Mówi, że jego największą miłością jest pływanie. Podejmował aż dwadzieścia prób samotnego przepłynięcia wpław Kanału la Manche. Czternaście z nich zakończyło się sukcesem. Jak dotąd za Oceanem nie ma drugiego, który pobiłby rekord Petera Jurzynskiego, Amerykanina polskiego pochodzenia.
Przepłynięcie kanału jest porównywane do zdobycia Mont Everestu. Woda jest zimna. Jej temperatura nie przekracza 17 stopni Celsjusza. Śmiałkowie podejmują wyzwanie tylko w lecie. Pływak nie może posmarować ciała wazeliną ani mieć na sobie ocieplanego gąbką dresu kąpielowego. Jeśli chce, by jego nazwisko zapisało się w historii, musi ograniczyć strój do klasycznych kąpielówek i okularów pływackich. Dodatkowym utrudnieniem jest ciągły ruch w kanale, przez który dziennie kursuje od 400 do 700 promów, tankowców...
Dwa lata temu Jurzynski przeszedł operację wstawienia bypassów. Mimo wszystko podejmował kolejne wysiłki, by pokonać kanał. Kiedy kilka tygodni temu znowu się nie udało, zwątpił. - Bardzo zmarzłem, zasłabłem. Nie mogłem dalej płynąć. Rezygnację z dalszego pływania tłumaczy dużą utratą wagi. - Po operacji serca musiałem przejść na dietę niskotłuszczową. Gdy byłem grubszy, mój organizm lepiej znosił niską temperaturę wody.
Był lokalnym politykiem w stanie Massachusetts i Connecticut. - Polityka jest moją drugą pasją, zaraz po pływaniu - przyznaje. Teraz, w wieku sześćdziesięciu lat i powolnym przechodzeniu na emeryturę, może odwiedzić kraj przodków. - Jestem zachwycony Krakowem, tutejszymi ludźmi. Miasto kojarzy się mi z Bostonem. Jest tak samo kulturalne, urocze i klimatyczne. Tu też nie rozstaje się z wodą. - Codziennie chodzę na basen. Jestem jak ryba - dodaje. (BEA)













