Na lotnisku JFK, Terminal 1, znalazłam się około 19. Czułam lekki niepokój. Od czasu do czasu słyszałam o przypadkach odsyłania Polaków do kraju wprost z lotniska. Zdawałam sobie sprawę, że i mnie może to spotkać. Niestety kilka lat temu "przesiedziałam" wizę, czyli przedłużyłam swój pobyt w USA. Doskonale wiedziałam, że niespecjalnie będzie któregokolwiek z funkcjonariuszy na lotnisku interesować, jaki był tego powód.
Około 19:30 zdałam sobie sprawę, że tego wieczoru na pewno, a może już nigdy, nie zobaczę świateł Nowego Jorku. Zatrzymano mnie po dłuższej kontroli. Oficer nie dał się przekonać i powiedział wprost: "Wierzymy naszym dokumentom, nie twoim zeznaniom". Co pocieszające, był on polskiego pochodzenia. Chwilę mnie przekonywał, że nie ma sensu się wypierać, że mają dowody. Powiedział, że wracałam poprzednio z USA do Polski z lotniska Newark. To akurat była nieprawda. Gdy mu to powiedziałam, szybko zmienił temat i skończył stwierdzeniem: "Ok, nieważne". Obiecał łagodne traktowanie, możliwość ponownego starania się o wizę, a może nawet wpuszczenie na krótki czas do USA, jeśli podam wiarygodne powody, dla których przedłużyłam pobyt. Doskonale wiedziałam, że jestem już na przegranej pozycji, niezależnie od powodów. Oficer był jednak bardzo przekonujący. Przez chwilę mu uwierzyłam. Może mam jakąś szansę na wjazd, jeśli się przyznam?
***
Przez kilkanaście minut funkcjonariusz wypełniał ankietę, a ja zastanawiałam się, na ile jest ze mną szczery. Od czasu do czasu wtrącał pytania typu: "Chcesz skontaktować się polskim konsulatem? Możesz chcieć, ale i tak nic ci to nie da". Chciałam zadzwonić. Należał mi się jeden telefon. Konsulat był w nocy zamknięty. Nikogo ze znajomych nie pozwolili mi zobaczyć, byłam więc zupełnie sama. Zabraniali używać telefonu komórkowego, ale jeden z oficerów zlitował się i szeptem poradził, by telefon schować i w ten sposób móc wysyłać wiadomości.
Po całej, kilkugodzinnej procedurze okazało się, że muszę czekać na decyzję "szefa". Zapytałam tylko, czy mogę się z tym szefem zobaczyć. Nie mogłam. W pomieszczeniu, w którym oczekiwałam na decyzję, siedziało kilkanaście osób. Zatrzymanych obsługiwało czterech funkcjonariuszy. Niestety, nie było nic do jedzenia i picia. Pozwolono mi wyjść na korytarz, by napić się wody z umieszczonych tam kranów, co wydawało się i tak uprzejmością w moim kierunku w świetle dalszych wydarzeń. Potem było już tylko gorzej.
***
Polski oficer poinformował mnie, iż jednak nie mogę wjechać do USA: "Szef się nie zgodził". Akurat tego się spodziewałam. Potem dodał, że nie mam zamkniętego wjazdu, że mogę po przylocie do Polski starać się o wizę i jeśli konsul mi ją da, mogę przylecieć do Stanów. "Po prostu anulowaliśmy ci promesę. Będą cię dobrze traktować, ja już muszę jechać do domu, widzimy się na kawie, gdy przylecisz drugi raz!". Było koło północy. Zapytałam, kiedy mam samolot powrotny. Nikt nie wiedział, w końcu ktoś się zlitował i poinformował mnie, że na drugi dzień o 15:30. Zastanawiałam się, co będzie ze mną dalej. W międzyczasie sprawdzono moje walizki, a gdy zapytałam o jedzenie, oficer przyniósł mi coś na kształt posiłku. Jemu samemu wstyd było to coś mi podawać. Jak to ujął: "Nie mamy na posterunku nic zdatnego do spożycia". Zaczęłam wnikliwie czytać dokument, który mi dano. Okazało się, że oficer narobił tam kilka ważnych błędów. Jego kolega wściekł się, że musi to poprawiać. Ale poprawił i nawet dał mi kopię.
Tak minął czas do drugiej. Terminal kompletnie opustoszał i zaczęłam się bać, co będzie dalej. Wtedy zobaczyłam, że idzie po mnie dwóch funkcjonariuszy, kobieta i mężczyzna. Skuli mnie w kajdanki – jak stwierdzili, dla mojego bezpieczeństwa. Potem wsadzili w okratowany wewnątrz samochód i przewieźli do innego terminalu. Tam już panował totalny chaos i brud. Na posterunku siedziało kilku funkcjonariuszy, którzy szydzili z zatrzymanych, głównie Azjatów oraz Meksykanów. Zapytałam, czy mogę kupić butelkę wody, czym wywołałam ogólną wesołość. W końcu jakaś kobieta przyniosła jedzenie, które nie nadawało się do spożycia, ale siedzący obok mnie Hindus rzucił się na nie łapczywie. Podeszłam do oficera, chciałam zadzwonić, ale oczywiście nie pozwolił. Stwierdził, że teraz mnie zabiorą, bo nie mogę tutaj zostać. Ponownie sprawdzali walizki, wyjmując wszystko i zabierając telefon. Nie byli uprzejmi. Gdy zapytałam, czy zabierają mnie do więzienia, kobieta zaprzeczyła, a mężczyzna stwierdził, że tak, że to coś jak więzienie. Dostał za to stwierdzenie reprymendę i więcej się do mnie już nie odezwał.
***
Do okratowanego samochodu wsiadłam z dwoma Hindusami; jeden z nich był bardzo wiekowy i przestraszony. Obydwaj byli skuci łańcuchami. Gdy wsiedliśmy, funkcjonariuszka zamknęła drzwi od samochodu i została na zewnątrz, głośno się śmiejąc i paląc papierosa. W Nowym Jorku panował tej nocy okropny upał. Zostawiono nas bez klimatyzacji, w nagrzanym do nieprzytomności samochodzie. Trwało to dłuższą chwilę, a ja czułam, że zaczynam się dusić. Usłyszałam tylko, że starszy Hindus prosi mnie, bym waliła w drzwi albo okna, bo on ma chore serce i nie wytrzyma tej temperatury. Kobieta się nami nie interesowała. Dopiero inny oficer, który nagle się pojawił, włączył klimatyzację. W końcu ruszyliśmy. Zaczęłam go pytać, dlaczego tutaj jestem, dlaczego mnie wiozą do więzienia. Próbował coś tłumaczyć, ale kobieta zabroniła mu mówić cokolwiek. Byłam wściekła. Nikt nic nie chciał mi wyjaśnić; moje pytania ignorowano.
Do ośrodka dla imigrantów, który znajduje się w Elizabeth, New Jersey, jechaliśmy bardzo długo. Około 5:00-5:30 rano dotarliśmy na miejsce. Tutaj zabrano nam wszystkie rzeczy, a także pieniądze. Jedyny człowiek, z którym dało się porozmawiać (nie funkcjonariusz), spisywał sumy pieniędzy przed wejściem do ośrodka. "Najgorsze już za tobą, jutro masz samolot" – starał się mnie pocieszyć. Oficerowie zdążyli już głośno pośmiać się z Hindusa, który miał przy sobie tylko 10 dolarów w bilonie. Potem wprowadzono nas do ośrodka. Kazano mi czekać na korytarzu około dwóch godzin. Wszędzie metalowe ławki, okropne jarzeniowe światło, potworne zimno z wiatraków. Zabrano mi wszystkie rzeczy. Gdy zobaczyłam izolatki, wiedziałam, że nie dam się tam zamknąć. W końcu zjawiła się funkcjonariuszka. Kazała mi się wykąpać, dała zielony worek z rzeczami do przebrania i wyszła. Potem z workiem pod pachą i w więziennym ubraniu zabrano mnie na spisywanie danych oraz robienie zdjęć. Powiedziałam, że chcę widzieć się z lekarzem, że nie mogę siedzieć w izolatce, bo mam klaustrofobię. Wzbudziłam tym konsternację, ale w końcu zaprowadzono mnie do pielęgniarki, na którą czekałam około godziny. Ta, gdy usłyszała, że nie jadłam i nie piłam około 12 godzin, wpadła w złość. Zadzwoniła i po jakimś czasie pojawiła się obsługa kuchni z brązowym pudełkiem z jedzeniem. Płatki owsiane, placek z jajka oraz stara bułka i nie pierwszej świeżości masło było moim jedynym posiłkiem od kilkunastu godzin. Było też mleko, ale wody nie dostałam. Poprosiłam o nią pielęgniarkę. Przyniosła w kubku, czym wzbudziła irytację siedzącego naprzeciw pracownika z obsługi.
***
Około 9 rano trafiłam w końcu do sali, w której miałam spędzić kilka godzin. Najpierw jednak musiałam przejść wraz z pilnującą mnie funkcjonariuszką kilka korytarzy oddzielonych żelaznymi drzwiami z elektronicznymi zasuwami. W miejscu, w którym się znalazłam, panował spory ruch. Pełno było funkcjonariuszek, a pomieszczenia zapełnione były kobietami. Trafiłam do wysokiej na kilkanaście metrów sali, na której suficie wisiał ogromny klimatyzator. Siedziała w niej tylko jedna młoda dziewczyna. Objaśniła, że klimatyzacja chodzi dzień i noc, że okropnie hałasuje, jest zimno i nie da się spać. Ale ona już przywykła. Siedzi tu już dwa tygodnie i za tydzień wychodzi, bo adwokat jej wszystko załatwia. Rozłożyłam zawiniątko, które wręczono mi wcześniej. Był to koc i ręcznik: "O, zapomnieli ci dać poduszkę" – stwierdziła dziewczyna. Fakt, zapomnieli. Spróbowałam zasnąć bez niej.
Była 10. Około 11-11:30 rano przyszła funkcjonariuszka, żeby mnie zabrać. Wcześniej jeszcze musiałam się przebrać oraz ponownie podpisać dokumenty. Trwało to dobrą godzinę. Oddali mi walizki i pieniądze, ale nie telefon. "Dostaniesz na lotnisku" – stwierdziła funkcjonariuszka. I znowu okratowany samochód. Zapytałam, czy jedziemy już na lotnisko. Okazało się, że nie. Tym razem spędziłam w okratowanym samochodzie niemal 3 godziny. Nie pozwolono mi nawet wyjść na moment i się przewietrzyć. Funkcjonariusze jedli, załatwiali swoje sprawy. W końcu jeden z oficerów się zlitował i pozwolił mi wyjść na minutę. Zapytałam, czy mogę coś kupić do jedzenia. Kobieta rzuciła mi jakąś torebkę z pomarańczą i kanapką.
Może godzinę przed lotem trafiłam na odprawę w towarzystwie oficerów. Czułam na sobie współczujący wzrok innych pasażerów. Rozmawiałam z oficerem; próbował coś tłumaczyć, ale nie bardzo umiał i widać było, że nie wiedział, co mi powinien odpowiedzieć.
Funkcjonariuszka odprowadziła mnie aż do drzwi samolotu. Gdy zapytałam o mój paszport, nie odpowiedziała. Dała go stewardesie. "Nie martw się, nie ty jedna. Zaraz oddamy ci paszport. Nimi się nie przejmuj, to inny świat" – powiedziała stewardesa podając mi rękę.
Autorka poprosiła o anonimowość. Imię i nazwisko znane redakcji Nowego dziennika
http://www.dziennik.com/news/usa/22081













