemu zadaje się ból. Kościół też był przeciwny tym ingerencjom z racji tego, że szczątki zmarłego trzeba uszanować, bo to samo ciało połączy się kiedyś tryumfalnie z duszą na Sądzie Ostatecznym. Teraz już nikt nie mówi o złączeniu duszy z tym samym ciałem z tego prostego powodu, że upływ czasu je kompletnie unicestwia. Dzisiaj spopielone ciała też chowa się uroczyście na cmentarzach, a urnę z prochami ustawia się przed ołtarzem w czasie mszy żałobnej. Zostało odwrócone o 180 stopni spojrzenie na okoliczności zgonu. Dawniej modlono się "od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie", dzisiaj taką smierć w nieświadomości czy podczas snu uważa się za najbardziej pożądaną.

W naszych czasach zniknęły prawie doszczętnie przesądy, strachy i obawy związane ze śmiercią człowieka. Kostucha poszła na zasłużoną emeryturę, upiory na wdrapują się na wieżę kościelną i nie sprowadzają nieszczęść na okolicę. Pozostał, a nawet wzmocnił się szacunek dla zmarłych: są często w naszych myślach i rozmowach. Wyrazem tego szacunku są nasze piękne i ukwiecone cmentarze tonące w prawdziwej orgii kolorowych kwiatów i świateł w dniu Wszystkich Świętych i Zaduszek - tak pięknie jak w Polsce chyba nigdzie na świecie nie oddaje się hołdu bliskim, którzy odeszli.

Ostatnią caremonią okołopogrzebową była i jest stypa. Powodem jej organizowania jest nie tylko to by nakarmić osoby przybyłe z daleka na pogrzeb, nie jest to także tylko podzięka za uczestnictwo w uroczystości, to przede wszystkim spotkanie znajomych zmarłego by o nim dobrze powspominać. Ale ponieważ Polak nie porafi zjeść bez wypitki (z wyjątkami), istnieje niejako przymus moralny by podawać w czasie stypy alkohole i tak niekiedy całe to spotkanie przeradza się w pijatykę nawet i bijatykę. Sam słyszałem, że w czasie takiej uroczystości podchmieleni i rozochoceni uczestniczy pogrzebu wznoszą toasty typu: "niech nam żyje nasza kochana zmarła babcia!"

www.gazetagazeta.com

Czytaj gazetę polska Kanada

Jesteś tutaj: Opinie Historia mało znana Historia mało znana - Od narodzin do śmierci w dawnej Polsce