MEDIA. W Telewizji Polskiej od wczorajszego wieczora znów panuje dwuwładza. SLD zerwał medialną koalicję, zawartą z PiS.
Wczoraj z pomocą przedstawiciela Skarbu Państwa - czyli de facto Platformy - Sojusz przeforsował w Radzie Nadzorczej TVP zawieszenie dwóch PIS-owskich członków zarządu firmy: Romualda Orła (prezesa) i Przemysława Tejkowskiego. W ten sposób w zarządzie pozostali, z prawem podejmowania decyzji, dwaj jego eseldowscy członkowie - Włodzimierz Ławniczak (od wczoraj p.o. prezesa) i Paweł Paluch. Orzeł i Tejkowski nie uznają jednak tych decyzji, gdyż twierdzą, że posiedzenie rady zwołane zostało z naruszeniem procedur, a zatem w ogóle nie mogło się odbyć, a tym bardziej - podjąć wiążących decyzji.
Co dziwniejsze, wszystko to się dzieje jeszcze przed wejściem w życie nowej spec-ustawy, na mocy której zmienione mają być władze (rady nadzorcze i zarządy) wszystkich spółek mediów publicznych - specustawy nazywanej "skokiem PO na media publiczne".
Ustawa wejdzie w życie 7 września i tego dnia formalnie wygasną kadencje rad i zarządów. Procedura określona w ustawie musi jednak potrwać kilka miesięcy - przynajmniej do przełomu listopada i grudnia. Jeśli zaś w nowej Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji dojdzie do sporów, wyłanianie nowych władz może się znacznie przedłużyć. Do tego czasu w spółkach rządzić będą, jako pełniące obowiązki, zarządy z poprzedniego układu, a więc PiS-SLD. Nie tylko jednak w TVP, także w spółkach Polskiego Radia (centralnej i 16 regionalnych) teoretycznie może dojść do podobnych, tymczasowych przetasowań jak wczoraj w TVP. Panuje tam względna równowaga między SLD i PiS, a w każdej radzie nadzorczej zasiada też przedstawiciel ministra skarbu. Wczorajsze wydarzenia na Woronicza wskazują, że PO uznała, iż w perspektywie jesiennych wyborów samorządowych - przed którymi na pewno nie uda się zakończyć ustawowych procedur wyboru zupełnie nowych władz TVP i PR - lepiej mieć media sterowane przez SLD niż tak jak obecnie, głównie przez PiS.
Rada Nadzorcza TVP obradowała wczoraj przez cały dzień w atmosferze "nikt nic nie wie". Sekretariat rady nie został upoważniony do informowania dziennikarzy nawet o tym, czy trwa posiedzenie. Dość szybko stało się jasne, dlaczego czterej SLD-owscy członkowie rady i przedstawiciel rządu twierdzą, że obrady były legalne, ale czterej przedstawiciele PiS-u dowodzą, iż posiedzenia nie było, a jedynie dyskusja przy herbacie o tym, czy posiedzenie było zwołane prawidłowo. Zdaniem tych ostatnich nieważna jest zatem także pierwsza podjęta wczoraj decyzja rady (o odwołaniu szefa rady Bogusława Szwedo z PiS i powołanie na jego miejsce delegata ministra skarbu Grzegorza Borowca), a kolejne posiedzenie rady pod przewodnictwem Szwedo odbędzie się 10 września.
Portal gazeta.pl twierdzi, że zna więcej szczegółów sporu formalnego. Protest w sprawie ważności sposobu zwołania rady złożyć miał rekomendowany przez PiS Tomasz Szatkowski - utrzymując, że nie został prawidłowo zaproszony. Wg portalu otrzymał jednak zaproszenie w terminie, najpierw e-mailem, potem przez kuriera. Portal twierdzi też, że Szatkowski specjalnie przyleciał z Brukseli na koszt TVP, a krótko po 10 rano zjawił się nawet w budynku na Woronicza, lecz nie użył przepustki elektronicznej, by jego wejścia nie zarejestrował komputer - wszedł przez wejście dla VIP-ów (portal zamieszcza na dowód stopklatkę z monitoringu wejścia do gmachu) i poszedł prosto do gabinetu prezesa Orła (czego jednak kamery widocznie już nie zarejestrowały).
Sytuacja do złudzenia przypomina tę z grudnia 2008. Wtedy Rada Nadzorcza zawiesiła PiS-owskiego prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego i powierzyła władzę w firmie, w formule pełniącego obowiązki, rekomendowanemu przez LPR Piotrowi Farfałowi. Urbański tych decyzji nie uznał, a spory sądowe trwały kilka tygodni.
Krzysztof Leski













