Żyjemy w czasach, kiedy istotne zmiany w życiu całego Kościoła Chrystusowego są kwestią kilku, może kilkunastu lat. Dążenie wielu hierarchów, a także ludu Bożego różnych wyznań chrześcijańskich do ekumenizmu jest dziś jednym z ważnych znaków czasu. W dodatku taki akt właśnie teraz wydaje się nie tylko możliwy do przeprowadzenia, ale z różnych względów całkowicie uzasadniony, a nawet konieczny.
I aż trudno chwilami uwierzyć, że niewiele ponad 100 lat temu, w Pensylwanii, tamtejszy biskup obłożył klątwą księdza polskiego pochodzenia tylko za to, że w wybudowanej przez Polonię świątyni jej twórcy postanowili zainstalować polskiego proboszcza i mieć istotny wpływ na życie parafii.Ta historia jest nie tylko interesująca, ale także wielce wymowna i pouczająca, a więc godna przypomnienia. Wszystko działo się w końcówce XIX wieku. W Pensylwanii żyło wówczas dużo Polaków przyciąganych tam pracą w dynamicznie rozwijającym się hutnictwie żelaza oraz górnictwie węgla kamiennego. Dużo naszych rodaków mieszkało w Scranton. Ale chociaż absolutnie dominowali w parafii zarządzanej przez proboszcza Ryszarda Austa, z pochodzenia Ślązaka, lecz uważającego się za najprawdziwszego Niemca, jednak nie mieli nic do powiedzenia. Wielebny, jak podaje historia PNKK, nigdy zresztą nie zdementowana, był mało dosyć przychylny Polakom, gardził nimi, wyzyskiwał materialnie (wcale przecież niemajętnych), nie rozliczając się przed nimi ze swego gospodarowania parafialną kasą i nie dając do wglądu funduszy parafialnych. Skarga wniesiona przez wiernych do ordynariusza diecezji Scranton biskupa Williama O'Hara nie przyniosła oczekiwanych rezultatów - biskup zlekceważył parafian i stanął po stronie proboszcza. Byli oni tak rozgoryczeni tą niesprawiedliwością, że nie chcieli wpuścić proboszcza Austa do kościoła. Jego reakcja na taki protest nie tylko przepełniła czarę goryczy parafian, ale także przypieczętowała decyzję o wybudowaniu własnego kościoła. Wielebny mianowicie wezwał policję, która aresztowała kilku "buntowników".
Ta październikowa niedziela 1895 roku jest uważana za początek Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła, gdyż polscy parafianie postanowili wybudować własną świątynię i zainstalować w niej polskiego proboszcza oraz wprowadzić własne porządki. Budowla sfinansowana całkowicie składkami polskich parafian stanęła w kilka lat później obok starego kościoła i nawet została poświęcona przez biskupa O'Harę. Jej proboszczem został oczywiście polski ksiądz Franciszek Hodur.
Gdy dzisiaj staramy się poznać tamtą historię spotykamy informacje, z których dosyć jasno wynika, że jakby kamieniem węgielnym PNKK, była nie tylko chęć posiadania własnego kościoła, z polskojęzycznym proboszczem i obrządkiem w naszym języku, ale także, a może nawet przede wszystkim, jego istotną częścią stała się chęć ukrócenia stosowanego wyzysku, księżowskiej buty, zarozumialstwa, pogardy i lekceważenia polskich parafian.
To wszystko było tak istotne, tak dokuczało, że pewnego dnia zdobyli się oni na powiedzenie jednoznacznie "Dość tego! Budujemy własny kościół, zakładamy własną, polską parafię i będziemy ją prowadzić nie tylko w zgodzie z naukami Chrystusa, ale także z naszymi potrzebami".













