Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Reklama

Partnerzy:
Reklama

Miasteczko biednych ludzi - miejsce jak z "Gron gniewu" pod Nowym Jorkiem

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Joseph Halle żyje na uboczu Tent City i oczekuje, że coś ważnego się stanie...

Auta mkną Cedar Bridge Avenue w Lakewood w New Jersey wzdłuż gęstego lasu po prawej stronie. Na chwilę zatrzymują się na światłach na skrzyżowaniu z Ashley Avenue, po czym pędzą dalej w kierunku Parkwayu. Właśnie w pobliżu tego skrzyżowaniu, po przejściu kilkudziesięciu kroków w głąb lasu, wkracza się w inny świat.

 

 

 

 

 

Pośród drzew wyrasta nagle "Tent City", czyli... miasteczko zbudowane z namiotów i byle jakich drewniano-płóciennych chatek oraz przyczep kempingowych, czyli trailerów. Stoją też dwa klasyczne indiańskie tipi. We wrześniu minie 5 lat od chwili jego powstania. Pierwszym mieszkańcem był Richard Mazzella. Jako drugi sprowadził się tutaj były amerykański milioner Herman Winkelmann, który pewnego dnia stracił cały majątek.

Pastor Steve
Tutaj czas płynie leniwie, nikomu się nie spieszy, bo nie ma do czego... Nędzne domy zdesperowanych, pozbawionych środków do życia ludzi – którzy stworzyli to swoiste "miasteczko namiotowe" niewiele ponad półtorej godziny jazdy samochodem od Manhattanu i niespełna godzinę od stolicy hazardu w stanie New Jersey, czyli Atlantic City – jako żywo przywodzą na myśl czasy wielkiego kryzysu z lat 30. ubiegłego wieku. Blisko 50 bezdomnych znalazło schronienie w lesie, ponieważ kryzys ekonomiczny zniszczył ich American Dream. Łączy ich nadzieja, że razem może będzie im lepiej.

Najważniejszą osobą, która troszczy się o wszystkich razem i każdego z osobna, jest 50-letni pastor Steven A. Brigham. Wszyscy mówią do niego po prostu... Steve. Jest on tutaj od początku, czyli od prawie 5 lat. "Tę wieloetniczną społeczność tworzą Amerykanie, Meksykanie, Polacy, Słowacy, Ukraińcy, Irlandczycy i Afroamerykanie – mówi. – Są to ofiary fatalnej sytuacji ekonomicznej, zmuszone do tymczasowego życia w lesie. Ale też – wedle mojej wiedzy – jakieś 80 procent tych ludzi ma albo problemy mentalne, albo... z alkoholem" – podkreśla pastor.

Praktycznie każdy może tutaj znaleźć schronienie.
Charlie przed swoim domkiem karmi kury. Mieszka tu już ponad cztery lataCharlie przed swoim domkiem karmi kury. Mieszka tu już ponad cztery lata

"Codzienna walka o przetrwanie uświadamia nam, jacy byliśmy szczęśliwi, kiedy mieszkaliśmy w swoich własnych domach, kiedy oglądaliśmy telewizję i podgrzewaliśmy jedzenie w mikrofalówce" – zauważa pastor Steve.

Wewnętrzny głos Josepha
Na skraju lasu, może 100 metrów od Cedar Bridge Avenue, nieco na uboczu od "miasteczka", stoi samotny namiot. Duży, wysoki, można wejść do środka na stojąco. Przed namiotem na krzesełku siedzi mężczyzna i pije piwo. To jest Joseph Halle. Ma 45 lat. Kiedyś budował domy w Farmingdale, NJ, potem pracował w apartamentach jako handyman, czyli złota rączka. Twierdzi, że nieźle mu się powodziło. Ale któregoś dnia stracił pracę i wylądował w lesie w Lakewood. Jest tu już ponad trzy miesiące.

– Jest mi tu niedobrze – mówi. – Jestem nieszczęśliwy. Nie chcę mieć nic wspólnego z tą całą hołotą – pokazuje ręką na namioty i domki ukryte niedaleko pośród drzew. – Ja się ich boję, bo mogą mi zrobić krzywdę. Zresztą czasami kręcą się tu różni inni ludzie, z którymi też nie chce mi się gadać.

Kiedy tak Joseph wylewał żale, przed namiot zajechał ford explorer i wysiadła z niego kobieta. Przedstawiła się – Noreen. Ma 51 lat; szyję obwieszoną grubymi, złotymi łańcuchami. Chętnie opowiedziała o sobie. Była pielęgniarką na Bronksie, ale – tak twierdzi – 7 lat temu miała zawał, długo nie mogła odzyskać zdrowia, no i straciła pracę. Teraz mieszka u przyjaciółki w Jersey City. Szuka pracy. Poznała Josepha i od dwóch miesięcy bywa z nim. Twierdzi, że sypia w samochodzie, a on w namiocie. Mówi, że chciałaby go wyrwać stąd, aby spróbować wspólnie normalnie pożyć.
Droga przez Tent CityDroga przez Tent City

– Ja miałem wewnętrzny głos. To chyba sam Bóg mi powiedział, że muszę tutaj być i czekać, bo coś ważnego i dobrego dla mnie się stanie. Więc siedzę i czekam – mówi Joseph. – A w międzyczasie piję sobie piwo... i czekam...

Powrót do natury
"Mieszkamy w lesie już od roku" – mówi 43-letni Burt Haut. Pracował wcześniej w hotelu, a jego 48-letnia żona Barbara była nauczycielką. Postawili sobie namiot indiański niczym z Dzikiego Zachodu. "Nasze problemy finansowe zaczęły się wraz z nadejściem kryzysu trzy lata temu i zmusiły nas do zamieszkania w tym obozowisku. Mieliśmy oczywiście pomoc od rodziny i przyjaciół, lecz trudno wciąż zawracać im głowę. Próbujemy stanąć na własnych nogach i mamy nadzieję, że z pomocą naszych obozowych liderów zostaniemy objęci przez system Social Security lub też programem pomocy mieszkaniowej" – podkreśla Burt Haut.

Chwali sobie warunki życia w tym miejscu. "To jest – wprawdzie wymuszony – ale jednak powrót do natury, gdzie współczesne cacka, jak telefony komórkowe, telewizory i samochody, są mało ważne – zauważa. – Jedzenie, woda, dach nad głową i poczucie bezpieczeństwa – to jest to, czego człowiek naprawdę potrzebuje i my to tutaj mamy".
Jest tu łaźnia i generator na benzynę, który pozwala podgrzewać wodę do kąpieli oraz do mycia naczyńJest tu łaźnia i generator na benzynę, który pozwala podgrzewać wodę do kąpieli oraz do mycia naczyń

Mark jest bratankiem amerykańskiej gwiazdy muzyki country Johnny'ego Casha. "Chciałem być gitarzystą, grałem w klubie B.B. King Blues w Nowym Jorku – opowiada. – Ale któregoś dnia rzuciła mnie dziewczyna, a potem straciłem dom. Włóczyłem się po Toms River, spałem gdzie popadnie. Któregoś dnia poprosiłem pastora Steve'a o miejsce – a ten mnie przygarnął. Czuję się tu jak w rodzinie, mam tutaj przyjaciół, którzy podnoszą mnie na duchu twierdząc, że jeszcze nic się nie skończyło. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie znalazł tego miejsca" – podkreśla.

Z drugiej strony miasteczka spotkałem Johna. Był dziennikarzem. Już blisko półtora roku mieszka w skromnym namiocie z żoną i ukochanymi ptakami, które trzyma w kilku klatkach. Oboje z żoną pracowali w radiu publicznym w Nowym Jorku. Kiedy stracili posady, próbowali jakiś czas walczyć, ale nie znaleźli żadnej pracy i w efekcie wylądowali w lesie. John zamyślony, siedział sam przed namiotem, bo żona dostała dorywczą pracę, ale niebawem powinna wrócić.

Charlie jest zupełnie inny
Wszyscy go tu znają i lubią. Ma 50 lat i jest czarny. Wszędzie go pełno, wszystkich zna i wszystko wie. Pracował kiedyś jako kierowca trucka. Jest zawsze wesoły i uśmiechnięty. Lubi się napić. "Ale tutaj nie ma żadnych narkotyków – zastrzega się. – Co to, to nie! Wiem, bo jestem najstarszym stażem mieszkańcem tego miasteczka – mieszkam tu ponad cztery lata" – dodaje.

Charlie mieszka ze swoją dziewczyną Tiną (Tina jest białą Amerykanką) w domku zbitym z desek, drewnianych płyt i brezentu. W środku jest łóżko i piecyk, w którym pali w zimie drewnem. Drewna nie brakuje, bo o jego dostawy dbają władze miejskie.

"Znałem dwa małżeństwa, które tutaj żyły jakiś czas, a potem znalazły pracę i odeszły stąd – mówi Charlie. – Ja od dłuższego czasu staram się o jakąś robotę, ale nie jest łatwo. Mało komu udaje się stąd wyrwać i odmienić swoje życie, no, chyba że umrze" – dodaje filozoficznie.
I Charlie opowiedział, jak niedawno umierał jeden z mieszkańców. "Facet poczuł się źle, więc Steve zadzwonił po karetkę. Potem zadzwonił po raz drugi i trzeci. Ale oni wiedzieli, że to w lesie jest potrzebna pomoc, gdzie nikt im nie zapłaci dolara, więc się nie spieszyli. W końcu przejechali i... zabrali ciało" – zakończył i siarczyście zaklął.
Pastor Steve Brigham i Polka JaninaPastor Steve Brigham i Polka Janina

Potem dowiedziałem się, że Charlie wcześniej mieszkał z czarną dziewczyną. Często imprezowali do późna w nocy, pili alkohol, co kończyło się zazwyczaj awanturami i bijatyką. Steve nieraz wzywał policję. Jak już tutaj przyjeżdża to 4 albo 5 radiowozów, nigdy jeden czy dwa. W końcu tę czarną dziewczynę aresztowali. Ale po jakimś czasie wróciła do lasu z innym facetem, a Charlie w międzyczasie zamieszkał z Tiną. Od tej pory jest tu w miarę spokojnie.

Janina z Zamościa
Mieszka tu Igor ze Lwowa, Marek z Warszawy i Janina z samego Zamościa. Przyjaźnią się, wspomagają wzajemnie. Janina ma całkiem przyzwoity domek. Szkielet zrobiony z listew i desek pokryty jest brezentem. Do środka wchodzi się przez drewniane drzwi, które można zamknąć na klucz.

"W USA jestem 9 lat, a w tym miejscu – dwa lata z przerwami – opowiada Janina. – Mieszkałam z bratem w apartamencie w Lakewood. W Polsce pracowałam jako geodetka. Tutaj sprzątałam domy, głównie u Żydów. Ale z czasem było coraz trudniej o pracę. Żydówki też szukały oszczędności, więc zaczęły zatrudniać Latynoski, którym płaciły znacznie mniej. Straciłam pracę. Potem jakiś czas opiekowałam się babcią – niedaleko stąd, w Fort Pleasant. Ale po pewnym czasie babcia zmarła... Od tej pory nie mogłam znaleźć stałej pracy, pracowałam dorywczo za marne pieniądze. Dodatkowy problem polega na tym, że nie mam prawa jazdy i papierów. W efekcie wylądowałam w lesie. Dostałam namiot od Steve'a".

Janina rzadko zagląda do kaplicy, ale jeśli Steve poprosi ją o jakąkolwiek pomoc, to nigdy nie odmówi. Na msze chodzi do kościoła w Lakewood. Od czasu do czasu dostaje dorywczą pracę – sprzątanie domu – u znajomej Żydówki. Jak jest taka potrzeba, to idzie i z dobrego serca sprząta kościół.
Kaplica. Tutaj spotykają się mieszkańcy miasteczka podczas nabożeństw i czytań Pisma Świętego oraz na medytacjachKaplica. Tutaj spotykają się mieszkańcy miasteczka podczas nabożeństw i czytań Pisma Świętego oraz na medytacjach

"Nie zamierzam siedzieć tutaj w nieskończoność, chcę w styczniu przyszłego roku wracać do Polski – mówi Janina. – Tym bardziej że nie tak dawno ktoś mi ukradł telefon komórkowy. Parę razy też okradli mnie z ciężko zarobionych pieniędzy – raz to nawet tysiąc dolarów ktoś mi ukradł".

Niepewny los campu
Dotkliwie dotknięci przez los w wyniku utraty pracy i swoich domów rezydenci liczącego około dwóch akrów powierzchni Tent City walczą o skromne przetrwanie z dnia na dzień. Otrzymują pomoc w postaci jedzenia i dachu nad głową. W pobliskim kościele co jakiś czas wierni robią składkę na ludzi z lasu. Właściciele okolicznych sklepów i restauracji codziennie dają im mnóstwo jedzenia: mięso w puszkach, zupy, fasolkę, makarony, chleby itp. Pastor Steve jedzie autobusem, zabiera jedzenie i inne dary – na przykład ubrania – i przywozi to wszystko do miasteczka. Z pomocą mieszkańców, którzy akurat nie są zajęci, dzieli dary, a resztę umieszcza w magazynach. Magazyny są dostępne dla każdego. Tutaj tak naprawdę nikt nie jest głodny. Wiele żywności się marnuje.

Od czasu do czasu, raz lub dwa razy w miesiącu, pojawiają się tu ekipy medyczne – pielęgniarki i lekarze – aby udzielić porad i pomocy medycznej potrzebującym. Co drugi tydzień przyjeżdżają też wolontariusze z grupy AA z Nowego Jorku i prowadzą spotkania terapeutyczne dla nadużywających alkoholu.
Janina w swoim gospodarstwieJanina w swoim gospodarstwie

Tent City rządzi się demokratycznymi zasadami akceptowanymi przez wszystkich mieszkańców. A więc nie ma tutaj mowy o żadnych bijatykach, wszyscy muszą obóz sprzątać i – co bardzo istotne – po godzinie 10 wieczorem zapada cisza nocna, której wszyscy muszą bezwzględnie przestrzegać.

Okazuje się, że funkcjonowanie takiego miasteczka, w pobliżu normalnego miasta, jest możliwe. Tylko że nie wiadomo, jak długo jeszcze. Los campu na razie nie jest przesądzony. Obecnie toczy się ostra walka pomiędzy członkami władz Ocean County. Niektórzy politycy chcą zlikwidować obóz, stąd zamierzają przekazać sprawę do ostatecznego rozstrzygnięcia do Sądu Najwyższego stanu New Jersey. Natomiast pastor Steven Brigham i mieszkańcy Tent City chcą nakłonić władze Ocean County do zbudowania domu dla bezdomnych, wówczas oni opuszczą namioty w lesie. W tym celu współpracują z lokalnymi prawnikami, którzy udzielają im wszelkich porad za darmo.

"To jest miejsce, gdzie człowiek powinien się odbudować, oczyścić psychicznie i spojrzeć na świat na nowo – twierdzi pastor Steve. – Zbudowaliśmy kaplicę z drewna, przykryliśmy ją brezentem. Nie ma tu obowiązku odprawiania mszy i uczestnictwa w nich, ale zdaję sobie sprawę, że takie duchowe przeżycie pomaga tym ludziom łatwiej przetrwać trudne chwile".
Na wolności żyją tutaj stada kur chińskich, amerykańskich i dziwnych mutantów...Na wolności żyją tutaj stada kur chińskich, amerykańskich i dziwnych mutantów...

Okoliczni mieszkańcy przeżywają głębokie frustracje patrząc na tych ludzi, którzy – żyjąc w najpotężniejszym na świecie kraju – muszą mieszkać w lesie. "Burmistrz miasta Menashe Miller obiecuje, że coś z tym miasteczkiem w lesie zrobi, ale... nie robi nic – mówi mieszkanka pobliskiego osiedla przy Washington Square. – Tak naprawdę to nie wiadomo, co władze mogą zrobić, bo chyba nie wyrzucą tych ludzi z ich namiotów na ulicę".

Zdjęcia: Janusz M. Szlechta

Czytaj Nowy_Dziennik

Dodaj komentarz

Regulamin komentowania w serwisie kronikarz.org.pl

  1. Redakcja serwisu kronikarz.org.pl zastrzega sobie prawo do usuwania lub moderowania komentarzy zawierających treści obraźliwe albo odbiegających od tematu komentowanej wiadomości. Decyzję o usunięciu całości lub fragmentu wpisu podejmuje Moderator i jest to decyzja nieodwołalna (więcej informacji pod Regulaminem w Forumowym ABC)

  2. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji przekazów reklamowych i linków do stron zewnętrznych.

  3. Prosimy o unikanie błędów ortograficznych oraz komentarzy pisanych w całości WIELKIMI LITERAMI.

  4. Zapytania, opinie i uwagi skierowane bezpośrednio do redakcji serwisu prosimy przesyłać na nasz adres e-mail.

  5. Redakcja zastrzega sobie prawo do blokowania użytkowników, którzy nagminnie łamią regulamin komentowania na serwisie kronikarz.org.pl.

  6. Niedopuszczalne jest umieszczanie przez uczestników dyskusji treści sprzecznych z prawem.

  7. Proszę pod jednym tematem podpisywać się jednym pseudonimem. Autorzy komentujący jeden artykuł za pomocą różnych nicków będą blokowani, a komentarze usuwane.

  8. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
    Redakcja nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za treść zamieszczonych na stronie komentarzy.


Kod antysapmowy
Odśwież

Jesteś tutaj: Opinie Hyde Park Miasteczko biednych ludzi - miejsce jak z "Gron gniewu" pod Nowym Jorkiem